Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Akademicy z Warszawy znów pozytywnie zaskoczyli w tym sezonie

Akademicy z Warszawy znów pozytywnie zaskoczyli w tym sezonie

fot. plusliga.pl

Nieważne, jak wielką kadrową rewolucję przejdzie AZS Politechnika Warszawska i z jakim składem przystąpi do rozgrywek. Jak co roku zaskakuje, a ten sezon zaliczy do bardzo udanych. Akademicy byli o jedną piłkę od 5. miejsca, ostatecznie zajmując 6. pozycję.

Stało się to już taką świecką tradycją, że po sezonie w składzie AZS-u Politechniki Warszawskiej następuje kadrowa rewolucja. Powód jest prozaiczny – nawet jakby chciano zatrzymać w klubie czołowych zawodników, to oni dostają znacznie korzystniejszą ofertę z miejsca, gdzie mogą liczyć na regularne dochody. Nie inaczej było na wiosnę zeszłego roku, kiedy to ze stołecznym klubem pożegnało się ośmiu zawodników. Łatwiej byłoby chyba wymienić, kto został, więc uczyńmy tak gwoli kronikarskiego obowiązku: Paweł Adamajtis, Michał Potera, Maciej Olenderek, Przemysław Smoliński, Marcin Nowak i Maciej Pawliński. Stołeczny klub powoli kompletował swoją kadrę, opierając ją na zawodnikach z I ligi (Mateusz Sacharewicz, Paweł Kaczorowski), siatkarzach, którzy mieli za sobą średnio udany sezon lub występowali w dość egzotycznych ligach (Juraj Zat’ko, Adrian Gontariu, Iwan Kolew, Dawid Gunia) i utalentowanej młodzieży (Artur Szalpuk, Maciej Stępień). W okresie przygotowań pojawił się problem z rozgrywającymi, bo Juraj Za’tko przygotowywał się z kadrą do mistrzostw Europy i inżynierowie zostali z jednym, niedoświadczonym zawodnikiem na tej pozycji. Trzeba było więc posiłkować się zastępstwem – początkowo w treningach pomagał Maciej Kusaj, a potem Paweł Woicki. W końcu Woicki zdecydował się na podpisanie kontraktu z Politechniką, ale bardzo specyficznego – tylko do końca roku kalendarzowego i mógł odejść w każdym momencie, jeśli dostałby korzystniejszą ofertę.

Jak w ten sposób skonstruowana drużyna miała się spisywać w rozgrywkach PlusLigi, pozostawało wielką zagadką. Warszawianom wróżono walkę raczej o miejsca 9-12, w klubie zaś mówiono o awansie do play-off. – Utrzymanie szóstego miejsca będzie mistrzostwem świata – mówił przed sezonem trener akademików, Jakub Bednaruk. Tak mogło się wydawać, skoro liga została powiększona do dwunastu zespołów i żeby w ogóle znaleźć się w play-off, trzeba było być lepszym nie od dwóch, ale aż od czterech zespołów. Pierwsze oznaki, że być może tę ekipę stać na coś więcej, pojawiły się tuż przed rozpoczęciem sezonu – w sparingach inżynierowie prezentowali się dobrze, a już dużą niespodziankę sprawili, wygrywając niezwykle mocno obsadzony Memoriał Ambroziaka. Początek rozgrywek też był niezwykle udany, bo z przytupem akademicy odprawili w trzech setach Effectora Kielce. Ale już w drugiej kolejce, kiedy podopieczni Jakuba Bednaruka pojechali do Bielska-Białej, spotkała ich niemiła niespodzianka. Beniaminek wygrał z nimi 3:1 i chociaż kolejny mecz warszawianie jeszcze wygrali, to od czwartej kolejki zaczęła się czarna seria. W międzyczasie z klubem pożegnał się Paweł Woicki, którzy przeniósł się do Transferu Bydgoszcz i cały ciężar kierowania grą drużyny spadł na barki Zat’ko. Kolejne porażki, zarówno w lidze, jak i w Challenge Cup (dwie porażki z Fenerbahce Stambuł i szybkie odpadnięcie z tych rozgrywek), jeszcze bardziej dołowały zespół, aż na liczniku pojawiła się cyfra siedem – jak siedem przegranych z rzędu meczów. Siatkarze przede wszystkim wydawali się być rozbici psychicznie kolejnymi przegranymi, ale ich forma fizyczna też nie była najlepsza. Jakub Bednaruk znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, gdyż musiał znaleźć przyczynę takiej sytuacji i skuteczną receptę. Już pod koniec listopada w grze akademików coś drgnęło, potrafili urwać na wyjeździe punkt Jastrzębskiemu Węglowi, ale przełom nastąpił dopiero w grudniu. Dokładnie 7 grudnia Politechnika pokonała na własnym boisku Transfer Bydgoszcz 3:1 i przerwała złą passę. Przed świętami dołożyła jeszcze bardzo ważną wygraną z Treflem Gdańsk i w dobrych humorach weszła w nowy rok. Styczeń był jeszcze bardziej udany dla warszawiaków, nie dość że do swojego dorobku punktowego dodali trzy kolejne wygrane, to jeszcze stali się sprawcami sporej sensacji, pokonując w hali Torwar Resovię Rzeszów 3:1. Spotkanie to przejdzie do historii zapewne także za sprawą liczby punktowych bloków, które zapisali na swoim koncie warszawiacy – tym elementem zdobyli aż 23 punkty! W tym momencie droga do play-off wydawała się być usłana różami, gdyż warszawianie wypracowali sobie spory dystans nad rywalami, sami zajmując siódme miejsce. Zamiast jednak postawić kropkę nad i trzy mecze przed końcem rundy zasadniczej, aż do ostatniej kolejki nie mogli być pewni miejsca w czołowej ósemce. Mimo że byli w najlepszej sytuacji ze wszystkich czterech walczących wtedy o play-off drużyn, to teoretycznie mieli szansę się do nich nie załapać. Jednak w ostatniej kolejce pokonali BBTS Bielsko-Biała, rewanżując się tym samym za bolesną porażkę z początku sezonu i mogli się cieszyć z osiągnięcia celu. – Siódme miejsce z naszymi możliwościami i debetem to naprawdę mistrzostwo świata – cieszył się po meczu z bielszczanami Bednaruk.

Mimo osiągnięcia podstawowego celu warszawianie wcale nie zamierzali spoczywać na laurach. W ćwierćfinale ulegli wprawdzie Skrze, urywając jej w całej rywalizacji ledwie dwa sety, ale pokazali dobrą grę. Jak sam przyznał szkoleniowiec AZS-u, doświadczenia wyniesione z listopadowego kryzysu pozwoliły mu optymalnie przygotować zespół na najważniejsze mecze sezonu. Warszawianie pokonali najpierw w dwóch spotkaniach Czarnych Radom, a potem stoczyli z AZS-em Olsztyn dramatyczną batalię o piąte miejsce. Takiego scenariusza to nawet w najlepszych dreszczowcach trudno szukać – dość powiedzieć, że obie drużyny musiały rozegrać aż pięć spotkań, z czego cztery kończyły się w tie-breaku, a jedno wynikiem 3:1. W decydującym meczu warszawianie byli o krok od piątego miejsca – prowadzili w piątym secie 14:10 i nie wykorzystali tej szansy. Pozostał więc mały niedosyt, ale patrząc na możliwości klubu, to szóste miejsce jest wielkim sukcesem. Po raz kolejny Jakub Bednaruk pokazał, że wie, jak z drużyny bez gwiazd, z debiutującymi w PlusLidze juniorami i pierwszoligowcami, mając najniższy budżet w lidze, zająć szóste miejsce i wyprzedzić o kilka długości ekipy z kilkakrotnie wyższym budżetem i głośnymi nazwiskami w składzie. Bednaruk zdał swój pierwszy poważny test, bo potrafił znaleźć receptę na trapiący jego zespół kryzys i wyciągnąć z niego naukę. Potrafił zmotywować swój zespół, a także zaryzykować, kiedy było to konieczne.



Tradycją jest, że w Politechnice mają okazję się wypromować nieznani zawodnicy, którzy potem stają się objawieniami ligi. Tak było przecież parę sezonów temu np. z Michałem Kubiakiem, w tym roku zaś na ustach całej siatkarskiej Polski był Artur Szalpuk. Dziewiętnastolatek z przytupem wywalczył sobie miejsce w pierwszej szóstce, pokazując ogromny potencjał. Czasami jeszcze emocje brały górę, ale bez niego cały zespół wiele tracił, o czym można było się przekonać, kiedy młody przyjmujący został wyłączony z gry przez kontuzję. Drugim siatkarzem, który mógłby walczyć z Szalpukiem o tytuł MVP tego sezonu w warszawskiej drużynie, jest Marcin Nowak. Nie będziemy tutaj doświadczonemu środkowemu wypominać wieku, ale dawno nie miał tak świetnego sezonu. Błyszczał pod względem sportowym, prezentując oprócz ulubionego ataku z obejścia zagrania powiedzmy dość niestandardowe z atakiem z drugiej linii włącznie i zakończył sezon na 5. miejscu w klasyfikacji najlepiej blokujących. Poza tym spełniał też ważną funkcję w drużynie, jeżeli chodzi o motywowanie młodszych kolegów i trzymanie atmosfery. Omawiając poszczególnych siatkarzy, nie można też pominąć Juraja Zat’ko, który początkowo był chyba nieco przytłoczony i ciężarem odpowiedzialności, jaki spadł na jego barki po odejściu Pawła Woickiego i całą tą otoczką towarzyszącą plusligowym rozgrywkom. Jednak z czasem, w dużej mierze też dzięki pracy sztabu szkoleniowego, Słowak pokazał swoje umiejętności, kierując grą swoich kolegów naprawdę z głową. Duży postęp w tym sezonie zrobił też Paweł Adamajtis, który początkowo był zmiennikiem dla Adriana Gontariu. Z czasem jednak okazało się, że prezentował się nie gorzej od swojego kolegi i o tym, kto zagra, decydowała tylko i wyłącznie aktualna dyspozycja. Dobrze prezentował się też Michał Potera, który znalazł się na czwartym miejscu najlepiej przyjmujących zawodników PlusLigi. Swoje dobre momenty miał też Dawid Gunia, który grał jednak nierówno. Trochę więcej można się było spodziewać po Adrianie Gontariu, który jednak rozegrał kilka dobrych meczów, a już popisowo zagrał przeciwko swojemu byłemu klubowi. Na pewno jednak trudno zaliczyć transfer Iwana Kolewa do najbardziej udanych – Bułgar przegrał rywalizację o miejsce w szóstce z dziewiętnastolatkiem i nie błyszczał ani w ataku, ani w przyjęciu.

Sportowo ten sezon AZS Politechnika Warszawska miał na pewno udany, bo szóste miejsce jest niewątpliwie sukcesem. Organizacyjnie jednak znów nie było różowo, bo tradycyjnie w klubie były problemy finansowe, zawodnicy nie dostawali pensji na czas i to spowodowało, że większość z nich teraz zapewne odejdzie z klubu i znów w przyszłym sezonie Jakub Bednaruk będzie musiał wszystkie klocki składać od nowa.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2014-05-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved