Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Péter Veres: Nie jestem aniołem, który zstąpił z nieba

Péter Veres: Nie jestem aniołem, który zstąpił z nieba

fot. Joanna Skólimowska

- To my przegraliśmy ten mecz, a nie Jastrzębski Węgiel go wygrał - przyznał po starciu w Jastrzębiu-Zdroju Peter Veres. Węgierski przyjmujący opowiedział też o presji, która jest wywierana na Resovii, a także o wielkich oczekiwaniach wobec jego osoby.

W całym meczu popełniliście 25 błędów własnych – oddaliście rywalom jednego seta. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu przegraliście na własne życzenie?

Péter Veres: – Nie sądziłem, że popełniliśmy tych błędów aż tyle… W tej sytuacji jestem przekonany, że przegraliśmy ten mecz w zasadzie przez nasze błędy. Będę mówił tylko za siebie, nie chciałbym wypowiadać się w imieniu innych czy oceniać moich kolegów, ale ja sam nie jestem usatysfakcjonowany swoimi statystykami, ponieważ zazwyczaj nie popełniam tak wielu bezpośrednich błędów. OK, każdy się myli, ale w tym spotkaniu zbyt często wyrzucałem piłkę w aut. Być może zbyt emocjonalnie podeszliśmy do tego starcia, może wytworzyła się zbyt duża presja? Mam nadzieję, że podczas rewanżu, grając u siebie, będziemy bardziej skoncentrowani i zarówno nasza gra, jaki i wynik będą inne. Musimy nieco stonować nasze nastroje, podejść do tego starcia z „chłodną głową”, wykazać się maksymalnym skupieniem, bo inaczej nie wygramy.

Gdy jastrzębianie wam „odskakiwali”, początkowo nie potrafiliście sobie z tym poradzić, dopiero po czasie zaczynaliście pogoń, ale za każdym razem było już za późno. Możecie żałować tych niewykorzystanych okazji, zwłaszcza w trzecim secie.



– Wydaje mi się, że do 20. punktu ta walka całkiem nam wychodziła. Dopiero gdy przekroczona została granica 20 punktów, wszystko było nie tak: nasze przyjęcie stawało się coraz gorsze, kiepsko atakowaliśmy, nasz blok nie funkcjonował, podobnie jak i zagrywka. Myliliśmy się często, nic tak naprawdę nie mogliśmy zrobić. To my przegraliśmy ten mecz, a nie Jastrzębski Węgiel go wygrał. Oczywiście, jastrzębianie rozegrali bardzo dobre zawody – świetnie funkcjonowało ich pierwsze tempo i pipe. Szczerze mówiąc, to nie spodziewaliśmy się tego – chyba zbyt wiele uwagi w naszej taktyce poświęciliśmy pozycjom drugiej i czwartej. W kolejnym meczu musimy być czujniejsi, zmienić taktykę i skupić się na tym wszystkim. Wierzę, że u siebie zagramy inaczej, lepiej, bo w Rzeszowie Jastrzębski Węgiel nie może po raz drugi zagrać tak, jak tym razem.

Dużym osłabieniem jest też dla was brak Krzysztofa Ignaczaka. To również odbiło się na waszej grze?

– To w pewien sposób spowodowało, iż nasza gra uległa zmianie. Kiedy ćwiczysz, trenujesz, przygotowujesz się do meczów, zawodnicy są podzieleni na pierwszą szóstkę i na rezerwowych. Dzięki temu wypracowuje się dobrą komunikację, zrozumienie. Jeśli tracisz zawodnika z podstawowego składu, choćby jednego, wszystko ulega zmianie. Trzeba do gry wprowadzać nowego, wypracować od początku kilka schematów. Oczywiście, brakowało nam dobrej gry Ignaczaka w przyjęciu czy w obronie, ale życie się nie skończyło. Musimy radzić sobie bez Krzyśka. Największym problemem dla nas w tej sytuacji było to, że on ‚wypadł’ tak późno i trudno było natychmiast znaleźć właściwe rozwiązanie. Do rewanżu jednak został tydzień, jeśli odpowiednio ten czas przepracujemy ze zmiennikiem Ignaczaka, mamy szanse.

Podpromie jest waszym ogromnym atutem, a Jastrzębskiemu Węglowi ciężko się tam gra. Dodatkowo zawsze istnieje opcja rozegrania złotego seta – wasze szanse na awans wcale jeszcze nie są pogrzebane.

– Też tak sądzę! Zazwyczaj u siebie gra się o wiele lepiej. Wszystko dlatego, że atmosfera we własnej hali jest o wiele bardziej sprzyjająca niż na wyjeździe. W Rzeszowie mamy niesamowitych kibiców i zazwyczaj hala jest zapełniona. To jest niesamowite. Po raz pierwszy w życiu przeżywam coś takiego, jak gra przy w pełni zapełnionych trybunach tak żywiołowymi kibicami – to coś wspaniałego! U siebie na pewno zagramy o wiele lepiej, zwłaszcza że musimy wygrać 3:0 lub 3:1. Wówczas rozegramy złotego seta, a wtedy wszystko będzie w naszych rękach.

Wspomniałeś wcześniej o presji. Resovia jest zbudowana po to, aby wygrać PlusLigę, aby osiągnąć jak najlepszy wynik w Lidze Mistrzów. Czy rzeczywiście ta presja, którą się na was wywiera, jest zbyt duża?

– Zdecydowanie. Kiedy przed rozpoczęciem sezonu przybyłem do Rzeszowa, powiedziano mi, że nie będzie mi tu łatwo, ponieważ Resovia dwa razy pod rząd wywalczyła tytuł mistrza Polski, wobec czego także i w tym roku oczekiwania względem niej są wysokie. Wszyscy powtarzają, że musimy wygrać złote medale PlusLigi, wywalczyć Puchar Polski i polecieć do Ankary, zagrać w Final Four. I wiesz co? Z takim podejściem, nastawieniem, nie jest łatwo wyjść na boisko i grać swoje. Oczywiście, my wszyscy bardzo chcemy i staramy się, zresztą myślę że jeśli patrzysz z boku, to widzisz, jak wielkie są nasze chęci. Tym razem także bardzo chcieliśmy wygrać, ale to ciśnienie nas przygniotło, wobec czego wszystko układało się zupełnie inaczej, niż to sobie założyliśmy.

Wszyscy mają wysokie oczekiwania również względem ciebie. Przyszedłeś do Resovii jako gwiazda – odczuwasz również presję związaną z tym, że musisz zaprezentować się jak najlepiej?

– Tak, presja jest ogromna. Wszyscy myślą, sam nie wiem czemu, ale tak jest, że skoro trafiłem tu z Dynama Moskwa, to muszę grać zawsze na stuprocentowej skuteczności. I wiesz co? To mnie zszokowało. Wszyscy wychodzą z założenia, że muszę grać fenomenalnie, że nie mogę się pomylić, że nie mogę mieć gorszego dnia. To ciśnienie jest zbyt duże i jest to przytłaczające. Być może wygląda to tak, jakbym się uskarżał i użalał – nie, wcale się nie użalam! Ja po prosu staram się wytłumaczyć, że taka sytuacja nie jest prosta. Staram się grać jak najlepiej, daję z siebie wszystko, ale po raz pierwszy w życiu przydarzyło mi się coś takiego, że podpisałem kontrakt i wszyscy, bez wyjątku, mówią mi, że muszę zawsze grać bezbłędnie, najlepiej. To trudne.

Wydaje mi się, że powinieneś być przyzwyczajony do tego, że poprzeczka jest zawieszona wysoko. W Rosji również oczekiwania wobec zawodników są ogromne, zwłaszcza wobec obcokrajowców.

– Rosyjscy siatkarze są traktowani tak samo, jak zagraniczni. Od wszystkich wymaga się naprawdę dużo, ale i poziom rozgrywek jest o wiele wyższy. Tutaj, w Polsce, niemal wszystkie zespoły w dużej mierze skupiają się na mojej osobie i na tym, jak mnie zatrzymać w ataku. Rzadko kiedy zdarza się, bym atakował na pojedynczym bloku – zazwyczaj jest on podwójny lub potrójny. To jest tutaj najtrudniejsze. Ok, trafiłem tutaj z Dynama Moskwa i doskonale wiem, co mam robić i staram się, ale nie jestem aniołem, który zstąpił z nieba i dokona cudów. Oczywiście, zawsze daję z siebie maksa, ale przepraszam – nie jestem idealny. Nikt nie jest.

*Rozmawiała Michalina Tarkowska (Strefa Siatkówki)

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
europejskie puchary

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-02-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved