Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Vital Heynen, cz. 1

O siatkówce prywatnie: Vital Heynen, cz. 1

fot. Jacek Cholewa

Podczas meczu - wulkan energii, który własnym zaangażowaniem zachęca swoich graczy do walki. Prywatnie - nie mniej żywiołowy miłośnik siatkówki. - Mój wizerunek w mediach jest stanowczo zbyt pozytywny - mówi już na wstępie rozmowy Heynen.

Byłam bardzo ciekawa tego, co zobaczę na treningu reprezentacji Niemiec, ponieważ słyszałam, że czasem przynosisz belgijskie czekoladki, żeby zachęcić zawodników do cięższej pracy…

Vital Heynen:(śmiech) Podstawowym założeniem jest to, że nie wierzę w słuszność karania kogokolwiek, a uznaję konieczność nagradzania – dajesz coś, kiedy ktoś na to szczególnie sobie na to zasłuży. Nie chodzi o to, żeby zrugać osobę za to, że coś jej nie wyszło. Możesz obdarowywać siatkarzy na kilka sposobów, ale powinieneś również pamiętać, żeby nie robić tego zbyt często. Zdarza się, że grają o czekoladki, ale bywa też, że o przywilej przygotowania wspólnego obiadu. Bywało też tak, że mieliśmy w planach zrobienie grilla, więc nagrodą było przyrządzenie posiłku dla całej grupy – nie była to kara, gdyż dla facetów grillowanie jest jedną z największych możliwych przyjemności, uwierz mi. Nie chcę zmuszać moich graczy do robienia pompek w ramach rekompensaty za ich nieróbstwo. Lubię rozwiązywać różne sprawy w stosunkowo zabawny sposób.



To w takim razie kto jest najlepszym i najczęstszym kucharzem w drużynie niemieckiej?

Oj, to nie ma dla mnie znaczenia, ponieważ zmieniam nagradzane osoby cały czas, patrząc też na to, jak pracują. Może to nie był najlepszy przykład – zawsze staram się, żeby grali o coś pozytywnego. Najbardziej ekstremalną sytuacją jest u nas to, że mogą grać o nic – staram się unikać takich momentów, chcę, żeby zawsze walczyli o coś, ponieważ to wpływa pozytywnie na pracę całego teamu. Nie mogą się starać ze strachu – że w przypadku porażki stracą lub będą zmuszeni do wykonania czynności, której nie lubią. Stąd moja „teoria czekoladek” – choć mogą to być też czipsy albo cokolwiek innego, co uda mi się zdobyć. To są małe rzeczy, ale zawsze dobre i warte starań. Jeżeli byłyby niefajne, to ludzie myśleliby negatywnie – w przeciwnym wypadku nastawiają się pozytywnie. Na mężczyzn to działa też dlatego, bo lubią rywalizację. Kiedy powiesz im, że są fajni i mają zrobić sto pompek, to gwarantuję ci, że po siedmiu przestaną, natomiast kiedy powiesz im, że po stu czeka ich nagroda – szybko wykonają zadanie.

Słyszałam także, że inną podstawową zasadą twoich treningów jest pokazywanie zawodnikom o co walczą. Zgaduję, że podczas mistrzostw świata ich pokoje, szatnie, siłownia są pełne kompletów medali.

Aż tak ekstremalnie nie jest, choć muszę przyznać, że faktycznie postawiliśmy sobie w miejscu naszych treningów taką dużą ścianę/ekran o wielkości dwa na pięć metrów, i tam faktycznie wiszą medale. Instalacja ta znajduje się tam od samego początku pobytu reprezentacji Niemiec w Polsce i była pierwszą rzeczą, którą zawodnicy zobaczyli po przyjeździe do waszego kraju. Każdego dnia, kiedy tamtędy przechodzą, widzą, o co walczą i po co trenują. Najzupełniej normalnym jest nauczanie ludzi o tym, czemu się poświęcają. Jeżeli chcesz myśleć o czymś, to musisz to zobaczyć. Obrazowanie sobie celu pomaga, ponieważ kiedy oddziałujesz na podstawowe zmysły, wtedy dopiero zaczynasz naprawdę chcieć dążyć do swoich marzeń, założeń. Pomagam więc moim zawodnikom w osiągnięciu tego, co jest w ich zasięgu, żeby wiedzieli, o co walczą. Nie zmienia to faktu, że jest to jedynie mały szczegół. Nie wierzę w to, że tylko powieszenie czegoś na ścianie spowoduje, że siatkarze zagrają dobrze. Cały sztab szkoleniowy non-stop myśli o tym, jak może pomóc graczom w wywalczeniu tego, o czym marzą i liczymy na to, że przyniesie to dobre owoce, ale tak jak powiedziałem – to tylko jeden z najmniejszych puzzli w medalowej układance. Może inni trenerzy myślą inaczej – nie wiem i w sumie nie interesuje mnie to. Chcę po prostu nauczyć niemiecką drużynę, jak myśleć o celu. Nie chcę na przykład siąść przed nimi i powiedzieć: hej ty, musisz pracować! Nie, nigdy nie robiłem i nie robię takich rzeczy. Jeżeli ktoś nie chce pracować, to niech tego nie robi. Oni muszą walczyć sami dla siebie, nie dla mnie. Chcesz medalu? Tam wisi na ścianie, sięgnij po niego, ale nie rób tego, bo każę ci go zdobyć, sam musisz go pożądać. Jeżeli trafi mi się kiedykolwiek zawodnik, który będzie oczekiwał ode mnie, że każdego dnia wymienię mu kilka powodów, dla których ma się starać być lepszym siatkarzem, to powiem mu, żeby wracał do domu, nie będę z nim współpracował. Gracze muszą być głodni zwycięstw, bo im bardziej są, tym bardziej mogę im pomóc i zaręczam, że zrobię co w mojej mocy, żeby ułatwić im drogę do celu.

Czy nie boisz się, że duża doza wolności w wyborze na przykład godzin treningów, czasu ich trwania, celów zmniejsza twój autorytet, szacunek wśród zawodników jako osoby, która będąc trenerem, powinna wyznaczać pewnego rodzaju granice i pokazywać, co jest najlepsze dla całej drużyny?

W dalszym ciągu mam nadzieję, że moi podopieczni mnie szanują. Prawdą jest natomiast to, że nie ja ustalam zasady, które mają obowiązywać w drużynie. To oni to robią, a ja czasem jestem organem doradczym w tej kwestii – choć to zdarza się rzadko. Czuję się o wiele bardziej przewodnikiem niż „”zefem”. Daję im pewną wolność odnośnie decydowania co chcą robić, ale jednocześnie mam duży wpływ na to, na co przeznaczymy dany nam czas. Nie zawsze jest tak, że oni wybierają, jak chcą ćwiczyć – zdarza się to często, choć nie cały czas. Mogą wtedy określić, na co chcą położyć nacisk w czasie treningu, jak wiele godzin na nim spędzić – czasem zdarzało mi się zostawać do bardzo późnych godzin wieczornych, żeby pomóc jakiemuś zawodnikowi z elementem siatkarskiego rzemiosła, z którym sobie nie radzi albo po prostu z nim porozmawiać. Lubię, kiedy to oni przejmują inicjatywę i mówią o tym, co jest dla nich najważniejsze. Zawsze jestem, jaki jestem, myślę to, co myślę i każdy z moich podopiecznych musi się z tym liczyć. Wierzę w to, że jeżeli dasz ludziom szansę na to, żeby sami rozwinęli swoje umiejętności, to będą o wiele bardziej zmotywowani. Jeżeli to nie działa, to te osoby nie powinny ze mną pracować, ponieważ będę zawsze obstawał przy tym, że wolność, możliwość wyboru własnej drogi sprawia, że stajesz się bardziej odpowiedzialny. Im więcej takich zawodników masz w drużynie, tym jest ona lepsza. Pracuję w ten sposób osiem lat i daje to imponujące rezultaty. Rzecz jasna zdarzają się wyjątki, w przypadku których moje metody nie zdają egzaminu, ale w takich sytuacjach przeprowadzam długie rozmowy, a czasem też zmuszam graczy do wyjaśnienia ich zachowania. Jeżeli i po takiej interwencji nie ma porozumienia, to oznacza, że drogi, którymi idziemy, są zupełnie inne, nasze sportowe historie się różnią – wtedy najlepiej się rozstać. Dla mnie to żaden problem, a gwarantuję, że moja żona i trójka dzieci będą z tego powodu bardzo szczęśliwe. Wolność i wybór, które daję moim zespołom, nie są próbą udowodnienia tezy, że mogę sobie na to pozwolić, bo nazywam się Vital Heynen – wydaje mi się po prostu, że jest to najlepszy sposób na to, żeby znaleźć porozumienie z drużyną i mam nadzieję, że jej członkowie również cenią sobie mój sposób pracy. Jeżeli nie, to nie musimy razem działać.

Jak zachowujesz balans pomiędzy byciem trenerem a, wydaje się, dobrym przyjacielem, który wie bardzo dużo o swoich zawodnikach?

Nigdy nie koleguję się z moimi podopiecznymi. Mogę się zgodzić z tym, że mam bardzo dobre relacje z nimi – znam ich na wylot, poznaję ich rodziny, przyjaciół, dziwne sytuacje, sekrety, ale nie jestem ich przyjacielem. Nigdy nie poszedłbym do baru z siatkarzem, nie wypiłbym z nim piwa, a nawet kawy. Może cappuccino, ale tylko wtedy, kiedy chciałbym naprawdę z nim pogadać (śmiech). Nigdy nie zdarzyło mi się zaprosić jakiegokolwiek gracza do mojego domu! Nie wydaje mi się, że jest to miejsce, gdzie oni powinni przynależeć. Jeżeli jeden chce przyjść, to wtedy zapraszam cały zespół. Na tej samej zasadzie nie pójdę z jednym graczem na miasto, żeby coś zjeść. Wiem, że bardzo wielu trenerów tak robi, ale według mnie nie jest to właściwe. Jeżeli któryś z zawodników chce spożyć ze mną posiłek, to pytam go, czy cała ekipa też może z nami iść. Bardzo dbam o to, żeby zachować zdrowy dystans pomiędzy mną jako trenerem a sportowcami. W sytuacjach kiedy chcą porozmawiać ze mną na tematy czysto sportowe albo chcą zwierzyć się z problemów, które mają wpływ na ich grę, to nie mam nic przeciwko, żeby spędzić z nimi czas. Nie dopuszczam natomiast do siebie możliwości na przykład grania z podopiecznymi w karty, tak jak to robi wielu z moich kolegów po fachu. Nie jestem przyjacielem graczy, ale jestem im dany do pomocy, do konwersacji o wielkich i małych rzeczach, do śmiania się, ale oni nie mogą zapomnieć, że istnieje różnica między kolegą a osobą, której na tobie zależy.

Bardzo często podkreślasz, że najważniejszą cechą omawianej przez nas relacji jest wzajemne zaufanie. Czy miałeś kiedyś sytuację, w której zawodnik go nadużył i przez to musiałeś zmienić coś w swojej drużynie?

Oczywiście, że zdarzyło mi się wiele takich sytuacji. Kiedy pracuje się z osobami, które mają osiemnaście, dziewiętnaście lat, nie można oczekiwać, że będą one na tyle odpowiedzialne, żeby nie popełniać błędów. Robią to bardzo często. Czy to nie jest normalne, że robią wiele rzeczy źle? Ja również nie postępuję właściwie w wielu sytuacjach, a co dopiero młodsi ode mnie. Kwestią zasadniczą jest to, że raz można się pomylić i ja to zaakceptuję. Kiedy się to powtórzy – nie jestem tym uszczęśliwiony, ale postaram się zrozumieć. W sytuacji kiedy to powtórzy się trzeci, czwarty raz, to jest koniec naszej relacji i współpracy. Nie możesz powtarzać tych samych błędów non-stop, bo to oznacza, że nie uczysz się na nich, a z takimi osobami nie chcę pracować. Co więcej, przy takim rozwiązaniu problemu mogę z tym żyć dalej. Młodzi ludzie pełni są własnych tez i trudno ich przekonać do posiadania jakichkolwiek autorytetów, jeżeli natomiast zobaczą, że są w błędzie, przeanalizują to, wyciągną odpowiednie wnioski, to będą w stanie posiąść pewną wiedzę, która pomoże im w przyszłości. Muszą pamiętać, że najlepiej uczysz się na własnym przykładzie – w tym negatywnym sensie także. Ja też muszę o tym myśleć, bo jak powiem: ty i ty nie możecie tego i tego robić, to wtedy oni na pewno nie przyjmą moich rad i zrobią po swojemu. Na tym polega też mądrość trenera – musisz wiedzieć, kiedy przestać, dać wolność wyboru. Czasami porażki moich siatkarzy bardzo mnie bolą, może nawet bardziej niż ich samych, ale to jest cena, którą muszę zapłacić. Jeżeli są myślącymi ludźmi, a mam nadzieję, że tak jest, to taka nauka tylko wyjdzie im na dobre – zatroszczą się zarówno o swoją duszę, jak i ciało, bo zamiast wściekać się na mnie, będą źli na siebie. Chcę, żeby potrafili wyciągać wnioski z każdej sytuacji i żeby to przyświecało naszej relacji. Moim celem jest też to, żeby w przyszłości wspominali wspólną pracę jako czas, kiedy Vital Heynen zmusił ich do myślenia. Jeżeli któryś z zawodników przyszedłby do mnie i powiedział, że niczego się przy mnie nie nauczył, to byłbym bardzo zawiedziony.

Powiedziałeś kiedyś, że w ciągu swojej trenerskiej kariery miałeś problemy z dwoma, trzema zawodnikami odnośnie ich zachowania i wzajemnego zaufania. Traktujesz to bardziej jako swoją porażkę czy też obopólną?

Tak, zgadzam się z tym, że tak było. Miałem kłopoty z dwójką, może trójką podopiecznych w czasie dziewięciu lat mojej pracy. Doszło do tego, że musiałem powiedzieć, że rezygnuję z dalszej współpracy z nimi. W ciągu tak długiej przygody z siatkówką w trenerskim wydaniu, kiedy to pracowałem może ze stu dwudziestoma zawodnikami, tylko temu małemu ułamkowi powiedziałem, że nie ma możliwości, żebyśmy nadal byli częścią jednego zespołu. Nie było aż tak źle, bo te przypadki zostały zrekompensowane przez mnóstwo innych dobrych wspomnień, związanych z pozostałymi sportowcami, jednakże zawsze kiedy rozmawiamy o takich ekstremach, to porażka leży wyłącznie po mojej stronie. To ja wybierałem siatkarzy, wierząc, że możemy razem działać i po miesiącu, roku musiałem powiedzieć, że jednak się myliłem. To bardzo bolało.

A co w takim razie było największym sukcesem w twojej karierze w indywidualnym podejściu do siatkarzy? Znalezienie jednemu z nich żony?

(śmiech) To tylko taka mała anegdotka. Na samym początku mojej przygody z trenerstwem szkoliłem chłopaków w wieku 18-19 lat. Wiedziałem, że jeden z leworęcznych zawodników czuje się samotny, więc przedstawiłem go dziewczynie, po której było widać, że zwróciła na niego uwagę. Bardzo szybko stali się parą! Teraz są po ślubie i nawet mają dzieci. Oczywiście, że uważam, że jest to bardzo miła historia, ponieważ zrobiłem coś dla dwojga ludzi, a to jest o wiele ważniejsze od siatkówki. Proszę, tylko nie myśl, że po godzinach robię za swatkę! (śmiech) To ten chłopak rozpoczął cały proces, dzięki któremu jego sytuacja rodzinna kształtuje się w taki, a nie inny sposób. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem pomóc. Rzecz jasna to, co robię, to nie znajdowanie komuś żony i decydowanie za kogo trzeba wyjść za mąż. Pomogłem jedynie uporządkować pewne sprawy, to wszystko. Zawsze staram się pomagać ludziom w wyjściu na dobrą drogę. Kolejne kroki muszą podjąć samodzielnie, de facto wszystko zależy od ich chęci.

Bardzo często powtarzasz, że bycie trenerem to praca na cały etat. Czy miałeś związane z tym sytuacje, w których czułeś się niekomfortowo? Siatkarze dzwonią do ciebie w nocy?

Oj, zdecydowanie tak! W nocy cały czas ktoś do mnie dzwoni, chce rozmawiać o siatkówce i nie tylko, ale już się do tego przyzwyczaiłem. To zdarza się w życiu trenera i trzeba się z tym liczyć, zanim podejmie się decyzję o obraniu takiego kierunku rozwoju zawodowego (śmiech). Tak jak już mówiłem – moją podstawową zasadą jest pomoc ludziom, nawet jeżeli wymaga to ode mnie wstawania o trzeciej nad ranem i odbierania telefonów. Co więcej, stosunkowo niedawno, bowiem podczas tych mistrzostw świata, miałem sytuację, w której podszedł do mnie gracz z innego kraju, poprosił o pomoc, więc mu jej udzieliłem. Oczywiście byłem zaskoczony tym, że zwrócił się ze swoim problemem akurat do mnie, ale nie odnalazłem logicznego uzasadnienia, przez które mógłbym mu odmówić. Nie zajmuję się wyłącznie moimi zawodnikami, ale także każdym człowiekiem, który tego potrzebuje. Trzeba być głupim, żeby nie skorzystać z okazji do dania czegoś z siebie. Może być tak, że któregoś dnia to ja będę w trudnej sytuacji i ktoś będzie pamiętał, że ja w podobnym momencie go nie zostawiłem. Tak samo mam z graczami, nawet kiedy zadają pytania w niewłaściwych momentach, co zdarza się bardzo często, uwierz mi. Czasami jest tak, że nawet nie mogę znaleźć odpowiedzi na poruszane przez nich zagadnienia! Ale jestem otwarty i sam się uczę, wyszukując dodatkowych informacji, którymi mógłbym się z nimi podzielić. Warto też zauważyć, że mężczyźni nie przychodzą zbyt często z pytaniami do drugiej osoby, ponieważ jest to dla nich automatycznym przyznaniem się do niewiedzy, co jest dla nich trudne. Tym bardziej doceniam fakt, że zwracają się do mnie.

Wydawać by się mogło, że uważasz, że jesteś odpowiedzialny za osoby, które oswoiłeś, którymi się zajmowałeś, nawet w sytuacji, kiedy wasze drogi już się rozeszły.

Po sezonie zawsze powtarzam moim zawodnikom, którzy odchodzą do innych klubów, że przed startem kolejnych rozgrywek wyślę im e-mail z życzeniami powodzenia i że zawsze mogą do mnie zadzwonić, a ja z całych sił postaram się im pomóc w rozwiązaniu każdego problemu. Niektórzy potrafią zadzwonić po czterech latach i powiedzieć: Vital, mam kłopoty. Zawsze w tej sytuacji odpowiadam. Życie jest zbyt trudne, żeby być obojętnym, więc staram się zawsze nie zostawiać takich rzeczy bez odzewu. W zeszłym tygodniu, po meczu mistrzostw świata, jeden z przyjmujących, z którym pracowałem sześć lat temu, podszedł do mnie i powiedział, że nie ma gdzie grać. Dałem mu więc kilka kontaktów i powiedziałem do kogo najlepiej zadzwonić, żeby znaleźć miejsce w klubie. Ta praca zajęła mi dwie minuty, a może pomóc komuś do końca kariery, kto wie.

Odchodząc nieco od tego tematu – słyszałam, że rozgrzewki, które proponujesz swoim zespołom, są mocno niekonwencjonalne. Która z nich jest najbardziej szalona? Odbijanie piłki krzesłami?

Nie, odbijanie piłek to jedna z normalniejszych. Nie wiem, co w moich rozgrzewkach jest nietypowego. Na pewno są inne, jasna sprawa. Bardzo relatywną kwestią jest to, co uważamy za normalne. Gramy wszystkim tym, co trafi w nasze ręce – mamy kilka gier na różnego rodzaju piłki, to nadal jest siatkówka, ale w nieco innym wydaniu. Co do tej najbardziej zwariowanej rozgrzewki, to bardzo trudno jest mi wybrać jedną. Mam mnóstwo zwariowanych rzeczy w głowie. Zawsze próbuję czegoś nowego, choć czasem się to nie opłaca i trening nie wychodzi po mojej myśli. Nawet teraz, kiedy widzę otaczające nas ekrany, myślę sobie, w jaki sposób można by je użyć, żeby nauczyć moich zawodników świeżego spojrzenia na sport. I mam rozwiązanie – ślepa siatkówka. To takie inne i fajne. Wyobraź sobie drużynę niemiecką grającą nie przez siatkę, a przez nieprzeźroczysty ekran. Zawsze kiedyś widzę coś nietypowego zastanawiam się, jak mogłoby to przysłużyć treningowi. To trochę szalone, bo znacznie trudniej jest grać, nie widząc przeciwnika. To wyostrza spryt i czujność, a w tym sporcie to naprawdę istotne cechy. Czasem tak gramy i jest z tym masa zabawy. To ciągle uprawiana przez nas dyscyplina, ale postawiona w zupełnie innych okolicznościach.

Zobacz również:
Druga część wywiadu

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, mistrzostwa świata, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-09-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved