Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Vital Heynen, cz. 2

O siatkówce prywatnie: Vital Heynen, cz. 2

fot. volleyball.de

- W dzieciństwie cały czas chciałem, żeby ktoś mnie "próbował", rzucał wyzwania. Nigdy się ich nie bałem. Tak samo miałem, będąc zawodnikiem i to trwa do teraz - mówi Vital Heynen w drugiej części naszego wywiadu-rzeki z trenerem reprezentacji Niemiec.

Zobacz również:
Część I wywiadu



Wnioskuję z tego, że o wiele istotniejszym dla ciebie w siatkówce jest myślenie niż powtarzanie i wyuczenie, wypracowanie pewnych rozwiązań.

Vital Heynen: Nigdy nie powtarzam. Według mnie to zabija ducha kreatywności, spontaniczności, który jest podstawą. Zawsze staram się, żeby ludzie dostosowywali się do najdziwniejszych i najmniej spodziewanych sytuacji. Badania pokazują, że jeżeli potrafisz poradzić sobie z problemem w różnych niespotykanych momentach, to automatycznie uczysz się szybciej wielu innych rzeczy. Mam nadzieję, że to skutkuje także w przypadku moich graczy. Nienawidzę powtarzać, to straszne nudy. Nie zmienia to faktu, że taki sposób może działać na innych siatkarzy. Na moje charakterne drużyny na pewno nie (śmiech).

W tej chwili trwają mistrzostwa świata, więc to dobry moment, żeby zadać to pytanie. Powiedziałeś kiedyś, że chciałbyś, żeby twoich zawodnicy zwyciężali nie tyle jako siatkarze, ale bardziej jako ludzie. Czy mógłbyś to wyjaśnić?

Zawsze powtarzam, że na siatkarzy nie patrzę jedynie jako na sportowców, ale przede wszystkim jako na „całe” osoby. Bycie indywidualnym, niepowtarzalnym jest dla mnie bardzo ważne. Wygrywanie czy też tracenie tytułów tak naprawdę nie jest istotne. Uprawiana dyscyplina jest tylko częścią życia, małym jego kawałkiem, a twoim zadaniem jest skupienie się na wszystkich jego aspektach. Dlatego zawsze patrzę na generalny obraz danej osoby i jej rzeczywistości. Czasem podejście pozasportowe do zawodnika, wniesienie jakiejś małej rzeczy do jego prywatności jest o wiele dla niego istotniejsze niż koncentrowanie się jedynie na jego kondycji, formie, umiejętnościach. Muszę patrzeć na wszystkie aspekty kształtujące mój zespół – z drugiej strony moi wychowankowie muszą sobie zdawać sprawę z tego, że jeżeli chcą, żebym ich prowadził, to muszą być głodni zwycięstwa. Wygrane są dla mnie bardzo ważne, ale ciągle chcę mieć w zasięgu wzroku wszystkie inne fragmenty rzeczywistości, które składają się na świat moich siatkarzy. Jeżeli wygrywasz i z wszystkim radzisz sobie tak, jak powinieneś, zachowując balans, to wykonujesz świetną pracę. Absolutnie nie chodzi mi o posiadanie kontroli nad życiem moich podopiecznych, ale o to, że zawsze muszę brać pod uwagę fakt, że oni mają też rodziny, o które się troszczą, znajomych, którzy czasem sprawiają, że są bardziej zmęczeni niż zwykle czy też inne obowiązki zabierające im czas – nie mogę o tym zapominać, bo to mnie zgubi jako trenera. W sytuacji kiedy gracze odnoszą sukces w każdym aspekcie życia – mogę tylko stać i klaskać. Kiedy nie idzie im na boisku, ale układa się na innych płaszczyznach, to także im gratuluję, ale też staram się im pomóc od strony sportowej. Bardzo ważne jest to, żeby mieć czas, który można spędzić z rodziną. Czasem organizujemy takie „zjazdy”, kiedy między innymi na meczach pojawiają się nasi bliscy – to jest bardzo ważne zarówno dla mnie, dla moich wychowanków, jak i dla rodzin.

Czy zasadnym jest porównywanie twoich sukcesów jako trenera do tych, które były twoim udziałem w czasie kariery zawodniczej?

Nie, to nie ma najmniejszego sensu. Jako zawodnik nie masz całkowitego wpływu na to, co się z tobą dzieje. Na samym początku nie myślałem o tym, żeby zostać trenerem – będąc jeszcze sportowcem, mówiłem, że po zakończeniu kariery pójdę do normalnej pracy. Potem jednak wyszło tak, że zostałem szkoleniowcem i powiedziałem, że zawsze będę podejmował te kroki, które lubiłem sam, będąc siatkarzem, a zrobię wszystko, żeby uniknąć tych, za którymi nie przepadałem. Zacząłem wszystko od nowa – z pierwszym teamem, który prowadziłem, wiąże się zabawna historia. Kontrakt podpisałem w ciemno, nie wiedząc, ile będę zarabiać – po prostu chciałem trenować niezależnie od kwoty, którą za to mi oferowano, bo po prostu bardzo mi na tym zależało. Uznałem, że to prezesi powinni ocenić, ile jest warta moja praca. To było dopiero wyzwanie – sprostać też oczekiwaniom, które poznałem na podstawie pieniędzy, które dla mnie przeznaczono. Pod względem materialnym one kompletnie nie były ważne, funkcjonowały jedynie jako pewien wyznacznik. Od razu przystąpiłem do działania i pierwszym, co zwróciło moją uwagę, to to, co mogłem zmienić. Każdego dnia powinniśmy patrzeć na to, co sprawi, że będziemy lepsi. Jeżeli uda ci się to osiągnąć z drużyną – jesteś w dużej mierze odpowiedzialny za sukces. W sytuacji kiedy jesteś tylko zawodnikiem, to zwycięstwo jest w innym stopniu twoje niż w przypadku bycia szkoleniowcem. To właśnie z tego względu nie można tych dwóch sytuacji porównać.

Czy istnieje jeszcze coś, czego boisz się jako trener? Rozpoczęcie szkolenia zawodników z Bydgoszczy i Ankary udowodniło, że nie obawiasz się wzięcia pod opiekę zespołów, które znajdują się na dole tabeli.

W tym miejscu powiem ci, że mam wiele złych cech. Jeżeli powiedziałabyś do Vitala-dziecka, że nie może czegoś zrobić, to z pewnością złamałbym zakaz. Gdybyś oznajmiła, że nie mogę przeskoczyć pięciometrowej ściany, to z całą pewnością bym tego dokonał. W dzieciństwie cały czas chciałem, żeby ktoś mnie „próbował”, rzucał wyzwania. Nigdy się ich nie bałem. Tak samo miałem, będąc zawodnikiem i to trwa do teraz, kiedy szkolę innych. Bardzo dużo słyszałem o Bydgoszczy i kiedy dostałem stamtąd propozycję, to od razu pomyślałem o tym, co mogę wykrzesać z tych siatkarzy i jak mogę zmienić obraz gry tej drużyny. Ludzie to polubili. Raczej niczego się nie obawiam, ponieważ strach nigdy nie jest czynnikiem pomagającym w przełamywaniu własnych barier, może tylko hamować na drodze do sukcesu. Podsumowując, bardzo lubię wyzwania, ponieważ pozwalają mi one zobaczyć inną niż dotychczas drogę, a to zawsze rozwija mnie zarówno jako człowieka, jak i trenera.

Jesteś osobą pełną energii, ekspresywną, z dużą dozą kreatywności. W jaki sposób charakter trenera wpływa na styl gry jego podopiecznych?

Twoje pytania są dla mnie zdecydowanie za trudne (śmiech). Nigdy w życiu o tym nie myślałem. Zgadza się, że jestem osobą bardzo otwartą… Podejdźmy do tego od innej strony. Czy czytałaś może książkę „Dawaj i bierz” Adama Granta? Jeżeli nie, to sięgnij po nią jak najszybciej. W tej pozycji opisano, na podstawie przeprowadzonych badań, co się dzieje, kiedy dajesz coś więcej z siebie i masz nadzieję na to, że dostaniesz coś w zamian – tak naprawdę nic wtedy nie oddajesz. Pokazana jest także sytuacja odwrotna – kiedy jesteś dawcą, który niczego nie oczekuje. W tym drugim podejściu zawsze zyskujesz o wiele więcej niż ten, który jawnie domaga się zysków z własnej dobroci. Wierzę w to w stu procentach. Jeżeli coś daję – może kiedyś tak się stanie, że ktoś mi pomoże, a może zostanę sam. Teraz udzielam wywiadu, a może za kilka lat będę miał na tyle duże problemy w Bydgoszczy, że przypominając sobie trwającą właśnie sytuację, nie napiszesz o mnie aż tak źle. Istnieje prawdopodobieństwo, że tak się stanie – nie wiem tego na pewno i nie oczekuję niczego. Za rok, dziesięć, piętnaście lub dwadzieścia lat może ty będziesz miała okazję mi pomóc, a może nie. Nauczyłem się tego, że jeżeli coś z siebie daję, to czasem mogę niespodziewanie zyskać więcej, niż „utraciłem”. To jest moja życiowa filozofia. To samo robię dla moich graczy – chcę obdarować moich zawodników wszystkim, co najlepsze. Czytam książki, zgłębiam wiedzę i dzielę się nią z nimi, ale także oczekuję, że oni będą grali w siatkówkę w sposób, w który ja chcę wdrożyć w życie. Oglądam siatkówkę godzinami i potem pokazuję moim podopiecznym, że chcę, żeby tak i tak prezentowali się na boisku. Wyjaśniam im także, dlaczego te, a nie inne metody i rozwiązania będą dla nich dobre. Mimo wszystko ciągle nie jestem w stanie dogłębnie ci wyjaśnić, jak bardzo moja osobowość wkracza w sposób gry mojej drużyny. Zawsze podoba mi się, jeżeli gramy nowoczesną siatkówkę, z wszystkimi najnowszymi odkryciami wyniesionymi ze światowych parkietów. Tego oczekuję od graczy. Z drugiej strony mój wpływ na nich ciągle się zmienia, nigdy nie gramy tak samo, ponieważ zawsze myślimy nad tym, co możemy poprawić.

Jesteś trenerem o bogatym doświadczeniu – w jednym momencie zajmowałeś się aż czterema zespołami. Szkoliłeś także drużynę dziewcząt w siatkówce plażowej. Jak porównałbyś doświadczenia zdobyte wtedy do tych, które wynikają z zajmowania się męską siatkówką?

Trenując dziewczęta, nauczyłem się mnóstwo. Stałem się o wiele bardziej ostrożny w sposobie, w którym traktuję ludzi. Kobiety są o wiele bardziej delikatne i wyczulone na wszystkie gesty i słowa niż mężczyźni. Nie zmienia to faktu, że jestem również bardziej czuły na to, co sądzą i czują siatkarze. To jest właśnie potwierdzenie moich słów – można uczyć się od każdego. Przyswajam sobie nowe rzeczy na każdym kroku i czas, który spędziłem jako szkoleniowiec w dyscyplinie siatkówki plażowej, wspominam bardzo owocnie. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powrócę do pracy z kobietami raz jeszcze, ponieważ jest to coś zupełnie innego, a ja lubię nowości. Płeć żeńska generuje nawet to, że musisz czasem pomyśleć dwa razy, zanim coś powiesz. Powinieneś także zastanowić się nad odpowiednią drogą, sposobem do wyrażenia opinii i momentem, który będzie temu towarzyszył. To powoduje, że wyzwanie zwiększa swoje rozmiary.

Lubisz trudne wyzwania, więc na pewno do tego powrócisz.

(śmiech) Dokładnie. To jest jedna z rzeczy na mojej prywatnej liście, do której pewnego dnia chcę wrócić. Skoro mam już takie doświadczenia, to zrobię to chociażby dlatego, żeby sprawdzić, ile z nich się powtórzy, a ile nie. Nie wiem kiedy i jak to się stanie, ale to na pewno będzie wymagało dużych nakładów czasu i energii.

Powiedziałeś, ze cenisz sobie swój pobyt w Polsce, ale nie aż tak bardzo, jak byś chciał, ponieważ do tej pory nie wygrywałeś tak często, jak byś tego pragnął. Myślę, że w czasie mistrzostw świata twoja opinia na ten temat się zmieniła.

Ale nie wygraliśmy wszystkiego i przegrywaliśmy mecze! (śmiech) Polska to świetny kraj dla rozwoju siatkówki, ale także do tego, żeby tu być. Mnie jako trenerowi zawsze marzy się, żeby moja drużyna osiągała dobre wyniki – nie tylko chcę, żeby zawodnicy grali lepiej, ale także cały zespół. Z drugiej strony jestem człowiekiem, który nienawidzi przegrywać, ale jeżeli mi się to zdarzy, to tylko w mój sposób. Chcę przegrywać tylko tak, jak sam sobie na to pozwalam. Jeżeli jestem pokonany, to muszę wiedzieć i czuć, że chociaż próbowałem walczyć. Bez tego czuję się kompletnie zrównany z ziemią, a wtedy ciężko się podnieść.

Ale coś się zmieniło – jeszcze kilka miesięcy temu nie doradzałeś fanom niemieckiej siatkówki obstawiania za zwycięstwami twojej drużyny. Teraz wyrośliście na pretendentów do medalu.

Nie, nie, nie. Musimy myśleć realistycznie. To, co do tej pory nam wyszło, to awans do finałowej szóstki – to był plan minimum, cała federacja mówiła, że będzie super, jeżeli uda nam się tego dokonać. Wszystko, co uzyskamy powyżej tego wyniku, jest wyłącznie nasze. Nie za wiele drużyn może pochwalić się tym, czym my – z dwudziestu czterech zespołów pozostało sześć. To niesłychane! Ciągle jednak obstaję przy moich przewidywaniach, że finał będzie należał do Brazylii i Rosji. To są dwie ekipy grające siatkówkę na niespotykanym poziomie, więc najlepiej będzie, jeżeli będziecie obstawiać właśnie na nie. Na nas możecie, ale za niższe kwoty. (śmiech). I tak to fantastyczne, że ludzie uważają, że możemy wygrać – założę się, że kurs na drużynę niemiecką przed startem mistrzostw wynosił 1:50 czy coś koło tego. Teraz pokazaliśmy kilku ludziom, że potrafimy grać. To jest najważniejsze, a nie to ile na papierze mamy szans. Teraz można o nas myśleć, że nie jesteśmy wcale tacy źli. Wygranie sześciu meczów z rzędu na siatkarskim mundialu to nawet całkiem przyzwoity wynik.

I tak mi się wydaje, że przed trwającym właśnie turniejem powiedziałeś swoim zawodnikom, żeby wzięli ze sobą więcej rzeczy niż przed mistrzostwami Europy, kiedy kazałeś się im spakować tylko na jedną rundę, a potem musiałeś kupować im ubrania.

Oczywiście, że tak. Zdajemy sobie sprawę z tego, że finał odbędzie się trzy tygodnie po starcie mistrzostw, a to ciągle jest nasz cel, zupełnie inny niż mistrzostwa Europy w zeszłym roku. Powtórzę to, co mówiłem na ostatniej konferencji prasowej po tamtych rozgrywkach – powrócimy do Polski z zupełnie innym nastawieniem niż to, z którym graliśmy przedtem. Wtedy przyjechaliśmy, żeby się uczyć, teraz jesteśmy tu, żeby zwyciężać. To nie ja, to zawodnicy spisują się fantastycznie. Jako trener mogę sobie mówić co chcę, ale to siatkarze występują na parkiecie, a tym razem wychodzi im to dobrze. Jesteśmy bardzo zadowoleni z dotychczasowej prezencji, ale wciąż nie wystarczająco ukontentowani, żeby na tym spocząć. Chcemy pozostać w Polsce jak najdłużej.

Nawet w przypadku, kiedy musisz przebywać tu z Polakami, których kilka miesięcy temu nazwałeś ludźmi z „wielką tradycją w byciu wiecznie niezadowolonymi”?

To, co chciałem w ten sposób powiedzieć, to po pierwsze to, że Polska jest fantastycznym miejscem do rozwoju siatkówki. Jesteście w tym podobni do Niemiec, które także uwielbiam. Macie trochę więcej wspólnego – także to, że nie zdajecie się być szczęśliwi. Nie okazujecie swojego zadowolenia – nie widać nawet wielu uśmiechów na ulicach, a ludzie zdają się być wycofani, a szkoda. Dla mnie to wada, ale może to norma w waszym państwie. Wydaje mi się, że mógłby to być o wiele cieplejszy kraj. Nie różnicie się w tym od Niemców, uwierz mi. Bardzo lubię z nimi pracować, ale życie zawodowe to przecież nie wszystko. Turcja jest o wiele bardziej przyjazna, ciepła i wesoła niż Polska, ale z kolei jest o wiele gorszym miejscem dla rozwoju siatkówki. Mam taki osobisty apel do ludzi: proszę, uśmiechajcie się do mnie każdego dnia jak najwięcej, bo bardzo mi tego brakuje.

A jak się do tego mają twoje osobiste odczucia o roli i miejscu trenera w Polsce, Belgii, Turcji i Niemczech?

Dla siatkówki najlepszym miejscem zdecydowanie jest wasz kraj, ponieważ najwięcej osób przychodzi na mecze i wielu dziennikarzy interesuje się tym sportem. To jest najprzyjemniejsza ze stron mojej pracy. Każde z państw ma swoje wady i zalety. W Polsce jest fajnie i miło, ale pogoda jest okropna, często jest tu po prostu za zimno.

W Niemczech jest bardzo podobna.

Tak samo w Belgii – tam z kolei cały czas pada, lecz nie jest tak chłodno. Każdą z różnic widać także po ludziach, którzy żyją w danym kraju, ponieważ warunki, w których się obracają, mają wpływ na ich życie i światopogląd. Poza tym dzieli was historia, kultura, co dodatkowo sprawia, że między obywatelami różnych krajów rośnie olbrzymia przepaść. Zarówno w Niemczech, jak i w Belgii rozmawiałem o II wojnie światowej. Ona w niesamowity sposób separuje te dwa narody, bo każde z tych państw przeżywało ją inaczej. Polska jest w tej mierze podobna do mojej ojczyzny – nie była wtedy liczącym się niesamowicie, rozdającym karty krajem – była raczej rozdzierana, wyrywana. Według mnie nie graliście też wielkiej roli w zamierzchłej przeszłości – waszym zupełnym przeciwieństwem była wtedy Francja. Twoje państwo ciągle czeka na możliwość sprawdzenia własnej tożsamości i charakteru. Mieliście dużo problemów – był też czas, kiedy Rosjanie odgrywali u was główną rolę. Tak samo jest w Belgii, bowiem moi rodacy też nie mieli okazji się wykazać.

Abstrahując od tego tematu, chciałabym zapytać cię o rodzinę. Na co dzień żyje ona właśnie w Belgii, ale często się odwiedzacie – wiem, że w czasie mistrzostw świata twoi bliscy są z tobą w Katowicach. Lubisz, kiedy stają się częścią twojej pracy, czy też wolisz być całkowicie pochłonięty powierzonymi tobie zawodowymi zadaniami?

Nie znoszę sytuacji, w których jestem zmuszony pracować przy nich i nie poświęcać im całego czasu. Nigdy nie ma mnie w domu, więc życzyłbym sobie, żeby przyjeżdżali do mnie częściej, ale to nie takie proste. Mam trzy córki, które chodzą do szkoły w mojej ojczyźnie, a nawet kiedy myślałem o tym, żeby przenieść je do Polski, to natrafiłem na barierę językową – polski nie jest łatwy dla Belgów. Nie lubię odseparowania od nich, ale z czasem człowiek uczy się balansować i zachowywać równowagę w życiu rodzinnym, nawet na wyjeździe. Jako rodzina staramy się stać prosto nawet wtedy, kiedy jest ciężko i sprawdzamy, jak taki, a nie inny model funkcjonowania tej podstawowej komórki społecznej się sprawdza. To jest dopiero wyzwanie. Przez ostatnie dwa, trzy lata pracowałem za dużo i nie mogłem tego tak zostawić, musiałem poświęcać bliskim więcej czasu, dlatego zmieniłem swoje nastawienie i nauczyłem się lepiej organizować swoje życie zawodowe.

Na zakończenie proszę wyjaśnij pogłoskę mówiącą o tym, że jesteś najcichszą i najspokojniejszą osobą w domu. Przecież to wydaje się niemożliwe!

W domu naprawdę jestem raczej niewidoczny, ponieważ mam trzy córki, które mówią bardzo dużo, i żonę, po której tę cechę odziedziczyły, więc nie ma konieczności odzywania się zbyt często. W tych nielicznych chwilach kiedy jesteśmy razem, chcę też posłuchać ich głosów. Chociaż z drugiej strony nawet sobie nie wyobrażasz, jak wyglądają nasze posiłki. Zasiadamy wtedy przy takim ogromnym stole i każdy jest zmuszony, żeby krzyknąć do drugiej osoby, która siedzi naprzeciwko, w sytuacji, kiedy chce ją o coś poprosić. I tak przez cały stół wszyscy się przekrzykują. To jest dopiero raban!

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, mistrzostwa świata, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-09-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved