Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Zawiedzione nadzieje – podsumowanie sezonu Lotosu Trefl Gdańsk

Zawiedzione nadzieje – podsumowanie sezonu Lotosu Trefl Gdańsk

fot. 058sport.pl

Sezon 2013/2014 był dla zespołu z Gdańska zdecydowanie nieudany. Drużyna, która miała się bić o lokaty w środku tabeli, do końca musiała walczyć o awans do rundy play-off, ale bezskutecznie i ostatecznie uplasowała się na 10. miejscu.

Kiedy w sezonie 2012/2013 zespół z Pomorza po raz pierwszy w historii awansował do fazy play-off i na koniec zajął ósme miejsce, władze klubu postanowiły, że w kolejnym roku drużyna powinna zrobić krok naprzód. W tym celu doszło do dosyć gruntownych zmian. Przede wszystkim doszło do zmiany na stanowisku trenera – Dariusza Luksa zastąpił Radosław Panas. W klubie zostało zaledwie pięciu zawodników: Grzegorz Łomacz, Paweł Rusek, Bartosz Gawryszewski, Wojciech Żaliński i Paweł Mikołajczak. Został również Wojciech Serafin w roli drugiego trenera. W Gdańsku postawiono na Polaków i to była w PlusLidze w minionym sezonie jedyna drużyna, w składzie której nie było ani jednego obcokrajowca. Najgłośniejszym transferem zdecydowanie było sprowadzenie Jakuba Jarosza, który wrócił do kraju po dwóch sezonach we Włoszech. Dodatkowo do klubu przyszli zawodnicy, z którymi Radosław Panas miał już okazję wcześniej współpracować – Krzysztof Wierzbowski, Maciej Zajder, Robert Milczarek. Skład uzupełnili młodzi zawodnicy z drużyny Trefla występującej w Młodej Lidze, która w poprzednim sezonie wywalczyła mistrzostwo w tychże rozgrywkach. – Jeśli chodzi o cele sportowe, to takie minimum to jest szóste czy siódme miejsce. Siódme to takie zupełne minimum, myślę, że szóste jest realne, a po cichu oczywiście liczymy na więcej – mówił przed sezonem Piotr Należyty, prezes Lotosu Trefla Gdańsk. Wydawało się, że są to cele jak najbardziej do zrealizowania. Jeszcze przed rozpoczęciem sezonu kilkoro zawodników Trefla razem z trenerem Panasem w ramach występów w kadrze B wywalczyło srebrny medal na uniwersjadzie.

Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała oczekiwania. Od samego początku gdańszczanie grali w kratkę. Owszem, wygrywali z zespołami, które były w ich zasięgu jak Transfer Bydgoszcz czy BBTS Bielsko-Biała, ale potrafili ulec też ekipom o mniejszym potencjale, jak AZS Częstochowa czy Effector Kielce, nie wygrywając nawet seta. Trener szukał sposobu na wstrząśnięcie swoimi podopiecznymi i udało mu się to przed meczem 6. kolejki, gdzie zupełnie niespodziewanie Trefl zmiótł z parkietu w trzech setach będący wtedy na fali AZS Olsztyn. To był chyba najlepszy mecz w wykonaniu gdańszczan w tym sezonie – gdyby ci sami zawodnicy chociaż w połowie spotkań prezentowali się podobnie, to zamiast płakać po nieudanym sezonie, dzisiaj w klubie cieszono by się z realizacji przedsezonowych celów. Po sukcesie w Hali Urania przyszła jednak czarna seria w postaci sześciu kolejnych porażek. Gdańszczanie nie potrafili nawet wykorzystać faktu, że przyszło im grać z rywalem, który miał za sobą 27-godzinną podróż autokarem, którą zakończył kilka godzin przed spotkaniem – mowa tu oczywiście o meczu z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, przegranym 1:3. Do zespołu z Pomorza należy też niechlubny rekord ligi – w spotkaniu ze Skrą Bełchatów ugrali zaledwie 45 małych punktów, a drugiego seta przegrali do… 8. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była z pewnością porażka z AZS-em Politechniką Warszawską pod koniec roku – to spotkanie miało być trampoliną do lepszych wyników, tymczasem goście dosyć szybko wyłączyli z gry podstawowych zawodników Lotosu i wygrali 3:1. Władze klubu mimo to przedłużyły kredyt zaufania, jaki udzieliły trenerowi oraz zawodnikom i ograniczyły się do zatrudnienia psychologa. Przyniosło to rezultat – w nowym roku Trefl wygrał aż trzy spotkania z rzędu, co wcześniej się nie zdarzało i zajęcie miejsca w play-off zaczęło się wydawać realnym celem. Ale dosyć szybko wróciły stare demony, czyli bardzo nierówna gra. Gdańszczanie dobrze zaczynali mecz, ale potem przychodził jakiś dziwny przestój, tracili seriami punkty i gra się załamywała. A koniec rundy zasadniczej zbliżał się nieubłaganie. – Na tym etapie sezonu, w którym się teraz znajdujemy, wszystkie punkty mają wartość podwójną czy potrójną, a w naszej sytuacji to nawet nie wiem, ile razy musiałbym mnożyć ich wartość – mówił Wojciech Żaliński po porażce z ZAKSĄ. W tym momencie spotkanie z Politechniką znów urosło do rangi arcyważnego – było to przedostatnie spotkanie Trefla w rundzie zasadniczej i tylko wygrana mogła utrzymać ich nadzieje na play-off. Gdańszczanie przegrywali już 0:2, ale zdołali się podnieść i wygrać 3:2. Jednak wyniki innych spotkań spowodowały, że nie mogli być do końca zadowoleni. Nadal jednak przed ostatnią kolejką mieli matematyczne szanse na czołową ósemkę – zajmowali dziewiąte miejsce, grali ze swoim bezpośrednim rywalem do zajęcia ósmego miejsca i musieli trzymać kciuki za Skrę, by w meczu z Effectorem nie oddała żadnych punktów. Jeżeli jednak człowiek musi liczyć na innych, a nie tylko na siebie, to kończy się to tak, jak się skończyło – Trefl przegrał 2:3 z Transferem Bydgoszcz mimo prowadzenia 2:0 w setach, a Effector niespodziewanie wygrał z bełchatowianami 3:2. Przy takim podziale punktów to kielecka drużyna zajęła ósme miejsce, a Lotos dopiero dziesiąte. Można oczywiście gdybać, co by było, gdyby wszystkie mecze ostatniej kolejki rozgrywane byłyby o tej samej porze i Skra nie wystawiłaby rezerwowego składu albo gdyby udało się wygrać w Warszawie za trzy punkty. Prawda jest jednak taka, że na tę pozycję zespół pracował cały sezon i nie ma tu przypadku. Dodajmy gwoli porządku, że i przygoda Trefla z Pucharem Polski za długo nie potrwała, bo odpadł od razu w VI rundzie, przegrywając właśnie z kielczanami. Jakieś pocieszenie dla kibiców mogły stanowić mecze o miejsca 9-12, w których to zespół z Pomorza dwukrotnie pokonał bez większych problemów BBTS Bielsko-Biała i zajął na koniec sezonu 10. miejsce. – Wygranie spotkań o 10. miejsce było naszym obowiązkiem. Sezon praktycznie skończył się dla nas ostatnim meczem fazy zasadniczej w Bydgoszczy, gdy straciliśmy szansę na play-off – skomentował ten wynik Piotr Należyty, prezes klubu.

Pytanie, które się ciśnie na usta po takim sezonie, to oczywiście, co zawiodło? Wydaje się, że przepis, który sprawdził się poprzednim razem – w końcu trener Radosław Panas chciał mieć w drużynie zawodników, z którymi już pracował i odnosił z nimi sukcesy – tym razem się nie sprawdził. Szkoleniowiec szukał najróżniejszych sposobów na dotarcie do swoich podopiecznych, ale w najlepszym wypadku przynosiły one krótkofalowe efekty. Warto też zauważyć, że część zawodników z podstawowej szóstki nie grała nigdy w drużynach, przed którymi były stawiane ambitne cele albo nie była postaciami pierwszoplanowymi w swoich zespołach. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że cel w postaci szóstego miejsca w tabeli nie jest wygórowany, ale to już jest jakaś presja. Warto też zauważyć, że to nie jest pierwszy sezon, kiedy klub z Pomorza ma grać o środek tabeli, a kończy rozgrywki na niższych pozycjach.



Trudno powiedzieć, żeby dla któregokolwiek z zawodników Trefla to był udany sezon. Także dla Jakuba Jarosza, który miał być liderem i owszem, zdobył najwięcej punktów w zespole, w rankingu najlepiej punktujących i atakujących zawodników zajął odpowiednio 8. i 7. miejsce, ale taka jest rola atakującego. Natomiast nie jest to zawodnik, który w pojedynkę wygrywa mecze, zwłaszcza jak nie ma wsparcia od kolegów. Jeżeli cała drużyna grała dobrze, dobrze grał też Jarosz. Swoją drogą trudno oczekiwać, że jeden zawodnik zdobędzie dla całej drużyny ósme miejsce, no chyba że jest Ivanem Miljkoviciem. Co do klasyfikacji indywidualnych to jeszcze tylko Pawłowi Ruskowi udało się zająć 3. miejsce w rankingu najlepiej przyjmujących, a pozostałych zawodników zespołu z Pomorza w zestawieniach trudno szukać w czołówce. Co ciekawe, w rankingu rozgrywających wyżej znalazł się drugi rozgrywający, Przemysław Stępień, który wprawdzie grał tylko w 11 meczach, Łomacz zaś w 22, ale na boisku prezentował się lepiej od swojego starszego kolegi. Schematyczność rozegrania też na pewno nie wpłynęła pozytywnie na grę zespołu. Poza tym zabrakło indywidualności, kogoś, kto by pociągnął zespół w trudnych momentach, bo żadnemu z zawodników nie udało się takiej roli spełnić. Pierwsze efekty nieudanego sezonu już poznaliśmy – pożegnano się z dwoma zawodnikami – mowa tu o Grzegorzu Łomaczu i Pawle Mikołajczaku – jeszcze przed zakończeniem rozgrywek, a z Radosławem Panasem już po zakończeniu meczów o miejsca 9-12. Czy kolejna rewolucja w zespole i nowy szkoleniowiec pozwolą wreszcie wykorzystać w pełni potencjał organizacyjno-finansowy, jaki jest w Gdańsku? Odpowiedź na to pytanie poznamy dopiero za rok.

 

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2014-05-05

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved