Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Lorenzo Bernardi: Układ sił w siatkówce się zmienił

Lorenzo Bernardi: Układ sił w siatkówce się zmienił

fot. Sabina Bąk

- Aktualnie mocne drużyny grają nie tylko we włoskiej Serie A czy rosyjskiej Superlidze, pamiętajmy o innych krajach - o rywalizacji na europejskich parkietach mówi Lorenzo Bernardi, dodając. - Jesteśmy świadomi swojej mocy i atutów, ale też i gdzie są nasze granice.

Od rozstrzygnięć w Final Four siatkarskiej Ligi Mistrzów minęło już trochę czasu. Podsumowując turniej, co twoim zdaniem było kluczem do sukcesu? Wracając do decydujących meczów pierwsza myśl to…

Lorenzo Bernardi: Mam same pozytywne myśli (śmiech). Od rozpoczęcia sezonu minęło sporo czasu, mieliśmy na swojej drodze kilka celów: oczywiście przede wszystkim była PlusLiga, Puchar Polski i właśnie Liga Mistrzów. Już przed finałami Ligi Mistrzów udowodniliśmy, że nasz zespół jest coraz mocniejszy. I dość szybko pojawiły się głosy, że z Final Four nie możemy wrócić z pustymi rękami, a powinniśmy przywieźć medal. Jestem dumny z mojego zespołu, bo z każdym kolejnym dniem, tygodniem czy miesiącem widać było, jak ci zawodnicy się rozwijają i ile poprawiają nie tylko w samej grze, ale też podejściu mentalnym. Z pewnością jednym z najbardziej istotnych aspektów jest to, że jesteśmy świadomi swojej mocy i atutów, ale też i tego, gdzie są nasze granice. Kolejnym jest praca nad tym, aby zamienić te bariery na to, co pozwoli nam mieć przewagę nad innymi. I myślę, że właśnie na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy udowodniliśmy, że potrafimy to zrobić, zaprezentowaliśmy naszą dobrą siatkówkę i nawet jeśli na tej drodze przegraliśmy w finale Pucharu Polski czy półfinale Ligi Mistrzów, jestem dumny z mojego zespołu i pracy, jaką wykonali.

W odniesieniu do tego podejścia mentalnego. Po dotkliwej porażce w półfinale zdołaliście się podnieść i w meczu o brąz wrócić do swojej gry. Co było punktem zwrotnym dla zmiany właśnie z tej perspektywy psychologii?

– Po półfinale spotkaliśmy się i rozmawialiśmy. Starałem się wyjaśnić zawodnikom, co moim zdaniem się wydarzyło w tym spotkaniu. Myślę, że miałem pewną przewagę, bo w swojej karierze zawodnika rozegrałem sporo ważnych meczów. Grałem w Final Four czy też innych turniejach o podobnej randze. Oczywiście w półfinale nie zagraliśmy dobrego meczu, jednak nie byłem zły o to, że moi zawodnicy nie walczyli. Byłem zły, bo po półfinale atmosfera wokół i w samym zespole była nie najlepsza. W pewnym momencie poczuliśmy chyba, że jesteśmy niepokonani, ale zapomnieliśmy przy tym, jak mocne są też pozostałe zespoły. To co ważne, a o czym nie możemy zapominać, to że większość z tych zawodników nigdy nie grała w Final Four i to nie jest bez znaczenia. Bo jednym z ważnych aspektów jest doświadczenie, szczególnie kiedy graliśmy przeciwko drużynie, w której trzech zawodników kilkukrotnie wygrywało Ligę Mistrzów, pięć lub sześć razy mieli okazję grać w turnieju finałowym i to jest ta różnica. Dla mnie to także nowe cenne doświadczenie. Nie możemy zwieszać głów i poddawać się, bo jeden mecz zagraliśmy niezbyt dobrze. Cieszę się ponieważ ten zespół bardzo szybko przystosował się do sytuacji, bo już po jednym meczu. Problem nie tkwił bowiem w technice czy braku walki, ale raczej w pewnym przestoju. I tym, co mogło mieć wpływ na grę na tym etapie turnieju, było też nagromadzenie emocji i stresu. Te emocje bardzo często wytwarzają pewną blokadę, kiedy byłem młodym zawodnikiem i zaczynałem swoją zawodową karierę, też to odczuwałem, więc doskonale rozumiem, jak to jest.

Zgodziłbyś się z tym, że w Final Four mogliśmy zobaczyć dwa rożne oblicza Jastrzębskiego Węgla?

– Nie wiem, czy możemy mówić od razu o dwóch obliczach. Na pewno nie możemy powiedzieć o jakiejś dużej różnicy, ponieważ na przestrzeni jednego dnia pod względem technicznym nie bylibyśmy w stanie dokonać jakichś znaczących zmian, ale w głowach można zmienić sporo. I my zmieniliśmy tak naprawdę wszystko. W drugim meczu zagraliśmy z większą lekkością i swobodą, nie mieliśmy nic do stracenia. Ale nie dlatego, żeby nie obchodziło nas to, czy wygramy, czy przegramy. We Włoszech mówimy, że to gra tzw. jak dziecko, bez zbędnych myśli w głowie i to jest właśnie ta różnica.

Halkbank Ankara okazał się dla was przeszkodą nie do przejścia, w przeciwieństwie do Zenitu Kazań. Porównując te dwa spotkania, możemy powiedzieć, że na tę chwile wicemistrz Turcji jest mocniejszym zespołem niż Zenit Kazań?

– To trudne pytanie, chociaż w tych meczach na pewno. My graliśmy zdecydowanie lepiej jako zespół w meczu z Zenitem. Rywale nie byli w stanie nas dobić, znaleźć słabego punktu w naszej grze. My prowadziliśmy dobrą, inteligentną grę na tyle, że trudno było im cokolwiek zmienić. To był ich problem w każdym meczu. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że nie mają ważnych zawodników. Ponieważ w składzie Zenitu jest 5-6 triumfatorów ostatnich igrzysk olimpijskich, mają też trenera, który do tego zwycięstwa doprowadził. Chociaż na tę chwilę to okazało się niewystarczające i my okazaliśmy się lepsi.

Mówiło się też o tym, że Rosjanie nie potrafią, nie chcą walczyć o 3. miejsce…

– Nie, zdecydowanie nie.. Słyszałem opinie, że nikt nie chce grać o trzecie miejsce, że liczy się tylko finał. Jednak oni byli bardzo podrażnieni po porażce w półfinale, a widząc ich złość po decydującym meczu, to tylko potwierdziło, jak bardzo chcieli wygrać ten mecz.

Medal Ligi Mistrzów to ważny wynik dla polskiej siatkówki, historyczny dla Jastrzębskiego Węgla, ale i też istotny sukces w twojej karierze trenerskiej na arenie międzynarodowej.

– Na pewno, to jest niesamowity rezultat. Tak jak powiedziałem moim zawodnikom po meczu półfinałowym – powinniśmy się cieszyć z tego, że mogliśmy grać w tym turnieju. Bo jeśli spojrzymy na takie zespoły jak Lube Banca Macerata, Copra Piacenza, Lokomotiw Nowosybirsk, Trentino, Resovia czy ZAKSA, które na tym etapie były już poza rozgrywkami, to już sama obecność w Final Four jest znakomitym wynikiem. Trudno wyobrazić sobie, czym jest wywalczenie brązowego medalu w turnieju finałowym, gdzie mierzyliśmy się z zespołami o zdecydowanie większym budżecie, drużynami, które w swoich składach mają zawodników o wielkich nazwiskach, gwiazdy światowej siatkówki, takie jak: Muserskij, Travica, Tietiuchin, Grozer, Michajłow, Wołkow, Grbić, Anderson, Apalikow, Siwożelez, Werbow, Juantorena, Kazijski, Djurić… i tak można by wymieniać. Musimy się cieszyć z tego wyniku, mamy więc powody do dumy. Natomiast mówi się, że u nas nie ma tak mocnych zawodników, ale my jesteśmy silni jako drużyna i nasze najlepsze mecze w tym sezonie to właśnie te spotkania, w których graliśmy zespołowo, nie indywidualnościami. Mamy swój styl, pomysł na tę grę, którego wszyscy się trzymają i najważniejsza jest grupa ludzi, która razem czuje się dobrze.

Wspomniałeś o różnicy w budżetach poszczególnych klubów występujących w Final Four. Na przestrzeni ostatnich lat jest to coraz bardziej widoczne, zbliża się granica, po przekroczeniu której bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że coraz częściej grają pieniądze.

– Oczywiście jest to czynnik dający dużą przewagę, chociaż tutaj nie ma reguły, że kto ma pieniądze, ten wygrywa. Ale przykładowo kto ma spory budżet, może znaleźć się w Final Four Ligi Mistrzów. Na pewno jeżeli masz budżet na poziomie naszych rywali z turnieju finałowego, możesz ściągnąć do zespołu wielu ważnych zawodników, chociaż to i to nie jest gwarantem zwycięstwa. Oczywiście zawsze to lepiej dysponować sporym zasobem finansowym, bo to zmienia też możliwości.

W tym sezonie w czołowej czwórce Europy zabrakło teamów z włoskiej Serie A. Taki rozwój wypadków można rozpatrywać w kategoriach niespodzianki?

– Nie mogę się zgodzić z tym, że było to tak duże zaskoczenie, tym bardziej że zespół Serie A odpadł w ostatniej rundzie przed turniejem finałowym. Dla mnie i mojego zespołu to musi być dodatkowy powód do dumy, bo wygraliśmy z zespołem, który dwukrotnie 3:0 pokonał Coprę Piacenza, zespół, który wcześniej wyeliminował Maceratę. Patrząc w ten sposób, możemy powiedzieć, że jesteśmy lepsi. W tej chwili układ sił w siatkówce trochę się zmienił, aktualnie mocne drużyny grają nie tylko we włoskiej Serie A czy rosyjskiej Superlidze, pamiętajmy o innych krajach, jak Polska czy Turcja. Powtórzę więc, że nie była to dla mnie duża niespodzianka, chociaż na pewno na starcie rozgrywek obstawiałbym, że jeden z włoskich zespołów znajdzie się w Final Four. Ale później wszystko się tak ułożyło, że już w pierwszej rundzie play-off dwie drużyny z Serie A trafiły na siebie. Nie bez znaczenia było tutaj miejsce zajmowane w fazie grupowej, my awansowaliśmy z pierwszego miejsca i wtedy już na starcie jest ta mała przewaga, kiedy gra się z zespołem z drugiego miejsca. My znaleźliśmy się w takiej sytuacji, ale nie mieliśmy łatwej drogi, żeby wywalczyć to pierwsze miejsce musieliśmy u siebie pokonać Halkbank Ankara, rozegraliśmy kilka lepszych meczów i to w ogólnym rozrachunku też miało znaczenie.

Wracając do waszej drogi do turnieju finałowego, ona także nie była najłatwiejsza. Na ostatniej prostej trafiliście na wymagającego rywala, jakim z pewnością jest Resovia Rzeszów, mistrz Polski.

– Oczywiście, dla mnie w tej chwili Resovia Rzeszów jest jednym z najmocniejszych zespołów w Polsce. Jednak my zagraliśmy wtedy dwa świetne mecze, już sam początek, tj. zwycięstwo w spotkaniu u siebie, dał nam sporą zaliczkę. Później w Rzeszowie to potwierdziliśmy, wygrywając 3:1, przy czym te wygrane sety były w naszym wykonaniu niesamowite. Ale nasza dobra gra nie mogła być zaskoczeniem, gramy dobrze już od dłuższego czasu. To potwierdzają kolejne wyniki, wracając chociażby do meczu grupowego przeciwko Tours, to był zespół, z którym w fazie grupowej na terenie rywala nikt nie wygrał, a my pokonaliśmy ich i to 3:0. Na pewno więc przeciwnikom nie jest łatwo grać przeciwko Jastrzębskiemu Węglowi.

A może w tym sezonie to Resovia ma wyjątkowy problem z meczami przeciwko Jastrzębskiemu Węglowi? Najpierw wyeliminowaliście rzeszowian z Ligi Mistrzów, później zamknęliście im drogę do finału Pucharu Polski.

– Każdy mecz to inna historia. Także patrząc na to spotkanie, możemy powiedzieć, że tak samo będzie w kolejnych. Być może w kolejnym meczu to oni wygrają, kto wie… Ale to, co mogę na pewno powiedzieć, to to, że za każdym razem, kiedy przyszło nam się mierzyć z Resovią Rzeszów, to my graliśmy bardzo dobrze. A kiedy utrzymujemy grę na tak wysokim poziomie, rywalowi nie jest łatwo prowadzić wyrównaną grę.

Wracacie na ligowe parkiety, przed wami decydujące mecze I rundy play-off i zapewne półfinały, gdzie czeka Skra Bełchatów…

– Na razie nie wybiegamy tak daleko myślami. W tej chwili jesteśmy skoncentrowani na piątkowym meczu w Radomiu. Przed nami naprawdę bardzo trudny mecz. Pamiętamy, że przegraliśmy w fazie zasadniczej na terenie rywali 0:3. Poza tym dla nich wygrana choćby jednego meczu z nami w tej fazie byłaby szczególnie ważna, bo teraz występujemy w roli trzeciego zespołu Europy, a to zawsze dodatkowo motywuje przeciwników. Spodziewamy się walki, bo radomianie nie będą mieć nic do stracenia. Ale mam nadzieję, że zagramy z taką samą motywacją i podejściem jak w ostatnich meczach, bo bez tego byłoby trudno o dobry wynik.

W odniesieniu do mocnych punktów Jastrzębskiego Węgla, z jednej strony mówi się o tym, że nie macie jednego zdecydowanego lidera, jednak z drugiej spotykamy się z opinią, że zawodnikiem, który może robić różnicę, jest Michal Masny. Zgodziłbyś się z tym?

– Z jednej strony tak, chociaż patrząc na ten sezon, można to samo powiedzieć też o innych zawodnikach. Przykładowo świetny sezon rozgrywa Michał Kubiak, udowadnia to na każdym kroku, pokazując umiejętności techniczne, taktyczne, osobowość odpowiadająca liderowi. Jednak w tym sezonie trudno byłoby mi wskazać czy wyróżnić jednego zawodnika. Niesamowicie grają Alen Pajenk czy Krzysztof Gierczyński i tak można wymieniać… Myślę też, że dlatego gramy tak, a nie inaczej. Oczywiście rozgrywający jest wyjątkowo ważnym zawodnikiem, ma kontakt z piłką w każdej akcji, jest kierowcą samochodu, to nie jest więc łatwa rola. Ale nie możemy zapominać o innych: o tym, jak w meczach z Resovią czy spotkaniu o brąz Ligi Mistrzów zagrał Michał Łasko albo Damian Wojtaszek, który zagrał niesamowicie, czego potwierdzeniem była nagroda indywidualna w Final Four. Dla mnie równie istotni są też zawodnicy, którzy dzięki wspólnej pracy nabierają doświadczenia w grze na tym poziomie, bo bez tego nie będziemy się rozwijać, oczywiście wiem, że rola zmiennika może nie być łatwa do zaakceptowania. Jednak pamiętajmy, że zawsze, niezależnie kto ile czasu spędza na boisku, gramy i wygrywamy jako zespół.

Michal Masny jest więc jednym z lepszy zawodników na swojej pozycji?

– W PlusLidze na pewno. Powtarzam to od dwóch lat, że dla mnie jest najlepszym rozgrywającym w rozgrywkach ligowych. I teraz on to potwierdza. Na tę chwilę nie chce, żeby to źle zabrzmiało, ale ma powody, aby mieć poczucie, że jest jednym z lepszych zawodników na swojej pozycji nie tylko w Polsce, ale też w Europie.

*rozmawiała Edyta Bańka (Strefa Siatkówki)

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
europejskie puchary, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-03-28

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved