Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > ligi zagraniczne > Ł. Żygadło: Musiałem zapomnieć o noszeniu koszulek reprezentacji

Ł. Żygadło: Musiałem zapomnieć o noszeniu koszulek reprezentacji

fot. Joanna Skólimowska

Obecnego sezonu Łukasz Żygadło nie może zaliczyć do udanych. Od jesieni zmagał się z poważną kontuzją, której doznał na jednym z pierwszych treningów z Zenitem Kazań. Polski rozgrywający doszedł już do zdrowia i od trzech tygodni trenuje z zespołem.

Jak pana zdrowie?

Łukasz Żygadło: – Dziękuję, obecnie wszystko w porządku. Mogę już biegać, skakać do bloku i zagrywać. Nie zawsze mogę wychodzić na boisko, ponieważ zbliża się koniec sezonu, a co za tym idzie, decydujące mecze, a ja dopiero dochodzę do formy. Teraz spędzam dużo czasu na siłowni, mam indywidualny program treningów.

Ciężko uwierzyć, że tak szybko doszedł pan do pełni sił. Mówiło się, że może pan nawet zakończyć karierę.



– Kiedy doznałem kontuzji byłem zły. Wszystkie moje plany i marzenia prysnęły jak bańka mydlana. Bardzo chciałem grać dla Zenitu i wygrywać. Na szczęście trafiłem w dobre ręce lekarzy w Kazaniu i we Włoszech. Drugą operację przeprowadzał jeden z najlepszych lekarzy w Europie specjalizujący się w kontuzjach stawu skokowego. Uspokoił mnie, że za 5-6 miesięcy będę na 100% gotowy do gry, jeśli będę stosował się do jego zaleceń.

Trenowanie samemu przez tyle miesięcy to chyba prawdziwa droga przez mękę?

– Dokładnie, zwłaszcza dla sportowca z zespołowej dyscypliny sportu, który przywykł do tego, że wszystko robi z drużyną. Lekarz od razu mi powiedział: „Twoja przyszłość zależy od ciebie”. Musiałem codziennie trenować, odganiając pesymistyczne myśli i zmęczenie. Starałem się nie tyle co trenować, ale dobrze to wykonywać i utrzymywać całe ciało w dobrej kondycji. Organizowałem sobie lepsze leczenie, rehabilitację i treningi. Czasami stawałem się menadżerem, ponieważ musiałem wybrać ludzi, z którymi praca przyniosłaby jak największą dla mnie korzyść. Było to możliwe dzięki doświadczeniu, które zdobyłem, grając w wielu klubach. Teraz mogę powiedzieć wszystkim, którzy mi pomogli: wielkie dzięki!

W pierwszym wywiadzie po doznaniu kontuzji powiedział pan, że wpadłby w rozpacz, gdyby nie wsparcie otoczenia.

– Tak, przekonałem się o tym jak miłość i życzliwość mogą polepszyć nastrój i pomóc wydostać się z dołka. Przez pierwsze dni w Kazaniu wspierał mnie ciągle lekarz Zenitu Ilszat Sagitow, odwiedzali mnie moi nowi koledzy z drużyny. Szczególnie chciałbym podziękować kibicom. Otrzymywałem niezliczoną ilość wiadomości z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Przysłano mi też ogromną księgę, a na każdej stronie były życzenia. To najbardziej wzruszający prezent, jaki dostałem.

W 2007 roku oddał pan na aukcję swój srebrny medal mistrzostw świata, aby wspomóc działalność charytatywną.

– Tak, pieniądze zostały przeznaczone na budowę szpitala dziecięcego. Nie możemy zapominać o tych, którzy z powodu problemów ze zdrowiem nie mogą żyć pełnią życia. Kiedyś odwiedziłem szpital i dziewczynkę, która chorowała na białaczkę. Z powodu złych wyników nie mogła nawet opuszczać sali. Była fanką siatkówki, porozmawiałem z nią, pograłem, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Za dwa tygodnie zadzwoniła jej mama, moja żona zaczęła płakać, więc pomyślałem, że stało się coś strasznego, ale nic podobnego. Jej wyniki znacznie się polepszyły, przysłano mi zdjęcie, jak spaceruje. Lekarz nie mógł nawet wyjaśnić, jak to się stało. Może pokonać chorobę udało się dzięki zastrzykowi pozytywnej energii. Jeśli jest taka możliwość, to staram się pomagać tym, którzy tego potrzebują.

Będzie pan w stanie grać dla Polski w Lidze Światowej?

– Tak, w maju czekają nas kwalifikacje do mistrzostw Europy w 2015 roku. Nie wezmę w nich udziału, ale potem będę w stanie grać.

Obecnym trenerem reprezentacji jest Stephane Antiga, który prowadzi swój zespół do gry o mistrzostwo kraju. Za parę tygodni znajdzie się w zupełnie innej roli. Co pan o tym myśli?

– Zmiana perspektywy jest trudna, a do tego Stephane ma mało czasu. Trzeba mieć nadzieję, że zawodnicy pozostaną profesjonalistami i takie też będą ich relacje z trenerem. Jest wiele zespołów, w których występują świetni zawodnicy, ale to i tak nie jest gwarancja zwycięstwa. Na wysokim poziomie decydującym czynnikiem jest to, czy w drużynie wszyscy myślą i podchodzą do pracy tak samo.

Grał pan w Polsce, Grecji, Rosji, Turcji i we Włoszech. Ma pan w sobie część każdej kultury?

– Oczywiście. Przyjemnie jest wrócić do miejsc, w których się kiedyś grało, pospacerować po uliczkach, po których się spacerowało. To taka przyjemna nostalgia. Najważniejsze, że mam wielu przyjaciół tam, gdzie grałem. Teraz w Ankarze, gdzie występowałem osiem lat, pogawędziłem z prezesem klubu Halkbanku, lekarzem i innymi.

Mówi się, że w Grecji kibice są żywiołowi.

– W sezonie 2004/2005 grałem w Panathinaikosie. Kiedyś wszedłem na halę i nagle zapadła grobowa cisza. Wszyscy na mnie spojrzeli, a ktoś powiedział: „Za to mogą u nas zabić”. Zapytałem, co się stało. Okazało się, że chodziło o czerwoną koszulkę, w której się pojawiłem. Jak wiadomo, kolor czerwony zarezerwowany jest dla Olympiakosu. Musiałem zapomnieć o noszeniu czerwonych koszulek reprezentacji Polski.

Za Dynamem Jantar z Kaliningradu ciągnie się zła sława w związku z oszustwami pieniężnymi. Panu się poszczęściło?

– Kiedy tam grałem, to wszystko było z tym w porządku. Szkoda, że nie ma tam klubu, bo kibice na pewno chcieliby widzieć zespół w Superlidze.

Po sześciu latach wrócił pan do Rosji. Co się zmieniło?

– Superliga jest najmocniejszą ligą na świecie, reprezentacja osiąga znakomite wyniki, wszystko zmienia się na lepsze.

źródło: inf. własna, sport.business-gazeta.ru

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
ligi zagraniczne

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-04-22

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved