Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > mistrzostwa świata > Edward Skorek: Od czterdziestu lat czekamy na powtórkę z rozrywki

Edward Skorek: Od czterdziestu lat czekamy na powtórkę z rozrywki

fot. archiwum

- Sama otoczka mistrzostw robi niesamowite wrażenie. Jeśli chodzi o organizację siatkarskich imprez, Polska nie od dziś należy do krajów przodujących - mówi na łamach sporteuro.pl Edward Skorek, były reprezentant Polski, członek złotej drużyny z Meksyku i Montrealu.

Jak się panu podoba polski mundial?

Edward Skorek: – Wiadomo, że sama otoczka mistrzostw robi niesamowite wrażenie. Jeśli chodzi o organizację siatkarskich imprez, Polska nie od dziś należy do krajów przodujących. Na mapie FIVB jesteśmy miejscem wprost stworzonym do rozgrywania najbardziej prestiżowych spotkań. Mamy wspaniałą publiczność, znakomicie znających się na swoim fachu prowadzących. Ludzie odpowiadający za doping potrafią doskonale zadbać o atmosferę w hali. Siatkówka w naszym kraju to rzeczywisty spektakl. Taki spektakl połączony z interesującym wydarzeniem sportowym, który ogląda się znakomicie.

Nasi siatkarze mają szansę powtórzyć wasze osiągnięcie z Meksyku?



– Od czterdziestu lat czekamy na powtórkę z rozrywki. Bezskutecznie. Poprzeczka została wywindowana niezwykle wysoko. Kolejnym pokoleniom nie udawało się jej przeskoczyć. Należy zdać sobie sprawę, iż nie jest tak łatwo wygrać cały mistrzowski turniej. Zwycięstwo w mistrzostwach świata to gigantyczne wyzwanie. Za każdym sportowym osiągnięciem kryje się bowiem nie tylko niezwykle utalentowana generacja ludzi. Sukces to praca, praca i jeszcze raz praca, jej ogrom. Kilka lat po naszym sukcesie pojawiła się grupa kapitalnie wyszkolonych technicznie zawodników. To byli pierwszorzędni gracze. Dysponowali wspaniałymi parametrami fizycznymi. Mieli wszystko, aby powtórzyć nasz wyczyn. Nie wyszło im. Siatkarze pragnąc tytułu, muszą podporządkować się określonej idei, dać przekonać do pewnych pomysłów. Pomiędzy nimi a szkoleniowcem musi się wytworzyć swoista więź. Razem z nim muszą tworzyć wspólnotę, pozostawać w symbiozie.

Ciężko jest zyskać szacunek do dawnego kolegi z boiska? Słuchać i bez mrugnięcia okiem wykonywać jego polecenia?

– Jeśli chodzi o mnie i Jurka (Huberta Jerzego Wagnera – przyp. red.), na tym polu nie było najmniejszego problemu. Znaliśmy się od lat. Wspólnie grywaliśmy jeszcze w okresie juniorskim. Występowaliśmy w zespole warszawskiego AWF-u. W tamtym czasie studiowałem, Jurek zaczął chwilę po mnie. Przebywaliśmy na wielu obozach kadry. Znaliśmy własną wartość. Jeden szanował drugiego. Kiedy Jurek został trenerem, razem z kolegami zaakceptowaliśmy ten wybór. Wagner przedstawił nam swoje wymagania. Układ był jasny. Nie było niedomówień.

Z tą akceptacją nominacji Wagnera chyba nie do końca poszło tak gładko. Wiem, że początkowo nie był pan przekonany do tego ruchu. Stanął nawet na czele pewnej rebelii.

– Wie pan, rebelię to wymyślił ktoś inny. Byłem kapitanem dawnej drużyny Szlagora. Z tej racji gdy dowiedziałem się o jego zwolnieniu i zatrudnieniu Wagnera, skontaktowałem się z pozostałym chłopakami. Nie ukrywam, że ta zmiana była dla wszystkich pewnym zaskoczeniem. Wcześniej było ustalone, że spotykamy się na zgrupowaniu w Zakopanem. Niespodziewana nominacja Jurka wywróciła wszystko do góry nogami. Dziwiła mnie ona. Wiedziałem, że nasz nowy selekcjoner nie prowadził wcześniej żadnego zespołu. Wagner bez trenerskiego doświadczenia miał wziąć w końcu odpowiedzialność za bardzo utalentowaną i interesującą grupę. Zastanawiałem się nad stosownym pismem do związku w obronie Szlagora. Najpierw jednak zamówiłem dwie rozmowy międzymiastowe: do Rzeszowa i Sosnowca. Trzon drużyny narodowej stanowili bowiem gracze Resovii i Płomienia Milowice. Zrobiła się gorąca linia. Siatkarze Płomienia nie widzieli przeszkód, zaakceptowali kandydaturę Jurka. Stasiu Gościniak powiedział „nie ma sprawy”, więc nie było.

U filmowego „Kata” nie było taryfy ulgowej, a demokracja kończyła się ponoć w momencie, gdy zaczynał się trening lub mecz. Wybuchały bunty?

– Bunt to stanowczo zbyt duże słowo. Drobne różnice zdań były, to jasne. Już podczas meksykańskiego turnieju pomiędzy zawodnikami a trenerem doszło do małej scysji. Kilka dni po przylocie do Ameryki Łacińskiej, Jurek strasznie zdenerwował się, że niepoprawnie wykonujemy jakieś tam ćwiczenie. Zwracał się do nas w ostrych, żołnierskich słowach. Na następny dzień poprosiliśmy go o głos. Był cierpliwy, słuchał. Wyjaśniliśmy mu, że doskonale wiemy, w jakim celu tutaj przyjechaliśmy. Nadmieniliśmy, że nasze organizmy nie przystosowały się jeszcze do zmiany czasu oraz wysokości, na której się znaleźliśmy. To była rzeczowa rozmowa. Poprosiliśmy o spokojniejsze traktowanie naszej pracy. Jurek przyjął to tłumaczenie. Jako zespół znaliśmy swoją wartość.

Jakim człowiekiem był Wagner? Żelazną dyscyplinę trzymał także poza boiskiem?

– Nie. Po zajęciach komunikowaliśmy się normalnie. Prywatnie byliśmy kolegami. Mogliśmy dyskutować na wiele tematów i tutaj była pełna swoboda.

Przez meksykański turniej przeszliście niczym burza. Ta impreza to jednak nie tylko blaski. W fazie półfinałowej otrzymaliście korupcyjną propozycję od gospodarzy (ostatecznie Polacy pokonali Meksyk 3:1 i wyeliminowali go z dalszej rywalizacji). Przed rozpoczęciem sześciodrużynowego finału natomiast wspólnie z Wagnerem podpadliście miejscowej mafii. Było niebezpiecznie?

– Jeśli chodzi o te niebezpieczne związki z miejscowymi rzezimieszkami, nie mieszałbym do tego swojej osoby. Historia jest taka. Jurek Wagner był blisko ze Staszkiem Podburką. Staszek prowadził wówczas kobiecą kadrę Meksyku i zapoznał Jurka z dwiema swoimi podopiecznymi. To były siostry, bliźniaczki. Jurek umówił się z jedną z nich na spotkanie. Tego dnia nie przyszedł na popołudniowy trening, w ostatniej wręcz chwili zdążył na mecz. To było do niego niepodobne. Później dowiedzieliśmy się, że na ich randce pojawili się mafiosi. Dziewczynie udało się zbiec. Jurka wsadzono do samochodu i wywieziono gdzieś na pustynię. Na szczęście udało mu się uwolnić i uciec porywaczom. Tyle wiem na ten temat.

Telewizja Polska nie transmitowała waszych spotkań. W czasie, w którym głośno jest o zakodowaniu mundialu przez Polsat, warto o tym wspomnieć.

– Z tego co wiem, Polska nie miała zwyczajnie łączy satelitarnych na przesyłanie tego typu obrazu. Byliśmy podpięci do innego systemu. TVP korzystając z uprzejmości telewizji hiszpańskiej, zdołało zdobyć jakoś kasetę z zapisem spotkania z Japonią. Nasze ostatnie turniejowe starcie wyemitowano dzień po faktycznym dniu jego rozegrania.

Wyjazd był dla siatkarzy równoznaczny z rezygnacją z gry w kadrze. Zawodowcy nie mogli reprezentować narodowych barw – tak wynikało z rygorystycznych przepisów FIVB i MKOl. Przed igrzyskami w Montrealu na krótką podróż za ocean zdecydował się Stanisław Gościniak. Wagner wykorzystał to w celach propagandowych. Można powiedzieć, że był niezłym intrygantem.

– Jurek celowo rozdmuchiwał najmniejsze nawet afery. Paradoksalnie dbał w ten sposób o konsolidację zespołu. Uważał, że kiedy atmosfera w grupie jest zbyt dobra to… jest źle. Był skuteczny w swoich poczynaniach, dlatego jego metody wypada uznawać za słuszne.

*Cały wywiad Huberta Kęski na www.sporteuro.pl

źródło: sporteuro.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
mistrzostwa świata

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-09-18

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved