Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > ligi zagraniczne > Niemiecka siatkówka okiem Stefana Hübnera

Niemiecka siatkówka okiem Stefana Hübnera

fot. Jacek Cholewa

- Piłka nożna w Niemczech nigdy nie straci swojej pozycji. Naszym celem jest dorównanie popularności piłce ręcznej i koszykówce. Problemem jest to, że nasze mecze z MŚ prezentuje tylko TV internetowa - mówi II trener kadry Niemiec, Stefan Hübner.

Piłka nożna to absolutnie sport numer jeden w Niemczech. Oprócz tego „na świeczniku” jest także piłka ręczna, koszykówka czy bardzo duża grupa sportów zimowych. Gdzie w tej całej sportowej układance jest miejsce dla siatkówki?

Stefan Hübner: – To bardzo dobre i celne pytanie (uśmiech). Z Niemiec mamy niedaleko do Polski, więc jako siatkarze często tu zerkamy i patrzymy, jak ważna w tym kraju jest siatkówka. Dla nas to powód do zazdrości. W Niemczech piłka nożna jest zdecydowanym numerem jeden i w tej kwestii chyba nigdy nic się nie zmieni. Jedynym sposobem, by wynieść siatkówkę na wyższe miejsce, jest po prostu osiągnięcie sukcesu. Zacznijmy od rozgrywek ligowych. Niemieckie zespoły są bardzo solidne i dobrze zorganizowane, ale nie mają do dyspozycji dużych pieniędzy. Musimy wspólnie postarać się, by liga i każdy zespół z osobna był coraz bardziej profesjonalny, dążył do standardów z innych krajów. Mogę powiedzieć, że od jakiegoś czasu staramy się to robić, ale jest to praca polegająca na wykonywaniu małych kroczków. Myślę, że reprezentacja i sukces tej drużyny mogą pomóc. Powrót do kraju z medalem mistrzostw świata może być kolejnym z tych małych kroczków. Pewnie się powtórzę, ale trudno – piłka nożna nigdy nie straci w Niemczech swojej pozycji numer jeden, natomiast naszym celem jest dorównanie popularności piłce ręcznej i koszykówce. Może u nas w kraju nigdy nie dojdziemy do takiego etapu jak wy w Polsce, ale mamy swoje inne, mniejsze cele.

W takim razie może zamiast budowy mocnej siatkówki ligowej lepiej skupić się na szkoleniu młodzieży? Czy w Niemczech macie jakiś jednolity system szkolenia młodych zawodników?



– Oczywiście, że mamy swój system. W ostatnich latach nie pracował on najlepiej i stąd taki mały niedobór młodych twarzy w zespole, ale jeszcze kilka lat temu nasz tryb szkolenia młodzieży podglądali ludzie z innych krajów i co nieco z niego wyciągali. Mamy drużyny młodzieżowe, które startują w imprezach międzynarodowych, mamy dobre ośrodki szkoleniowe, którym naprawdę nic nie brakuje, ale zauważalny jest chyba brak tak dobrego podejścia i odpowiedniej filozofii. Od niedawna mamy nową osobę na stanowisku prezesa federacji i już widać, że coś zaczyna się dziać. Prezes dużo podróżuje, ogląda bazy treningowe juniorskich zespołów i bardzo chce podnieść to wszystko z kolan. Muszę powiedzieć, że nasza federacja w ostatnich latach mniej inwestowała w zespoły młodzieżowe, ponieważ nie dysponowała tak dużymi środkami, by udzielić wsparcia wszystkim. Jak wiadomo utrzymanie pierwszej reprezentacji kobiet i mężczyzn trochę kosztuje i ktoś musiał na tym ucierpieć. Padło na niemiecką młodzież. Wydaje mi się, że to powinno się za niedługo zmienić dzięki temu, że pierwsze reprezentacje osiągają sukcesy i zauważają to też nasze władze państwowe, które starają się wspierać nas finansowo coraz mocniej. Trwają także poszukiwania nowych sponsorów. Zbierając to wszystko w jedną całość, mogę powiedzieć, że już niedługo mogą nastać lepsze czasy dla niemieckiej siatkówki klubowej, reprezentacyjnej i młodzieżowej.

Osobiście znam trzy niemieckie męskie zespoły, które w ostatnich latach były w europejskiej czołówce – Generali Unterhaching, VfB Friedrichshafen i Berlin Recycling Volleys. Mundialowy sukces może ożywić także inne niemieckie ośrodki?

– Mam taką nadzieję i głęboko w to wierzę. Naszym problemem z mistrzostwami świata jest to, że nasze mecze prezentowane są jedynie w telewizji internetowej. Awans do najlepszej czwórki zespołów globu moim zdaniem powinien zainteresować także większe stacje, które mogłyby pokazać nasze mecze czy ogólnie bardziej zainteresować się drużyną. To mogłoby się okazać kluczowe dla pozyskania nowych sponsorów. Tak jak powiedziałeś, mieliśmy 2-3 mocne ekipy klubowe. Teraz zostały jedynie dwie – VfB oraz Recycling Volleys, ponieważ firma Generali wycofała się ze sponsorowania ekipy z Unterhaching. Tak więc te dwa teamy stoją na naprawdę wysokim poziomie, mają solidne budżety, są dobrze zarządzane i świetnie zorganizowane. Oprócz tego są też dwie całkiem niezłe drużyny – TV Bühl oraz Evivo Düren, ale jednak jest to już półeczka niżej. Osobiście w nadchodzącym sezonie będę miał okazję pracować jako pierwszy trener w SVG Lüneburg. To klub z małym budżetem, ale staramy się być pozytywnie nastawieni do życia i przyszłości. Każdego dnia, z każdym tygodniem i miesiącem będziemy szli do przodu i postaramy się rozwijać jako klub, ale już teraz wiem, że to będzie długa i wyboista droga. Tworzymy coś nowego i wierzymy, że to ma przyszłość. Właśnie to budowanie od podstaw było dla mnie czymś szczególnie interesującym przy wyborze tej pracy i tego klubu. Zobaczymy, jak to wszystko się dalej ułoży.

Patrząc na twoją karierę zawodniczą, można z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jesteś siatkarskim obieżyświatem. Co prawda grałeś w kilku klubach, jednak tylko w dwóch krajach – Niemczech i Włoszech. Nie chciałeś spróbować gry w Rosji, Francji czy Polsce?

– Powiem szczerze – kiedy byłem w środku swojej kariery, najlepszym miejscem do gry w siatkówkę były Włochy. Kilka czy kilkanaście lat temu liga polska czy rosyjska dopiero przybierały na sile i stawały się konkurencyjne dla Serie A. We Włoszech miałem okazję grać z najlepszymi siatkarzami, w mocnych zespołach i wiem, że dobrze wykorzystałem ten czas. Życie w Italii też bardzo mi się podobało. Nie mam żadnego „ale” do Polski, Rosji, Turcji czy innych krajów, gdzie gra się w siatkówkę, ale po prostu tak wszystko się potoczyło. Zresztą miałem okazję być w Rosji i Azerbejdżanie, bo moja żona (Angelina Grün, reprezentantka Niemiec – przyp. red.) spędziła po jednym sezonie w Moskwie i Baku. To też bardzo interesujące kraje, ale za czasów mojej gry było chyba zbyt wcześnie, bym przychodził do jakiegoś polskiego czy rosyjskiego klubu. Może byłem zbyt drogi jak na standardy przyjęte dla środkowych (śmiech). We Włoszech wypracowałem sobie jakąś pozycję, byłem w pewnym sensie renomowanym graczem i dlatego chyba nie potrzebowałem jakichś gruntownych zmian.

Dwa lata temu powiedziałeś stop grze w siatkówkę. Koniec kariery to dla każdego sportowca jeden z najgorszych dni i jedna z najtrudniejszych decyzji. Jak ty sobie z tym poradziłeś?

– To było naprawdę trudne, ponieważ nie zrezygnowałem z własnej woli, ale przyczyniły się do tego moje kontuzje. Nie miałem już w sobie siły i motywacji, by walczyć z tymi urazami i starać się wracać na boisko. Powiedziałem sobie stop, ale mój rozbrat z siatkówką był bardzo krótki. Niezwykle szybko otrzymałem propozycję zostania asystentem trenera reprezentacji Niemiec. Z jednej strony było to bardzo dobre dla mnie, bo nie wypadłem z rytmu i cały czas byłem w świecie tej wielkiej siatkówki, ale z drugiej strony musiałem pogodzić się z myślą, że teraz będę oglądał wszystkich moich kolegów z boku, jako trener. Od momentu zakończenia kariery sportowej minęły już dwa lata i teraz wszystko jest ok, przyzwyczaiłem się do swojej nowej roli i dobrze mi z tym. Na początku było mi trudno, ale wydaje mi się, że każdy sportowiec przechodzi przez taki etap i przez taki ciężki czas, kiedy musi zamknąć pewien rozdział. Pojawia się wtedy wiele pytań i to jedno najważniejsze – co dalej robić? Ja wybrałem bycie trenerem i jestem z tego powodu szczęśliwy. Staram się uczyć każdego dnia, by być dobrym szkoleniowcem. Póki co jeszcze trochę mi do tego brakuje (śmiech). Tak więc jestem początkującym trenerem oraz od siedmiu miesięcy szczęśliwym tatą.

Pomysł zostania trenerem zrodził się w twojej głowie jeszcze w czasie, kiedy grałeś, czy też nie wiedziałeś do końca, w którą stronę pójść po zawieszeniu butów na kołek?

– Już kiedy grałem, łapałem się na tym, że myślałem w taki sposób, w jaki robią to trenerzy. Będąc małym dzieckiem, wiedziałem, że chcę zostać profesjonalnym siatkarzem, tak samo było później – wiedziałem, że chcę kontynuować swoją siatkarską drogę jako trener. Bardzo chciałem zostać blisko tego sportu, bo lubię siatkówkę i całą otoczkę wokół niej. Niektórzy zawodnicy podejmują jednak zupełnie inne decyzje – mówią, że nie mogą już dłużej patrzeć na piłkę i podejmują pracę w banku czy innym miejscu. To też jest dobra droga. Cieszę się, że zostałem blisko mojego ukochanego sportu, a w przyszłości może będę miał okazję pracować z młodymi ludźmi i pomóc federacji i niemieckiej siatkówce kształcić nowy siatkarski narybek.

Mówiąc o twojej karierze trenerskiej, nie sposób ominąć tematu jednej osoby – Vitala Heynena. Ty jesteś osobą raczej spokojną, on natomiast jest wulkanem energii. Wasza współpraca dobrze się układa pomimo tego, że jesteście jak woda i ogień?

– Vital jest osobą, od której cały czas się uczę i jeszcze dużo mogę się nauczyć. Jest interesującym szkoleniowcem, chyba jedynym takim na świecie. On jest kompletnie inny od wszystkich szkoleniowców i cudowną rzeczą jest dostawać jakieś rady od niego. Przez 10 lat grałem we Włoszech i znam tamtejszych trenerów. Nie mogę powiedzieć o nich złego słowa, bo byli naprawdę dobrzy i mądrzy, jednak Vital ma zupełnie odmienny i niespotykany styl pracy. On siatkówkę postrzega inaczej, dużo o niej myśli. Dodatkowo Vital jest kimś, kto lubi wszystkich bawić i wzbudzać emocje, jest zawsze w centrum uwagi. Ja jestem kompletnie inny. U niego widać trenerską agresję, ja natomiast prawie zawsze jestem spokojny. Zresztą gdybym był tak żywiołowy jak on, to nie byłoby to dobre. Wyobraź sobie sytuację, kiedy Vital pyta mnie o ilość czasów czy zmian, jakie ma do wykorzystania, a ja byłbym równie rozemocjonowany co on i też nie miałbym pojęcia (śmiech). Jesteśmy dobrze dobrani, a mając jeszcze na ławce Roberto Santilliego, który ma ogromne doświadczenie, jest jeszcze ciekawiej. Roberto ma często bardzo odmienne zdanie na jakiś temat niż ja czy Vital, więc przynajmniej mamy o czym dyskutować i dzięki temu możemy wybrać optymalne rozwiązanie jakiegoś problemu.

Jako zawodnik w zespole narodowym miałeś okazję pracować ze Stelianem Moculescu oraz Raulem Lozano. Co możesz powiedzieć o tych trenerach? Czy w jakiś sposób można ich porównać do Vitala Heynena?

– Wszyscy ci trenerzy są naprawdę dobrymi fachowcami. Nie wypowiadam się negatywnie o trenerach, bo nigdy nie miałem z nimi jakichś dużych problemów i współpraca układała się dobrze. Stelian Moculescu ma ogromną charyzmę. Podczas swojej dziewięcioletniej pracy z kadrą Niemiec udało nam się coś osiągnąć. Zbudował ten zespół od zera i doprowadził go do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Mówi do zawodników dobrym językiem. Kiedy chce coś przekazać odnośnie techniki, to robi to w taki sposób, że szybko dociera do graczy, bo dobrze „czuje” ludzkie ciało. Nie mówi tego książkowo, tylko bardzo obrazowo i dzięki temu spotyka się z dobrym odbiorem swoich uwag i rad. Miło było z nim współpracować. Raul to osoba, która jest znakomicie zorganizowana. Na jego treningach zawsze wszystko chodziło jak w zegarku – trzy boiska, mnóstwo graczy, pełno piłek. Problem z Raulem był taki, że pod koniec jego pracy z reprezentacją był trochę za daleko od drużyny. Nie było tej więzi między nim a zawodnikami. Czasami starsi zawodnicy przychodzili i przedstawiali swoje pomysły na jakieś zmiany, ale on cały czas trzymał się swego. Wydaje mi się, że trzeba też wysłuchiwać potrzeb i propozycji od graczy i nie zawsze, ale przynajmniej czasami faktycznie coś zmienić. Raul jest niezwykle mądrym człowiekiem, wie dużo o siatkówce i nigdy nie mówił jakichś niestworzonych i niepoważnych rzeczy.

W polskiej kadrze, póki co, stawiamy na zagranicznych szkoleniowców. Coraz więcej jest u nas jednak młodych i ambitnych trenerów, jak Jakub Bednaruk, Sebastian Świderski czy Piotr Gruszka. Może w przyszłości któryś z nich poprowadzi kadrę. Ciebie też czeka stołek pierwszego trenera w Niemczech?

– Piotrek Gruszka też już został trenerem? Świetnie! Co do mnie – mogę powiedzieć jedynie „być może”. Wydaje mi się, że dla każdego kraju dużym plusem jest to, że ma swojego własnego trenera. To gwarantuje jakąś ciągłość, bo wiadomo, jak jest z obcokrajowcami – przychodzą, popracują, po jakichś gorszych występach mogą zostać zwolnieni i trzeba będzie zaczynać wszystko od zera. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale popieram kluby i zespoły, które stawiają na młodych trenerów.

*w Katowicach rozmawiał Przemysław Rokitowski (Strefa Siatkówki)

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
ligi zagraniczne, mistrzostwa świata

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-09-19

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved