Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Przygaszona i-Skra znowu się złoci – podsumowanie sezonu PGE Skry

Przygaszona i-Skra znowu się złoci – podsumowanie sezonu PGE Skry

fot. Paweł Piotrowski

W sezonie 2013/2014 w PGE Skrze powstał zupełnie nowy projekt, a mocno odmieniony zespół miał przede wszystkim dobrze prezentować się na boisku. Jak się okazało, PGE Skra zaprezentowała się równie dobrze na najwyższym stopniu podium PlusLigi.

Droga do kolejnego mistrzostwa Polski PGE Skry Bełchatów wcale nie rozpoczęła się z początkiem sezonu 2013/2014. To piąta lokata, jaką bełchatowianie zajęli we wcześniejszych rozgrywkach, była głównym impulsem do zmian. Po tąpnięciu, jakie bełchatowski klub wtedy przeszedł, PGE Skrę przebudowano dokładnie, robiąc to i rozważnie, i bardzo ryzykowanie zarazem. Zmiany, które zaszły, jak się później okazało, były nie tylko strzałem w dziesiątkę, ale głównym motorem napędowym sukcesu. A tak naprawdę wszystko zaczęło się od niemal „pukania się w głowę” środowiska siatkarskiego, które obserwowało przekształcenia w zespole z woj. łódzkiego. Pierwszym pomysłem, do którego odnoszono się dość sceptycznie, była rotacja na ławce trenerskiej. Choć tu zmiana była wyczekiwana, to władze klubu z Bełchatowa powierzyły drużynę Miguelowi Falasce – jeszcze kilka tygodni wcześniej zawodnikowi, a trenerowi z zerowym doświadczeniem. Nie obyło się bez powątpiewania kierowanego w stronę Skry i jej nowego szkoleniowca. Kolejnym dość intrygującym pomysłem sterników Skry było sprowadzenie, jak to określała prasa, „kota w worku”. Tym kotem miał być Facundo Conte, który po zakończonym sezonie klubowym zrezygnował z gry w reprezentacji, by poddać się operacji barku. Wiadomo było, że przyjmujący potrzebował sporo czasu, by dojść do siebie. Istniało jednak pytanie, czy aby na pewno wróci do dyspozycji odpowiednio szybko i na odpowiednim poziomie, którego wszyscy od niego oczekiwali. Od tego momentu już zaczyna się wyliczanie transferów, nie mających tak wielkiego bagażu pod nazwą „ryzyko”. W pakiecie z Conte do Skry trafił więc Nicolas Uriarte. W ostatniej chwili, bo mało brakowało, by trafił do Rzeszowa, na grę w klubie z Bełchatowa zdecydował się Andrzej Wrona. Do drużyny powrócił również Stephane Antiga, a za nim podążył kolejny francuski przyjmujący – Samuel Tuia. Do tego dołączył Wojciech Włodarczyk, a także młody serbski rozgrywający Aleksa Brdjović, który dołączył do zespołu jako ostatni. Choć mieszanka młodości z doświadczeniem w drużynie z Bełchatowa wydawała się idealnym polem do odnoszenia sukcesów, władze klubu w przedsezonowych zapowiedziach ostrożnie do tego podchodziły. – Nie chcemy składać pustych deklaracji, a presja wyniku, jak wiemy, jeszcze nikomu na dobre nie wyszła. Ten sezon będzie bardzo dużym wyzwaniem dla całej drużyny. Przez kilka lat dużą siłą zespołu była jego stała kadra. Teraz jakiś okres się zamknął, a nas czeka wiele pracy. Wierzę, że mieszanka rutyny i młodości jest w stanie stworzyć dobry kolektyw. W tej grupie jest potencjał ku temu, aby osiągnąć sukces – mówił prezes PGE Skry Konrad Piechocki.

Od pierwszych przedsezonowych spotkań towarzyskich czy pierwszych pojedynków już na parkietach PlusLigi PGE Skra świeciła nie tylko formą, ale emanowała przede wszystkim świetną atmosferą. Nie przytłoczyły jej nawet porażki z beniaminkiem z Radomia czy ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Bełchatowianie robili swoje, tak naprawdę świetnie się przy tym bawiąc, a co ważne świetnie też czując się ze sobą. Co ważne, Skra nie starała się tej atmosfery zachować dla siebie, dzieliła się nią z całym otoczeniem. Jednym ze sposobów na to były pomysłowe „cieszynki”, jakie bełchatowscy siatkarze przygotowywali dla kibiców – to pokazywało, jak mocno drużyna była „ze sobą”. Bełchatowska maszyna pędziła, zarażała pozytywną energią i pokazywała, w jaki sposób powinna żyć ze sobą drużyna. Choć po drodze przydarzały jej się chwilowe przestoje, np. wspomniane przegrane z Czarnymi i ZAKSĄ, to więcej jednak można było mówić o PGE Skrze pozytywnych rzeczy. By nie było za słodko, trzeba zwrócić jednak uwagę, że największym problemem Skry przez dłuższy czas były przestoje, jakie wkradały się w ich grę. Choć na polu krajowym tak mocno nie było to widoczne, to już np. spotkanie wyjazdowe z VfB Friedrichshafen mocno to odkryło. Bełchatowianie wygrali ten pojedynek 3:2, ale musieli mocno na to pracować. Pierwszy najpoważniejszy moment, w którym ciemne chmury nadciągnęły nad zespół z Bełchatowa, a uśmiechy zniknęły z twarzy podopiecznych Miguela Falaski nastąpił w półfinale Pucharu CEV. Pierwsze starcie z Gubernią w Rosji ponownie nie odbyło się bez pewnych wahań w poczynaniach ekipy Bełchatowa. Po dwóch pierwszych partiach Skra jednak potrafiła podnieść głowę, walczyć i mecz zakończył się w tie-breaku. Mimo walki triumfowali w nim podopieczni Plamena Konstantinowa. Spotkanie rewanżowe rozegrane w hali Energia stało już natomiast na najwyższym – światowym poziomie, a bełchatowskim zawodnikom zabrakło naprawdę niewiele, by móc powalczyć o więcej. To właśnie w tym starciu poważnej kontuzji dłoni nabawił się Daniel Pliński. Być może moment, w którym to się stało, trochę wybił na chwilę z rytmu graczy Skry, co też bezlitośnie wykorzystali rywale. Po zaciętej walce Gubernia triumfowała po raz kolejny w tie-breaku i wyeliminowała klub z Bełchatowa z europejskich pucharów, choć plan, który powstał w trakcie rozgrywek, zakładał grę PGE Skry w finale Pucharu CEV. Niedługo później bełchatowianie po raz kolejny zostali sprowadzeni na ziemię, tyle że już na własne życzenie. W Zielonej Górze nie pomogło nic, nawet świetna atmosfera, w której być może bełchatowianie ciut za mocno się wtedy zatracili. W półfinale Pucharu Polski Wlazły i spółka mieli wygraną na tacy – prowadzili 2:1 w setach oraz 18:13 w partii numer 4. Od tego momentu do końca tie-breaka – wygranego przez ZAKSĘ – bełchatowianie można powiedzieć, że już tylko statystowali na boisku. – Wtedy chyba mocno siadło nam na głowę to, że przegraliśmy praktycznie wygranego seta i zaprzepaściliśmy wygraną w meczu, i nie potrafiliśmy wrócić do naszej dobrej gry. Tak naprawdę przegraliśmy wygrany mecz – ocenił później Andrzej Wrona. Choć po spotkaniu to Conte próbował wziąć całą winę na siebie: – Zawiodłem – mówił, to jednak akurat w tym pojedynku w drużynie z Bełchatowa nie było zawodnika, który nie przyłożyłby ręki do przegranej. Tak jak się mówi, że wygrywa i przegrywa cały zespół, tak w tym przypadku rzeczywiście „od a do z” zawaliła cała PGE Skra, a cały mecz można uznać za najgorszy w jej wykonaniu w całym sezonie. Przytłoczeni dwoma poważnymi, choć różniącymi się stylem porażkami bełchatowianie długo nie płakali jednak nad rozlanym mlekiem i wrócili do pracy, by zawalczyć o ostatnie trofeum, jakie pozostało im w tym sezonie. Choć na samym jego początku kalkulacje były chłodne i nie rozgłaszano bełchatowskiej walki o mistrzostwo, tak po tym, co w trakcie sezonu pokazał zespół Skry i po tym, jak nie osiągnął zamierzonych celów w obu pucharach, walka o złoto jawiła się jako to, co może uratować cały sezon drużyny z Bełchatowa. Można powiedzieć, że przyszła faza play-off, a PGE Skra wreszcie zaskoczyła – od początku do samego końca, bo nie było na nią mocnych. Poważne granie zaczęło się w półfinale, w którym po drugiej stronie siatki stanął Jastrzębski Węgiel. Druga lokata Skry po rundzie zasadniczej pozwoliła bełchatowianom rozpocząć rywalizację we własnej hali. Był to duży plus na korzyść ekipy Miguela Falaski, bowiem dobrze czujący się przed własną publicznością siatkarze zdołali w pierwszym meczu przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Wygrany tie-break, a przypomnijmy, że z piątymi setami w tym sezonie bełchatowianie mieli drobny problem, dodatkowo dodał Skrze skrzydeł. Dwa kolejne pojedynki można powiedzieć toczyły się pod dyktando bełchatowskiej ekipy, która jako pierwsza awansowała do finału. To dla PGE Skry było już dużo, ale apetyt rośnie przecież w miarę jedzenia i przez głowy zawodników siedmiokrotnego mistrza Polski zaczęła przelatywać myśl o ósmym tytule mistrzowskim. Walka o niego rozpoczęła się w Rzeszowie, a to, jak bardzo bełchatowianom zależy na wygranej, pokazywały nerwy, jakie opanowały zespół w pierwszym meczu. Przy kolejnych dobrych akcjach stres zaczął jednak puszczać i zaczęło się granie. Po raz kolejny zespół hiszpańskiego trenera zdołał wygrać w tie-breaku, a historia potoczyła się podobnie, jak we wcześniejszej rywalizacji z jastrzębianami i to na szyjach bełchatowian zawisły upragnione złote medale.

Zakończony mistrzostwem Polski sezon PGE Skry Bełchatów nie był idealny – miał swoje wzloty, upadki, ale dla bełchatowian najważniejszy jest fakt, że po dwóch sezonach przerwy w Bełchatowie doczekano się ósmego mistrzostwa Polski. Dlaczego? Dlatego, że w PGE Skrze powstała wreszcie drużyna przez wielkie, potężne „D”. To nie był tylko zlepek indywidualności, siatkarskich gwiazd, które miały grać i wygrywać. To była grupka mężczyzn, którzy nie tylko świetnie się ze sobą dogadywali. Zostali bowiem też perfekcyjnie poprowadzeni przez swojego szkoleniowca. Debiut Falaski-trenera był wymarzony, a co podkreślali po sezonie zawodnicy, to jego duża zasługa w tym sukcesie. W odpowiednim momencie, gdy po pucharach kolorowe barwy wokół Skry zaczęły blaknąć, Hiszpan nauczył swoich podopiecznych zdrowego podejścia do siatkówki, co zaowocowało sukcesem na koniec sezonu. Sukcesem, na który pracowali wszyscy, ale nie da się ukryć, że para Argentyńczyków i Mariusz Wlazły niejednokrotnie robili różnicę na korzyść bełchatowskiego zespołu i w dużej mierze przyczynili się do końcowego rezultatu. Można powiedzieć, że Conte, który w decydującej części sezonu osiągnął swój najlepszy poziom gry i tym samym w stu procentach odwdzięczył się za zaufanie, jakim obdarzono go w Bełchatowie, decydując się na zakontraktowanie nie w pełni dyspozycyjnego zawodnika. Warto też nadmienić, że mało brakowało, by w tym sezonie hala w Bełchatowie nosiła miano niepokonanej. Siatkarze Skry pracowali długi czas na taki stan rzecz, jednak Energia została odczarowana dwukrotnie – przez Gubernię oraz Effector Kielce, który wygrał 3:2 z mocno zmienionym składem bełchatowskiej drużyny. Mimo to tylko dwie porażki we własnej hali w całym sezonie, przy – momentami – niezwykle dużym natężeniu gry, to wynik godny pochwały. Tym bardziej, że na osłodę to właśnie w hali Energia odbyła się końcowa dekoracja. Na osiem mistrzostw Polski zdobytych przez Skrę tylko dwukrotnie bełchatowianie odbierali medale przed własną publicznością.



Złote medale z pewnością smakowały dobrze, ale teraz jest to już historia, a w Bełchatowie, mimo zdobytego mistrzostwa, zachodzą niemałe zmiany. Co dla drużyny jest najważniejsze – odchodzą filary przyjęcia i obrony – Stephane Antiga, który zakończył karierę i objął stanowisko trenera reprezentacji Polski, a także Paweł Zatorski, z którym władze klubu postanowiły nie przedłużać współpracy. Przy utracie jednego klasowego zawodnika niezwykle ciężko jest łatać dziurę, więc w tym wypadku sternicy PGE Skry muszą naprawdę się postarać, by nie zaprzepaścić tego, co w tym sezonie wypracował ich zespół. By zdobyć mistrzostwo Polski, potrzeba bowiem ogromu pracy i czasu, by je stracić – wystarczy już tylko chwila.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2014-05-14

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved