Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Jakub Bednaruk: W tym sezonie instynkt mnie nie zawiódł – część 2

Jakub Bednaruk: W tym sezonie instynkt mnie nie zawiódł – część 2

fot. Cezary Makarewicz

W drugiej części podsumowania sezonu Jakub Bednaruk opowiada o najlepszych i najgorszych momentach zespołu w zakończonych rozgrywkach, czego się nauczył w drugim roku bycia pierwszym trenerem i co go pozytywnie zaskoczyło.

Zobacz również:
Jakub Bednaruk: Niedosyt pozostaje – część 1

Tyle o zawodnikach, teraz pomówmy o sezonie. Ten kryzys w listopadzie to był chyba najgorszy moment?

Jakub Bednaruk: Ja się śmieję z tego, że jakbym był trenerem piłkarskim, to pewnie by mnie zwalniali zaraz po pięciu porażkach, bo to w piłce nożnej jest tak, że jak się wygrywa i potem pięć razy przegrywa, to już trzeba trenera wymienić. Graliśmy kiepsko, ja już wiem, dlaczego tak się stało, tego błędu już nie popełnię. Zespół przygotowaliśmy dobrze, bo na Memoriale Ambroziaka wyglądaliśmy świetnie, tylko troszkę przekombinowaliśmy później, chcieliśmy ulepszyć to, co jest dobre, a to jest nauka dla mnie. Ja tego już na pewno w życiu nie powtórzę, ale za to ta nauka, którą dostaliśmy w listopadzie, pozwoliła nam przygotować zespół na play-off tak, że wyglądało to bardzo dobrze. Już nauczyłem się kto, jak, kiedy, co powinien, czego nie powinien, kiedy przesadzałem z treningiem, kiedy powinienem zwolnić troszkę, tego się już nauczyłem w tym roku i ta nauka zaprocentowała teraz.



A co sobie myślałeś, jak drużyna przegrywała piąty mecz z rzędu? Co trener myśli w takim momencie?

Szukałem popełnionych błędów, szukałem sposobów wyjścia, przede wszystkim nie mogłem pozwolić na to, żeby zespół pomyślał, że jest po prostu taki słaby. Starałem się jakoś zmotywować tych chłopaków, dobrym słowem, czasami jakieś piwko, ale czasami też jakiś ochrzan był. Przede wszystkim zespół nie może pomyśleć przed meczem, że już jest przegrany. Przypominam, że po tych porażkach pojechaliśmy do Gdańska, zagraliśmy tam bardzo dobry mecz i to później zaprocentowało. Nie można się tak poddawać. W zeszłym roku wygraliśmy pięć meczów z rzędu, w tym roku pięć meczów z rzędu przegraliśmy. Widziałem, jak się zachowuje zespół. W zeszłym roku były do mnie pretensje o to, że ja po każdym zwycięstwie ochrzaniałem zespół, że jeszcze podkręcałem śrubę, mówiłem „jeszcze nie jesteśmy tacy wielcy”, a tu z drugiej strony starałem się nie robić zamieszania, bo siatkarsko nasza głowa padała, graliśmy dramatyczne mecze. Ten mecz w Radomiu to w ogóle była masakra, to było niepodobne do siatkówki, a w Olsztynie… tamtego meczu prawie w ogóle nie było, ale proszę, przegraliśmy w Radomiu i to im oddaliśmy później z nawiązką.

A najlepszy moment w sezonie?

Wydaje mi się, że to zwycięstwo u nas z Rzeszowem 3:1. To był taki piękny mecz, przy pełnej hali, podobnie jak w zeszłym roku w meczu z Bełchatowem, który wygraliśmy 3:2. To był chyba najpiękniejszy moment, bo Politechnika nie leje regularnie mistrza Polski. To zwycięstwo było takie wyśmienite, poza tym to był ten okres, kiedy my zaczęliśmy wygrywać. Później dostaliśmy małej czkawki już pod koniec, ale to też było spowodowane tym, że ja sobie wyliczyłem, że na koniec my sobie zapewnimy czołową ósemkę jednym meczem, tym z zespołem z Gdańska. W tym meczu prowadząc 2:0, powinniśmy to skończyć i przygotowywać się do play-off, a później nam tego zabrakło. Na szczęście się skończyło tak, jak się skończyło. Ta nauka z listopada pozwoliła mi potem rozplanować pracę do końca sezonu i to się udało.

Czyli ten mecz z Rzeszowem był najlepszy w sezonie?

Nie wiem czy najlepszy, ja uważam na przykład, że zagraliśmy ten pierwszy mecz w Bełchatowie zakończony 3:1 bardzo dobrze, prowadziliśmy 14:11 w czwartym secie i mogliśmy doprowadzić do stanu 2:2, ale wtedy Mariusz Wlazły wszedł na zagrywkę przy 14:15 i nas pozamiatał, a graliśmy wyśmienite spotkanie. Ten mecz z Rzeszowem był trochę dziwny, bo ja nigdy nie widziałem, żebyśmy mieli 21 bloków, w tym 12 pojedynczych, to się nie zdarza w siatkówce. To tak jak byśmy w piłce nożnej strzelili trzy bramki zza połowy, po prostu takie rzeczy się nie zdarzały, ale jak atakowali w ręce, to wracało, co zrobić. Wtedy jak był ten mecz w Gdańsku, po którym nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, był też o tyle niewygodny, że graliśmy przeciwko starym kolegom, przeciwko Radkowi Panasowi, to były takie emocje, jeszcze mecz telewizyjny i myśmy to wytrzymali, zagraliśmy bardzo dobre spotkanie, które pokazywało, że nie mamy się kogo bać.

W ciągu tego sezonu wiele razy powtarzałeś, że w tej drużynie brakuje złych chłopców, że nie ma charakteru i pracujesz nad tym, żeby to zmienić. Gdybyś miał jednego, dwóch takich zawodników, rzeczywiście byłoby ci łatwiej?

Nie wiem jak by to wyglądało. Był taki moment, kiedy my byliśmy troszkę przestraszeni. Gramy i jest na przykład 17:17, nagle przeciwnik na nas naskoczy, to my się rozklejamy. To mnie denerwowało. Jedynym człowiekiem, który tak emocjonalnie podchodził, to był atakujący. Adamajtis wchodził z ławki, kiedy trzeba było mi jakiś większych emocji. Marcin Nowak to jest chłopak, który się nigdy nie poddaje, ale za to Maciek Pawliński to jest człowiek, który nigdy nie pokaże żadnej emocji. To jest tak, że i środkowi nie są tacy emocjonalni no i Jurek… Tutaj mi brakowało u Jurka Zat’ko takiego liderowania, ale on nie ma takiego charakteru, by być liderem. Brakowało mi tego, żeby tupnął nogą, żeby coś powiedział. On czasami wystawiał bardzo dobre piłki, a potem przepraszał, bo koledzy ich nie skończyli, co dla mnie jest nie do pomyślenia. Potem jakoś z biegiem czasu Jurek się otworzył i chłopcy go lepiej poznali. Ten charakter się wytworzył i później jak się gra cztery tie-breaki z zespołem z Olsztyna, to przecież gra się charakterem na koniec sezonu. Te emocje też się wytworzyły, ale musieliśmy się tego nauczyć, musieliśmy to też wykreować i robić pewne sztuczne rzeczy, czasem się specjalnie pokłócić albo specjalne na treningu szukać takich negatywnych emocji, żeby nie trenować z uśmiechem na ustach i na meczu przy stresie nie wiedzieć, co się dzieje. Ja sam tworzyłem taki stres na treningach np. Jurkowi, widziałem, że on czasami chce mnie udusić, ale też potrzebowałem tego, żeby on na treningu grał pod presją, żeby potem było mu łatwiej na meczach i to dlatego. Później to było takie tworzenie, taka nauka tego charakteru, ale chyba się udało.

To jest twój drugi sezon w roli pierwszego trenera. Wiadomo, pierwszy sezon jest debiutancki, drugi musi być inny. Jak byś je porównał? Na pewno, tak jak wspomniałeś, nauczyłeś się wielu nowych rzeczy.

Wydaje mi się, że po tym drugim roku jestem dużo lepszym trenerem w takim sensie, że dużo więcej wiem, bo po pierwszym sezonie wiedziałem, że bardzo dużo nie wiem. Pojechałem na kadrę zobaczyć, jak to wygląda i zdałem sobie sprawę, jak ja mało wiem. Po tym roku wiem więcej, parę rzeczy już bym zmienił, parę rzeczy bym ulepszył, ale też w grudniu, jak przeanalizowałem te trzy miesiące, zdecydowałem, że jednak bardzo dużo rzeczy zależy u trenera od instynktu, nie tego, że masz np. napisane, że trzeba dziesięć razy zaatakować na treningu i podnieść sztangę osiem razy, bo to jest w książce, tylko trzeba popatrzeć na zawodnika i powiedzieć: „wiesz co, ty dzisiaj tego w ogóle nie rób albo zrób trzy razy więcej”. Po prostu było bardzo dużo instynktu, a od grudnia w ogóle zadecydowałem, jak robiłem treningi wcześniej po dwie godziny piętnaście minut, to czasami zwalniałem chłopaków po godzinie i piętnastu minutach, bo wystarczy. Oni by coś jeszcze porobili, ale nie. Wiele w tym było instynktu i ten instynkt nie zawiódł mnie teraz w tym sezonie.

Pierwszy sezon miałem trochę łatwiejszy z tego względu, że Fabian z Marcinem robili taką psychologiczną robotę na boisku. Wydaje mi się, że siatkarsko tamci zawodnicy, Zajder, Wierzbowski, Siezieniewski, byli trochę lepsi i graliśmy inną siatkówkę, szybszą, ciekawszą, a tutaj trzeba było w tym sezonie schować nasze wady, a mieliśmy ich dużo, i wyciągnąć atuty. Tam wiele rzeczy działo się samo z siebie, a tutaj trzeba było wszystkiego pilnować. Poza tym doszło więcej zespołów, my nie robiliśmy jakiejś sztucznej presji, ale jednak szóste miejsce z dwunastu, a szóste z dziesięciu to teoretycznie lepszy wynik. Ja już nie mówię o wyniku, ale ta praca, emocje i trud spowodowały, że to ten drugi rok był dużo gorszy, dużo trudniejszy.

A czy była w tym sezonie jakaś decyzja czy rzecz, którą zrobiłeś i której żałujesz? Coś byś zrobił inaczej?

Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym, bo personalnie to nie miałem dużego wyboru. Jeżeli chodzi o przygotowanie zespołu i jego prowadzenie, to może w pewnym momencie za dużą presję wywierałem na zawodnikach. To też było spowodowane tym, że ja chciałem, żeby tę presję poznali bliżej, żeby ją widzieli, bo np. Juraj Zat’ko grał wprawdzie w Friedrichshafen, ale w Niemczech siatkówka to jest sport numer siedemnaście, a tutaj jak przyjechał na dużą salę i kibice ryknęli, to nie bardzo wiedział, w którą stronę ma się patrzeć, więc presję też musiałem stworzyć. Może trochę przesadziłem. Ja też dużo rzeczy skopiowałem od Anastasiego, a co innego praca z kadrą, kiedy ma się zawodników o większej wydolności fizycznej, większych umiejętnościach, a co innego praca tutaj, więc przede wszystkim nie można kopiować rozwiązań, bo każdy zespół, każdy zawodnik jest inny i trzeba dostosować pewne rzeczy pod zawodnika.

Wracając jeszcze do sytuacji finansowej klubu, to przyznałeś w jednym z wywiadów, że pomimo opóźnień w wypłatach wynagrodzenia żaden z zawodników nigdy nie podszedł z tego powodu nieprofesjonalnie do swoich obowiązków. Ja tak się zastanawiam, czy ty ich jakoś motywowałeś, czy oni sami z siebie tak się zachowywali?

Oczywiście przed treningiem i po były mocne słowa, na wyjazdach czasem były takie sytuacje, że wszyscy rzucali tam mięsem, ale nigdy w trakcie treningu nie było tak, że np. ktoś nie rzucił się do piłki, nie było takiej możliwości. Jakoś to ustaliliśmy sobie, też Marcin Nowak czy Maciej Pawliński pomogli w tym, przekonywali, że jeśli na treningach nie będziemy trenować, to na pewno nie przyspieszy nam wypłaty, a z drugiej strony zobaczycie, że jak w Politechnice będziecie grać dobrze, będziecie mieć telefony, jeżeli gracie dobrze w takich warunkach, to znaczy, że się sprawdzicie później. Więc na pewno nie było ani jednej sytuacji takiej, że trening mi się nie udał albo byłem z niego niezadowolony z tego powodu, że zawodnicy nie podeszli do tego profesjonalnie, nie poszli na maksa.

Czyli właśnie ta świadomość, że można się wypromować w Politechnice, pomogła?

Bardzo, oni sobie zdają z tego sprawę. Ja już mam telefony od chłopaków z Polski, którzy nie są topowi, którzy by chcieli tu przyjść, nawet nie myśląc o pieniądzach, mówią: „chcemy tu przyjść, bo tu widzimy, że coś się dzieje, że tu możemy się czegoś nauczyć” i nie wiem, czy to nie jest najlepszy komplement, jaki może być dla nas wszystkich, dla Politechniki.

A jak ogólnie oceniasz ten sezon PlusLigi, coś cię zaskoczyło w tym sezonie na plus lub na minus?

O minusach nie chciałbym w ogóle mówić. Na plus na pewno zaskoczył mnie poziom Skry w play-off, bo nie przegrać meczu w tej fazie i tak zdeklasować rywali – to coś znaczy. Wszyscy jechali normalnie swoim tempem, a Skra nagle wrzucała doładowanie tak, że odjechała bardzo wyraźnie. Ten okres gry Jastrzębia bardzo był ciekawy, mieli taki swój miesiąc, kiedy lali wszystkich, w tym Resovię w walce o Final Four, w lidze wygrywali wszystko, to też na pewno oceniam na plus. Kielce – dla mnie wejście do play-off, z całym szacunkiem dla wszystkich zawodników tam występujących, to jest wielki sukces Darka Daszkiewicza. Pomijam ten ostatni mecz w rundzie zasadniczej, ale trzeba było doprowadzić do takiej możliwości, wygrali, więc tutaj jest na pewno spory sukces. Świetną robotę wykonali również Prygiel ze Stępniem. Wiem, jak Robert tworzył tę drużynę i zrobił to świetnie. Wiem też, że bardzo liczyli na zwycięstwo z nami w play-off, ale cóż. Wygrało doświadczenie. Wydaje mi się, że liga jest mocniejsza, na pewno przepaść miedzy pierwszą czwórką a resztą jest wyraźna i to widać, bo nikt z dolnej połówki tabeli nie wygrał meczu w ćwierćfinałach, tam drużyny wygrywały maksymalnie po dwa sety. Niestety, jeżeli ktoś ma dwanaście milionów złotych, a ja mam dwa, to w jednym meczu, tak jak w tym z Rzeszowem, to można to schować, grając na fali, na fantazji czy ambicji, ale trzech meczów nie da się wygrać. To nie jest piłka nożna, że strzeli się jedną bramkę, a potem się ją zamuruje i ma się nagle kupę szczęścia. Tu trzeba w każdym meczu wygrać trzy sety.

A co sądzisz o poszerzeniu ligi do dwunastu drużyn? Było z tego powodu trochę więcej grania.

Nie mam z tym problemu. Ja uważam, że jak będzie czternaście drużyn, to niech będzie czternaście, możemy wcisnąć gdzieś tę kolejkę. Ja jestem za tym, żeby grać jak najwięcej, bo my musimy przede wszystkim grać. Teraz jest tak, że jest maj, czerwiec, lipiec – trzy miesiące zupełne bez treningu, bez grania, indywidualnie plażówka będzie czy coś w tym stylu, więc grajmy, naprawdę nie ma problemu.

Gdzieś na jesieni pojawiły się plotki, że miałbyś zasilić sztab trenerski reprezentacji Polski. Faktycznie było coś na rzeczy czy to tylko kaczka dziennikarska?

Ja to w kółko słyszałem, a nikt oficjalnie mi tego nie zaproponował, więc ja to traktowałem tak, że ktoś tam rzucił jakiś temat, ale tak naprawdę tematu nie było.

Ale gdybyś naprawdę dostał telefon ze związku z taką propozycją?

To na piechotę mogę do Spały iść i za darmo pracować. Nie ma problemu i tak tam się pewnie zjawię. Każdy marzy o takiej pracy, o kontakcie z wielką siatkówką, ale tak pewnie chciałoby jeszcze parę innych osób. Jest paru fajnych dobrych trenerów polskich, więc ja myślę, że powinni zrobić to tak, że powinno nas tam być pięciu cały czas, na każdym treningu, bo my nie mamy problemów z językami czy z obyciem. Chcemy cały czas być w tej siatkówce, chcemy się uczyć, a widać, że ten trend, który się pokazał w Polsce, czyli stawianie na naszych młodych polskich ludzi, opłaca się.

Była przecież w czasie sezonu cała dyskusja na temat trenerów polskich i zagranicznych…

Ja nie widzę żadnej różnicy poza tym, że ktoś ma obcy paszport. Nie widzę żadnej różnicy między prowadzeniem zespołu przez obcokrajowca a Polaka. My robimy to samo, tylko że ktoś ma głośniejsze nazwisko, a ktoś inny nie ma i tyle.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-05-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved