Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie Grzegorz Kokociński – cz. 2

O siatkówce prywatnie Grzegorz Kokociński – cz. 2

fot. Cezary Makarewicz

- Nie chcę jeszcze zawieszać butów na kołek - mówi w drugiej części obszernej rozmowy ze Strefą Siatkówki Grzegorz Kokociński. Zawodnik opowiada nie tylko o siatkówce, swoich pasjach, ale też o rodzinie i swoim życiu.

Czy przyszedł do ciebie kiedyś taki moment, w którym stwierdziłeś, że siatkówka to nie jest twoja droga? Na przykład kiedy po nieudanym sezonie w Radomiu mówiłeś, że „czas na odbudowanie formy poprzez grę, a nie stanie w kwadracie dla rezerwowych i oczekiwanie na swoją szansę”?

Grzegorz Kokociński:Tak, no na pewno każdy zawodnik chce grać i też miałem takie momenty, kiedy wściekałem się, nie wiedząc dlaczego inni grają, a ja nie. Myślę, że nie miałem takiego momentu, w którym chciałem powiedzieć „nie” siatkówce. Zawsze byłem głodny gry i zazwyczaj bardziej niż problemy klubowe zniechęcały mnie te rodzinne, gdy ciąganie najbliższych po różnych miastach stało się dla nich uciążliwe. W tej chwili moja rodzina jest na etapie, w którym chce osiąść na jednym miejscu, między innymi dlatego w Bielsku-Białej jestem sam. Żona i dziecko nie mają siły za mną jeździć, bo pracują i się uczą, więc byłoby to dla nich ciężkie. Myślę, że nawet wtedy kiedy nie grałem i mecze spędzałem w kwadracie dla rezerwowych, nigdy nie miałem myśli o końcu kariery, a raczej zastanawiałem się nad zmianą otoczenia – jeżeli w jednym klubie się nie gra, to może uda się to w innym.



W świetle ostatnich kilku spotkań BBTS-u widać, że młodzi środkowi mają chętkę na wychodzenie w podstawowej „szóstce” meczu, a przez to też nie zawsze ty się w niej pojawiasz. Wspomnienia wracają? A może nie obce są wtedy myśli, że w Effectorze bywało lepiej?

Sezon w pierwszych pięciu spotkaniach rozpocząłem akurat w podstawowym składzie. Później przyszedł moment, w którym nie wiem dlaczego, bo nie pytałem trenera, ale nie wyszedłem w pierwszej „szóstce” w meczu z Jastrzębskim Węglem – zarówno ja, jak i koledzy byliśmy zdziwieni tym faktem. Zagraliśmy jednak dobry pojedynek, a Janusz Bułkowski powiedział, że tylko teoretycznie zwycięskiego składu się nie zmienia. To ustawienie zostawił jednak na zwycięskie spotkanie z Częstochową. W Bydgoszczy byłem gotowy do gry, ale tam niestety zerwałem torebkę stawową, a po kontuzji zachorowałem – miałem zapalenie oskrzeli i tydzień spędziłem na antybiotykach w domu. Na mecz z Olsztynem wyszedłem w podstawowym składzie tak naprawdę po trzech dniach trenowania. Teraz choroba nie pozwoliła mi na granie, dopiero wracam do tego. Przez to wszystko schudłem cztery kilo. Nie czuję się jeszcze fizycznie w tak dobrej formie, w jakiej byłem, ale nie wywieszam też białej flagi. Cieszę się, że jest między nami rywalizacja, ponieważ mamy trzech równorzędnych środkowych – każdy z każdym może grać. Oni sami nie ukrywali tego, że zabrakło mnie w meczu z Transferem. Zobaczymy, co będzie dalej, sezon w końcu jest jeszcze długi, a za nami dopiero pierwsza runda. Na pozycji jest nas tylko trzech; Wojciech Siek z reguły gra w Młodej Lidze. Rywalizacja dodaje tego przysłowiowego „zęba”, co powoduje wiele dobrych rzeczy. Nawet na treningach trener nie ustawia nas w dwa walczące ze sobą składy, ale stajemy zawsze w różnych ustawieniach, rotujemy się, co też jest prawidłowe. Z drugiej strony – nigdy nie wiemy, kto będzie grał w nadchodzącym spotkaniu i nie możemy psychicznie się nastawić na granie; trener informuje nas o tym, kto wyjdzie na boisko, dopiero w szatni, przed meczem.

Podczas naszej rozmowy nawiązywałeś już do swojej prywatności – teraz chciałam cię zapytać o to, czy ścieżka, którą wybrałeś we wszystkich jej aspektach, kiedy wymaga podporządkowania, wyrzeczeń, trzymania siebie samego w ryzach, wpływa w znaczący sposób na budowanie relacji z bliskimi ludźmi? Czy generalnie trudno jest budować związki, kiedy ma się sparingi, kilka razy dziennie treningi, wyjazdy? Pamiętam jak kiedyś podczas wywiadu Tomasz Majewski powiedział, że jest ogromnie szczęśliwy z powodu swojego ślubu, ale jego żona od kilku miesięcy nie widziała go w domu na dłużej niż kilka dni.

Mam o tyle „szczęście”, że nie gram w reprezentacji narodowej, chociaż oczywiście każdy marzy o tym, by się w niej znaleźć. Po sezonie mam trochę więcej czasu dla rodziny, ale mimo tego ona pierwsza odczuwa moją nieobecność; treningi, mecze, obozy przygotowawcze bardzo się na nas odbijają. Jestem wdzięczny swojej żonie, która po części zrezygnowała ze swoich studiów i przenosiła się do innych miast, kiedy chciała być ze mną. Nawet gdy studiowała w Lublinie, a my przeprowadziliśmy się do Bydgoszczy, ona dojeżdżała na zajęcia, a ja zostawałem z dzieckiem i przyjeżdżali nasi rodzice. Niestety, przyszedł już ten etap, że rodzina też pragnie stabilizacji i dlatego ten sezon w Bielsku-Białej jest dla mnie osobiście bardzo ciężki, ponieważ nie mogę być tutaj z rodziną. Staram się przyjeżdżać do domu tak często, jak mogę, ale nie jest to proste właśnie ze względu na mecze. Widujemy się co trzy tygodnie lub co miesiąc na dwa, trzy dni, więc nie jest w tym aspekcie za wesoło. Już nawet nie wspominam o rodzicach czy rodzeństwie, bo spotkania z nimi kompletnie odpadają. Święta są zawsze momentem, w którym można spędzić ze sobą chociaż jeden dzień i to zamierzam zrobić – być u teściów i pojechać do mojej mamy. Moja żona przyzwyczaiła się do tego, że nie ma mnie w domu. To jest jednak moja praca i ona doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Rodzina również jest dla mnie wyrozumiała i nikt nie oczekuje ode mnie, bym co tydzień przyjeżdżał na obiadki. Myślę, że każdy siatkarz powie to samo – coś kosztem czegoś. Jest siatkówka, są pieniądze, są wyjazdy, spotkania międzynarodowe, mecze i w związku z tym rodzina zawsze będzie poszkodowana.

Możesz jakieś miejsce nazywać swoim domem w momencie, gdy w ciągu kariery przeprowadzałeś się co najmniej siedem razy? Łatwo przywiązujesz się do przestrzeni, w których przychodzi ci zamieszkać?

Niełatwo. Planowaliśmy z żoną osiedlić się w Bydgoszczy, niezależnie od tego, gdzie będę grać, a Ola pracować. To miasto naprawdę nam się spodobało, tam też mamy swoje mieszkanie. Potem byliśmy we Francji, w Kielcach i w tej chwili właśnie ta ostatnia miejscowość jest tą, w której chcielibyśmy osiąść na stałe. Patrzymy tutaj pod katem pracy żony oraz nauki syna, który zacznie szkołę od września. Małżonka mieszka tam już trzeci rok, mamy tam swoich znajomych, sąsiadów, przyjaciół. Chcemy sprzedać mieszkanie i przenieść się na stałe do Kielc, bo jest to punkt, który w tej chwili najbardziej nam odpowiada. Miałem plany ściągnięcia rodziny do Bielska-Białej, było to niemalże załatwione, ale stwierdziliśmy, że nie ma to sensu, ponieważ gdyby oni przyjechali tu w styczniu, a sezon trwa do kwietnia, to byliby tutaj tylko trzy miesiące, a przecież nie znam swoich planów na przyszły sezon. Oczywiście chciałbym zostać w BBTS-ie, ale nie jestem w stanie niczego przewidzieć. Jest jeszcze zbyt wcześnie na rozmowy w klubach i na pewno nikt o tym nie myśli, pierwsza runda dopiero dobiega końca. W związku z tym doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie, jeśli żona zostanie w Kielcach, a syn skończy tam przedszkole. Co potem będzie, to będzie. Nie zmienia to jednak faktu, że do Kielc już się przyzwyczailiśmy.

Syn Wiktor jest twoim najwierniejszym kibicem?

Jest kibicem, ale myślę, że teraz wszystko się mu zmienia. Kiedy grałem w Effectorze, siatkówka była u niego numerem jeden, w tej chwili jest to piłka nożna – wcześniej chodził na mecze, kibicował, a teraz żona nie ma czasu jeździć z nim na spotkania, a poza tym nie będzie się na nich pojawiać, kiedy mnie tam nie ma. Syn już trochę podrósł, koledzy w przedszkolu zarazili go zainteresowaniem do piłki nożnej, która kiedyś kompletnie go nie interesowała. Zawsze kiedy przyjeżdżam woła, żebyśmy zagrali w piłkę. Jest to obecnie jego największe hobby, zbiera także karty piłkarskie, ogląda mecze, choć naprawdę nie orientuje się nawet, kto gra. Planujemy zapisać go do szkółki piłkarskiej. Niech sprawdzi siebie – czy będzie w stanie wcześnie wstawać, poświęcać czas po zajęciach w przedszkolu mimo tego, że wiele rzeczy i tak ma już zorganizowanych – chodzi na lekcje języka angielskiego i basen. Jeżeli on będzie siebie widział w tym zawodzie, będzie chciał trenować – to jak najbardziej pozwolimy mu iść w tym kierunku.

Czyli mimo wszystkich wyrzeczeń, które spotykają sportowca, chciałbyś, by poszedł w twoje ślady?

Tak. On cały czas mówi, że będzie piłkarzem. Powiedziałem mu, że jeśli tylko chce, to ja mu oczywiście nie bronię. Nie mam zamiaru zmuszać go do siatkówki, to jego decyzja. Cieszę się, że odziedziczył po mnie zamiłowanie do sportu, ponieważ u mnie w rodzinie nie było do tej pory żadnego sportowca. Jestem pierwszą osobą, która zaczęła grać w siatkówkę. W tej chwili mam tylko jednego kuzyna, który uprawia ten sport w Poznaniu i potem długo, długo nic – cieszę się więc, że akurat syn może będzie kontynuował tę tendencję, no chyba, że mu się to odmieni i za chwilę spodoba mu się piłka ręczna. Fantastyczne jest to, że on sam z siebie chce się tym zająć i możemy zawozić go na zajęcia z jego własnej woli, a nie zmuszać go do tego.

A jak u was wygląda sprawa z innymi pasjami syna – czy czytacie mu Tolkiena, słuchając Queen? Starasz się go zarazić swoimi ulubionymi sprawami poza siatkarskimi?

Lubi oglądać to, co ja i moja żona. Tak jak wspomniałaś – kocha „Władcę Pierścieni” oraz „Gwiezdne Wojny”. Ja uwielbiam fantastykę i świetne jest to, że dla niego też istnieją w tej chwili tylko klocki Lego i kosmiczne przygody, plakaty, naklejki – tego typu rzeczy. Moja żona jest pasjonatką Queen i prezentuje mu namiętnie ich utwory, a mały sam z siebie słucha bardzo chętnie Michaela Jacksona, często nawet śpiewa go po angielsku. Interesuje się tymi rzeczami, którymi ja i żona się interesujemy, a to cieszy, bo daje nam możliwość rozmowy także na tematy z tym związane. Gdy przyjeżdżam do domu, Wiktor chce walczyć ze mną na miecze świetlne, czego małżonka ma już dość. Poświęcam mnóstwo czasu, by się z nim pobawić, bo nie ukrywam, że jak byłem mały, to bardzo lubiłem budować z klocków i biegać z karabinem wokół bloku. To zostało do dziś i widzę, że jego cieszy to samo.

Pozostając w tym ciepłym klimacie – czego można życzyć Grzegorzowi Kokocińskiemu?

Przede wszystkim zdrowia, ale także jak najwięcej czasu dla najbliższych, którzy w tej chwili oczekują ode mnie, bym jak najczęściej był w domu, bo tęsknią za mną. Tego też, by kariera zawodowa trwała jak najdłużej, bo tak jak powiedziałem – nie chcę jeszcze zawieszać butów na kołek.

Pierwsza część wywiadu z Grzegorzem Kokocińskim jest tutaj .

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-12-26

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved