Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > mistrzostwa świata > Robert Kaźmierczak: Stephane ma wyjątkowe podejście do siatkówki

Robert Kaźmierczak: Stephane ma wyjątkowe podejście do siatkówki

fot. LUMIKA Anna Klepaczko

- Dzięki temu, że podobierał te trybiki, nalał dobrego oleju, to zafunkcjonowało. Pozbierał sobie ludzi, których uważał za odpowiednich. I bardzo się cieszę, że byłem w tej grupie - o roli Stephane'a Antigi i drodze Polaków do sukcesu mówił Robert Kaźmierczak.

Jak ciężka była droga reprezentacji Polski do mistrzostwa świata?

Robert Kaźmierczak: – Dla mnie to była nowość. Moim zdaniem to wszystko zaczęło się dużo wcześniej, bo w Brazylii podczas Ligi Światowej. Tam coś się zapaliło, pojawił się ten ogień i od tamtego czasu tworzyliśmy naprawdę fajną drużynę. Oczywiście były też ciężkie momenty, szczególnie gdzieś na początku, przy tych podróżach i chłopaki też na pewno to odczuwali, chociaż oni gdzieś się rotowali. Jednak tak w ogóle to taka droga nie może być ciężka, kiedy na końcu jest nagroda, jaką jest złoty medal mistrzostw świata. To chyba jednak… było „lajtowo" (śmiech).

Były jednak trudne chwile, jak chociażby po ogłoszeniu ostatecznego składu. Nie wraca się do tego, ale gdzieś ten temat pozostaje…



Na szczęście mamy osobę Stephane’a, który przez cały czas mobilizuje zespół, co było widać w trakcie każdego kolejnego meczu, a w finale już szczególnie. Mam wrażenie, że najważniejszym momentem w tym wszystkim był moment, kiedy po drugim secie wyszliśmy na boisko, bardzo ryzykując zagrywką. Kilka razy nam nie wyszło… Ale Stephane, który jest perfekcyjny i na ile wiem jak pracuje, to podejrzewam, że w tamtej chwili kazał docisnąć i cały czas dążył do wskoczenia na wyższy poziom. Dzięki temu, że on zbudował to wszystko, bo jest kapitanem statku, podobierał te wszystkie trybiki, nalał dobrego oleju i to zafunkcjonowało. Pozbierał sobie ludzi, których uważał za odpowiednich. I bardzo się cieszę, że byłem w tej grupie. Chyba dopiero w przyszłym tygodniu uwierzę w to, co się wydarzyło, bo jak na razie to trudno.

Znasz Stephane’a zawodnika i trenera, miałeś okazję współpracować ze Stephanem Antigą w klubie, kiedy grał i teraz przy jego debiucie trenerskim. Jak bardzo różni się Antiga trener od zawodnika?

Przede wszystkim różni się tym, że jako trener ma więcej pracy. Wiadomo, że zawodnicy mają czas, kiedy odpoczywają i regenerują się i to jest coś innego. Natomiast te godziny spędzone przy analizach video były niesamowite. Przykładowo z soboty na niedzielę, przed finałem, skończyliśmy pracę o 3:00, wstaliśmy o 7:30, o 8 już siedzieliśmy w sali video. To, jakie Stephane ma podejście do siatkówki, także jest wyjątkowe, nie patrzy z zewnątrz, tylko podchodzi do wszystkiego od środka i w tym jest klucz.

Kiedy ogłoszono nowego trenera, niemal natychmiast pojawiły się głosy wypominające brak doświadczenia Stephane’a Antigi. Teraz można powiedzieć, że w tym szaleństwie była jakaś metoda?

– Może w szaleństwie nie… Myślę, że to kwestia dobierania odpowiednich ludzi. Bo Stephane jest wychwalany na każdym polu, był jako zawodnik, teraz sprawdził się jako trener. Trochę ryzyka na pewno w tym było, osobiście jak pierwszy raz usłyszałem o tej decyzji, to byłem, delikatnie mówiąc, zaszokowany, ale gratulacje dla prezesa, że zaryzykował, podjął to wyzwanie. I właśnie powinniśmy podziękować też za organizację, bo było to coś niesamowitego, przez cały okres reprezentacyjny mieliśmy wszystko, co chcieliśmy. Na szczęście wszystko skończyło się idealnie. Mamy nowy hit: "…dopóki płonie ogień…" i myślę, że teraz rozpali się płomień na siatkówkę w Polsce, i wierzę, że w środę w Bydgoszczy zobaczę 5 tysięcy osób na sparingu ze Skrą Bełchatów, że wszyscy przyjadą podziękować naszym siatkarzom, bo zrobili naprawdę kawał dobrej roboty.

Organizacja to jedna rzecz, a zainteresowanie kibiców druga. Poza pełnym Spodkiem na finale, w strefie kibica wokół hali zebrało się ok. 40 tys. osób… To robi wrażenie?

– Masakra… ciarki przechodzą i tak się człowiek zastanawia, gdzie jest granica tego wszystkiego. Bo na tym turnieju granica została przekroczona chyba nie raz. Wydaje mi się, że najpierw ten stadion narodowy, a później cała droga tutaj była magiczna. Bo przygotowując się do turnieju, przeszliśmy przez tę Brazylię, gdzieś spotkaliśmy się z Włochami w Rzymie na tym korcie tenisowym i te wszystkie punkty były bardzo ważne. Podobnie jak osoba Stephane’a, ale na pierwszym miejscu są zawodnicy, bez dwóch zdań. To oni wykonują kawał ciężkiej, dobrej roboty i czasami my, jak kibice z boku, nie widzimy tego, jak ciężko muszą na to zapracować. To nie jest proste, organizm odczuwa to po takim turnieju i spokojnie należy im się z 10 dni wolnego, oczywiście o to będzie ciężko, ale na pewno im się należy.

Wiara w sukces towarzyszyła wam cały czas, ale w którym momencie poczuliście, że ten sukces jest już blisko?

– Myślę, że to był ten mecz z Iranem. Czuję, że to był ten moment zapalny. Kiedy prowadziliśmy 2:0 i z tego wyniku, a nawet późniejszego prowadzenia 13:9 zeszliśmy na 3:2 dla nas. Analizując wszystko, to ten moment był bardzo ważny. Bo gdybyśmy przegrali 2:3, nie wiadomo z którego miejsca byśmy wyszli, później to losowanie mogło ułożyć się inaczej. A tak naprawdę po samym losowaniu wierzyłem, że to jest dobra grupa. Bo wychodząc z „grupy śmierci", zawsze trafiasz na teoretycznie słabszego przeciwnika. Niemcy postawili nam się bardzo, ale to my wygraliśmy. W ogóle to, co się wydarzyło, to coś pięknego, finał marzeń.

Grupa śmierci, a tam wygrane z Rosją i Bazylią. Nikt nie może wam zarzucić, że droga reprezentacji Polski do mistrzostwa była lekka.

– A to dzięki kierownikowi, który dolosował nas do Brazylii i Rosji (śmiech). Mieliśmy to szczęście być w tej grupie. Cieszę się z tego, bo mieliśmy dwie szanse, to nie był jeden półfinał z bardzo trudnym przeciwnikiem. Były te dwa mecze, mieliśmy trochę buforu bezpieczeństwa, trochę szczęścia. Stephane mówi, że szczęście nam nie było potrzebne, ja jednak uważam, że trochę szczęścia zawsze się przyda. Ale rzeczywiście mieliśmy tak silną drużynę, że to szczęście tylko w minimalnym stopniu mogło wpływać na wynik, a najważniejsze było to, jak graliśmy.

Po 2006 roku i tytule wicemistrzów świata, wciąż wracało się do tego finału z Brazylią. Przyszedł czas na rewanż, a takie zwycięstwo cieszy dodatkowo.

– Ja akurat z reprezentacją jestem pierwszy rok, ale wszyscy gdzieś na pewno przeżywaliśmy tamten czas. Ale tutaj nawet nie chodziło o to, żeby utrzeć komuś nosa, tylko żeby grać fajną siatkówkę i wygrać. A to, że Brazylijczycy nie potrafią cieszyć się z drugiego miejsca, to już nie jest nasza wina. Cieszę się z tego, że wygraliśmy akurat z nimi, a nie z kimś innym, bo to wiadomo, są tuzy siatkarskie. Tak jak mówię, patrząc na mecz, jak spojrzymy na powtórkę, to myślę, że kluczowy był serwis, nasze ryzyko na zagrywce, i to się opłaciło. Chociaż w końcówce było znów nerwowo, rywale przyjęli i wyprowadzili kolejne akcje. Trzeba było mieć wszystko, i my mieliśmy wszystkie argumenty po swojej stronie.

Finał nie rozpoczął się jednak po waszej myśli, to w jakimś stopniu paraliż?

– Nie, to Brazylijczycy zagrali bardzo dobrze. W tym secie blokowali chyba pięć razy, my w te części meczu zero i to był chyba klucz. Kto blokował, ten wygrywał i ten pierwszy set to nie paraliż, a po prostu ta dobra gra przeciwników. Do ósmego punktu, gdzie Zator wybronił piłkę bodajże po ataku Wallace’a, gdzie ten zaatakował do środka boiska, to naprawdę nie graliśmy źle. Walczyliśmy ile mogliśmy, ale to oni grali kosmiczną siatkówkę. A później to my zagraliśmy kosmiczny mecz i tak się skończyło.

* rozmawiała Edyta Bańka (Strefa Siatkówki)

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
mistrzostwa świata, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-09-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved