Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie Grzegorz Kokociński – cz. 1

O siatkówce prywatnie Grzegorz Kokociński – cz. 1

fot. Cezary Makarewicz

Zawodowo - kapitan i ster swojego sportowego statku - BBTS-u Bielsko-Biała, a prywatnie ciepły i zakochany w swojej rodzinie miłośnik walki na miecze świetlne - to tylko kilka słów, które można powiedzieć o Grzegorzu Kokocińskim.

Kiedy jakiś czas temu rozmawiałam z Tomaszem Kalembką o tym, jak rozumieć pojęcie kariery sportowej, powiedział, że ty jesteś jej idealnym przykładem. Czy w wieku 32 lat też już tak czujesz?

Grzegorz Kokociński:Mogę powiedzieć, że jestem troszeczkę weteranem. Tak naprawdę prawdziwa przygoda z zawodową siatkówką zaczęła się u mnie w wieku 18 lat i trwa nieprzerwanie już czternasty rok. Na pewno mam wiele pozytywnych wspomnień, aczkolwiek pojawiły się również te negatywne. Każdemu, kto uprawia sport, życzyłbym jeszcze lepszej i bogatszej przygody niż ta, którą ja mam, chociaż moja i tak jest niesamowita – poznało się wielu ludzi, zwiedziło się mnóstwo miejsc, a bez siatkówki myślę, że nie osiągnąłbym tego, co w życiu dokonałem.



Czy kiedy w wieku 18 lat przechodziłeś z klubu Chrobry Głogów do AZS-u Częstochowa, spodziewałeś się, że kariera rozwinie się tak, jak się potoczyła? Może sądziłeś, że twój sportowy rozwój pójdzie jednak w nieco inną stronę?

Jeszcze w Głogowie, gdy już grałem w siatkówkę, moi rodzice stawiali na naukę – byłem wielkim miłośnikiem matematyki i to pozostało mi do teraz. Po mistrzostwach Polski w Pucku dostałem oferty pracy w częstochowskim i poznańskim klubie. Sądzę, że decyzja o przeprowadzce do Częstochowy była jednak lepsza, ponieważ patrząc pod kątem sportowym, ekipa z Poznania grała w niższej klasie rozgrywkowej niż śląska drużyna. Wiedziałem, że w tamtych czasach to właśnie AZS i zespół z Kędzierzyna Koźla były „na topie” i myślę, że kierunek, który obrałem, zaprocentował. Pojawiając się tam, zauważyłem, że jest to szansa – trampolina, by odbić się do dalszej siatkarskiej drogi i tak też się stało. Czasy w tym zespole wspominam najmilej, spędziłem tam siedem lat. Jestem z tego bardzo zadowolony.

Pytam, ponieważ grałeś w różnych klubach – zdarzył ci się nawet epizod francuski. Poza AZS-em Częstochowa, z którym zdobyłeś mistrzostwo i Puchar Polski, nie były to jednak kluby takie jak Skra Bełchatów czy choćby Paris Volley. Teraz jest ci jednak bliżej do końca kariery niż jej początku. Czy dla ciebie jest to w tej chwili czas podsumowań i weryfikowania swoich decyzji? Nie żałujesz trochę?

Bliżej końca niż początku – to fakt. Za niedługo będzie trzeba zawiesić te przysłowiowe buty na kołku, aczkolwiek cieszę się – odpukać w niemalowane – że zdrowie mi dopisuje, bo przez całą karierę zawodniczą kontuzje mnie omijały. Etap sportowca kiedyś się kończy i trzeba powiedzieć sobie dość, koniec i wybrać inną ścieżkę w życiu. Już mam pewne plany, które – jeżeli się spełnią – to zaprocentują. Nie chcę na razie ich zdradzać, bo wszystko jest w sferze przygotowawczej. Oby zdrowie dopisało, bo chciałbym pograć jak najdłużej – trochę boję się tego, co to będzie, gdy skończę zawodowo parać się siatkówką. Na pewno będzie mnie ciągnęło do sportu, treningów, a nie jestem osobą, która może siedzieć w domu i nic nie robić.

Jak jest teraz – jesteś kapitanem BBTS-u Bielsko-Biała, beniaminka, który walczy o to, by w siatkarskiej ekstraklasie pokazać się z jak najlepszej strony. Z tym zespołem budujesz bardzo wiele od podstaw – także swoją pozycję lidera, osoby, która powinna być w jakiś sposób sterem drużyny. Czy traktujesz to jako sprawdzian – taki swoisty egzamin z siatkarskiej dojrzałości, a może jako próbę udowodnienia sobie, że to doświadczenie, które zbierałeś przez lata, zaowocuje w kierowaniu jednym z zespołów PlusLigi?

Pierwszy raz w karierze jestem kapitanem drużyny klubowej i od razu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Z jednej strony jest to ogromne wyróżnienie i obowiązek, a z drugiej sprawdzenie samego siebie – chciałbym dawać przykład innym. Jestem kierownikiem tego statku i muszę pokazać siebie z jak najlepszej strony. Kiedy następują złe momenty, powinienem przekonywać o tym, że nie wszystko jest stracone, a kiedy dobre – że możemy wszyscy razem się z tego cieszyć. Uważam, że w tej chwili sportowa mentalność młodszych graczy zmieniła się w stosunku do tego, co było 10-12 lat temu. Kiedyś przepaść między siatkarzami starszymi i młodszymi była bardzo duża. Pamiętam, że przychodząc do klubu w wieku 18 lat, nie miałem nic do powiedzenia, musiałem wykonywać wszystkie zadania bez słowa sprzeciwu. Obecnie sprawa ma się inaczej – nie obrażając nikogo – zdarza się, że młody zawodnik odwróci się na pięcie i odejdzie, a starszy musi na przykład coś dźwigać. Nauczyłem się, że pomaganie fizjoterapeucie czy też trenerowi nie jest sprawą hańbiącą – młodzi powinni widzieć i uczyć się z tego, że najstarsi zawodnicy pomagają. Mniej zaawansowani wiekowo siatkarze nie są tylko od zabawy, ale także od powielania dobrych wzorców. Nie tylko ja, ale także kapitanowie wielu innych drużyn starają się być dobrymi przykładami dla swoich klubowych kolegów. Mamy wszyscy na uwadze też fakt, że to drużyny nas wybrały, jako tych najbardziej zaufanych i tych, na których można najbardziej polegać. Osobiście mam nadzieję, że chłopaki widzą, że staram się być dla nich wsparciem i jestem zawsze otwarty na rozmowę i spotkanie. U nas do tej pory wszystko działa sprawnie, czujemy się jednym kolektywem i mam nadzieję, że tak będzie do samego końca.

Pozostając w temacie kolektywu, o którym wspomniałeś – ile jest prawdy w tym, że będąc jedną drużyną, ciężary porażek nosicie po równo? Gniewałeś się kiedyś na któregoś z zawodników z powodu niepowodzeń czy wasz wewnętrzny, drużynowy świat jest w aspekcie pewnego rodzaju sportowej złości tak lukrowany, jak mówicie?

Samemu meczu się nie wygrywa. Jeżeli nawet ktoś zostaje najlepszym zawodnikiem spotkania, to bez pomocy kolegów MVP nie zaistniałby na parkiecie. To nie jest sport indywidualny – tutaj dużo zależy od wszystkich i jeżeli jeden dobrze nie odbierze, drugi nie rozegra, to trzeci nie będzie miał jak zaatakować i tym samym nie wygra się spotkania. Oczywiście, zdarzają się momenty, w których jest się wściekłym na kolegę, bo na przykład miał łatwą piłkę meczową, której nie skończył. Można także denerwować się na siebie, w momencie gdy taka sytuacja dotyczy własnej osoby. Jednakowoż, nie zdarzyło się chyba jeszcze tak, by po przegranym meczu do któregoś z kolegów przyszedł trener czy inny zawodnik i powiedział, że to jest jego wina, że to on przegrał mecz – jakby takie słowa padły, to osoba, która by takie zdania wypowiedziała, byłaby skreślona dla oskarżanego i pozostałych chłopaków z drużyny. Na pewno byłoby to przykre i nie wiem jak by się odbiło na wspólnych treningach czy psychice osoby, która w ten sposób dostałaby reprymendę z tak „wysokiego C”, prosto w twarz. Osobiście nie zdarzyło mi się usłyszeć, by takie słowa padły z czyichkolwiek ust do kogokolwiek.

Czy w twoim przypadku, z racji bycia kapitanem i jednym z najbardziej doświadczonych zawodników, presja jest większa? Nie mówię o tej wywieranej przez trenera, kibiców czy kolegów z drużyny, ale o tej, którą nakładasz sam na siebie. Czy czujesz większą presję z racji pozycji, którą obecnie zajmujesz?

Przyznam, że tak. Będąc kapitanem, czuję się łącznikiem między zespołem a chociażby władzami. Jestem wysłannikiem, który idzie rozmawiać z włodarzami klubu, prezesem, trenerem, kiedy w drużynie występują pewne problemy. Oczywiście ważnym aspektem tej funkcji są także konferencje prasowe, na których zawsze trzeba coś dobrego powiedzieć, nawet kiedy zagrało się okropne spotkanie, ale też skrytykować, bo przecież nie można tylko wzajemnie się pocieszać i nie wyciągać wniosków z własnych błędów. Ja odbieram to po trochu jako presję na samym sobie, bo mam w pamięci sam proces wybierania kapitana BBTS-u, kiedy to nikt nie chciał kandydować. Dostałem wtedy 14 na 15 głosów – chociaż to też świadczy o tym, że odkąd przyszedłem do zespołu, wszyscy widzieli we mnie ten „ster”, uznając, że ja jako najbardziej doświadczony i ograny siatkarz w drużynie powinienem zostać kapitanem. Patrząc na to w ten sposób – jest to fajne, bo nie ukrywam, że zawsze chciałem pełnić tę funkcję. Już mi się to zdarzyło przez cztery lata w reprezentacji narodowej kadetów i juniorów. Z reguły witanie się z kapitanami przeciwnych ekip, rozmowy z trenerami, wywiady leżą właśnie w mojej gestii – nie zabrania się tego rzecz jasna innym zawodnikom, ale jest w tym, przynajmniej dla mnie, wiele frajdy.

Druga część wywiadu z Grzegorzem Kokocińskim w czwartek, 26 grudnia

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-12-25

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved