Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie Tomasz Kalembka

O siatkówce prywatnie Tomasz Kalembka

fot. archiwum

Ponad 2 metry wzrostu i najdłuższe włosy w PlusLidze, które zazwyczaj myje cudzym szamponem - to znaki rozpoznawcze młodego środkowego BBTS-u Bielsko-Biała, Tomasza Kalembki. O swoich siatkarskich perypetiach potrafi opowiadać nawet prywatnie.

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego cykl wywiadów z siatkarzami BBTS-u chciałam rozpocząć od ciebie. Po prostu wydawało mi się, że powinieneś być tym najbardziej zainteresowany. To chyba przez tę burzę włosów i fanki piszczące za każdym razem, kiedy pojawiasz się na boisku. Nie mów, że tego nie zauważasz.

Tomasz Kalembka: (śmiech) – Nie mogę mówić o fankach, mam dziewczynę. Generalnie, nie słyszę o żadnych fankach.



Jednak od czasów mistrzostw Europy juniorów w 2010 roku trochę zmieniłeś swój image. Częściej patrzysz w lustro?

Może nie w ogóle, ale bardzo rzadko patrzę w lustro. Wszystkim przeważnie się wydaje, tak samo z resztą jak chłopakom z drużyny, że siedzę przed nim i układam włosy, ale mogę powiedzieć z ręką na sercu, że czeszę je raz w miesiącu, jak moja dziewczyna przyjedzie z grzebieniem czy szczotką.

A nadal najczęściej używasz cudzego szamponu?

– (śmiech) Dalej trzymam się tej swojej tradycji i używam cudzego. U nas w szatni wszyscy dostają szampony i zawsze w kącie leży ich pięć czy dziesięć, więc biorę po kryjomu akurat ten, który się nawinie.

W świadomości kibiców funkcjonujesz jako jeden z najbardziej perspektywicznych środkowych, ale także trochę jako gwiazda. Masz parcie na to, by błyszczeć najjaśniej?

Szczerze mówiąc, to nie wiem. Chciałbym być na pewno osobą zapamiętaną z boiska. Nie traktuję siatkówki jako czegoś wielce poważnego. Oczywiście, jest to moja praca i skupiam się na tym w stu procentach. Spójrzmy na to tak: mieszkam poza domem rodzinnym, mam dziewczynę, od której jestem oddalony o 300 km, bo ona studiuje w Łodzi i w tej sytuacji, poświęcając się w jakiś sposób, nie miałbym dawać z siebie wszystkiego, mimo że to nadal lubię? Chciałbym na boisku wyglądać wyraziście – nie chcę być zapamiętany jako kolejny, wchodzący na parkiet, niezwykle poważny zawodnik. Kiedyś bardzo koncentrowałem się przed meczami, ogromnie na serio, ale jakoś od tego sezonu zauważyłem, że o wiele lepiej mi się gra, gdy podchodzę do tego wszystkiego z uśmiechem. Chyba wszyscy, który oglądali zeszłotygodniowy mecz z Jastrzębiem, pamiętają akcję, podczas której w czwartym secie wyszedł Bontje, huknął w dwa metry – ja sobie pomyślałem, że niepotrzebnie będę się przejmował. Brawo dla niego, uderzył i gratuluję mu tego, ale też tego nie biorę jako osobistej porażki.

Lubisz to, że popularność rośnie? Czy i w tym przypadku apetyt wzrasta w miarę jedzenia?

– Popularność – fajne słowo. Chyba z jakąś wielką nie mam do czynienia. Jasne, czasami zdarza się, że ktoś mnie rozpozna na stacji benzynowej, czy powie, że zagraliśmy fajny mecz, ale o nadmiernej rozpoznawalności nie można tu mówić. Umówmy się – nie jesteśmy jakimiś gwiazdami telewizji, żeby ludzie za nami ganiali. Jest miło, jak ktoś mnie zauważy, ale nie zdarza się to zbyt często.

Skromność od ciebie trochę bije, ale czy u sportowca wiara w swoje własne umiejętności i odrobina pychy są cechami pożądanymi?

Według mnie pewność siebie jest najważniejszą cechą, która powinna charakteryzować sportowca. Znam wielu chłopaków, którzy grają super na treningach, bez żadnej presji, a kiedy przychodzi mecz, to przekonania o własnych umiejętnościach trochę im brakuje. Zdarzają się sytuacje, kiedy na treningach właśnie ci sami zawodnicy potrafią wysłać pięć czy sześć zagrywek, które podczas spotkania byłyby nie do przyjęcia, a podczas samego pojedynku tej pewności siebie im brakuje. Trzeba być pewnym własnych umiejętności, czasem nawet aż za bardzo, bo co innego nam pozostaje? Czy mam wychodzić z kompleksami na mecz, na przykład taki jak w zeszłym tygodniu z Jastrzębiem, gdzie grają naprawdę wielkie gwiazdy siatkówki – Kubiak, Bontje, Łasko? Przecież nie mogę mówić: „O rety, co ja teraz zrobię, przecież po drugiej stronie siatki jest ten i ten zawodnik”. Bez przesady, to też jest człowiek, którego można zablokować, przeciwko któremu można efektywnie zaatakować.

Co czuje sportowiec w momencie, gdy niekoniecznie mu wychodzi, kiedy na boisko wpuszczany jest tylko jako zmiennik, nawet nie daje mu się dojść do siatki? To gryzie i pożera, czy bardziej motywuje do coraz większej pracy na treningach?

To zależy. Znam zawodników, którzy czują się skrzywdzeni albo myślą, że decyzja trenera nie jest do końca sprawiedliwa. Zdarzają się też tacy, którzy przepracowawszy cały sezon przygotowawczy, spodziewają się powołania w pierwszym meczu do wyjściowej szóstki, a w momencie gdy tak się nie dzieje, przychodzi na nich załamanie. Są też tacy, którzy nie wierzą w możliwość awansu, uważają, że zawsze będą tylko zmiennikami. Mnie na początku sezonu ta rola nie przeszkadzała jakoś szczególnie. Oczywiście, chciałem grać, ale to, że wyszedłem w meczu z Jastrzębiem w pierwszym składzie, nie jest także wyznacznikiem tego, kto będzie grał w kolejnym pojedynku. Patrząc na treningi, wszystko wygląda na środku siatki bardzo wyrównanie. Jeżeli chodzi o mnie – to, że zaczynam mecz z ławki, raczej motywuje mnie do cięższej pracy.

A pojawia się czasem zazdrość o tych zawodników, którzy wychodzą w pierwszym składzie?

– Mogę bezsprzecznie zaznaczyć, że u nas w drużynie w tym roku żadnej zazdrości nie ma. Przyznam, że zdarzały mi się w poprzednich sezonach sytuacje, w których niektórzy koledzy czuli się pokrzywdzeni, zazdrościli po cichu innym miejsca w składzie.

Jak można sobie radzić, kiedy przegrywacie mecz, wiesz, że dałeś z siebie wszystko, ale to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów? Idziesz i wyładowujesz swoją złość na siłowni, ewentualnie hali, czy zakładasz na uszy słuchawki i słuchasz Method Mana lub Pezeta, tak jak inni zawodnicy?

Po meczach raczej nie czuję żadnej złości. Oczywiście, zdarzają się spotkania, podczas których nic nie wychodzi i wiemy, że zagraliśmy słabo, co przyniosło takie, a nie inne rezultaty, a zdarzają się spotkania, takie jak na przykład z Jastrzębiem, gdzie mimo przegranej uważam, że zagraliśmy najlepszy pojedynek w sezonie. Byłem świadomy tego, że jest to zespół, którzy gra dużo lepszą siatkówkę niż my, ale przecież musimy z nimi walczyć – przecież nie oddamy spotkania przed jego rozpoczęciem. Zawsze mamy cień nadziei, że wygramy. Tym się postawiliśmy tydzień temu i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jeżeli zagramy tak samo z Częstochową, to wygramy ten mecz.

Potem zostajesz sam ze sobą, mimo że normalnie tego nie robisz – stajesz przed tym lustrem, krzyczysz na siebie, kiedy nie wychodzi? Jelena Isinbajewa krzyczała i do tyczki, i do siebie przed lustrem. Jestem ciekawa, jak to jest u ciebie.

– Nie, myślę, że po nieudanym meczu nie mam w sobie aż takiej frustracji, by krzyczeć na siebie. Jasne, zdarzają się mecze, w których wiesz, że dajesz z siebie sto procent, a mimo tego nie udaje się. Wtedy przeważnie zakładam słuchawki na uszy i muszę posłuchać sobie muzyki przez godzinkę lub pół, uspokoić się, a potem może gdzieś wyjść z kolegami.

Pojawiły się kiedykolwiek w twojej karierze takie momenty, kiedy zastanawiałeś się, czy opłaca się wylewać litry potu w hali?

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że to, że się męczę, że na meczach i treningach daję z siebie wszystko, pójdzie na marne. Nie zmuszam się na siłę do tego, by się zmęczyć. Najzabawniej jest w wakacje, kiedy inni grają na przykład w plażówkę, ja spędzam czas z dziewczyną albo z rodziną i jak już siedzę ten tydzień, dwa, to zaczynam sobie myśleć, że poszedłbym gdzieś, pograł z innymi, pobiegał, wybrał się na siłownię. Ciężko mi spędzić czas, nic nie robiąc.

Popatrzmy na twoją karierę ogólnie – masz 22 lata, jesteś związany z BBTS-em od początku twojego zawodowstwa. Zespół ten awansował do PlusLigi, zrobiliście ogromny krok do przodu. Czy jest to także awans dla ciebie? Czy to jest ten moment, w którym możesz stwierdzić, że twoja kariera rozwija się w sposób, w który chciałbyś, by się rozwijała? Czy czujesz trochę sportowego niedosytu?

Zacznijmy może od tego, że strasznie mnie śmieszy słowo kariera. Dla mnie karierę mają zawodnicy tacy jak Mariusz Wlazły czy Paweł Zagumny, człowiek, który gra dziesięć, piętnaście lat w najwyższej klasie rozgrywkowej, jest wiodącą postacią swojego zespołu, samo jego nazwisko już jest marką. U nas takim kimś jest Grzegorz Kokociński – gra na bardzo wysokim poziomie już chyba czternaście lat; występował w Częstochowie, potem we Francji – klubach, które naprawdę nie były słabe. Wracając do ostatniego pytania – zdecydowanie nie. Cofnę się do momentu, kiedy kończyłem Spałę i wszyscy rozchodzili się po klubach. Część obierała Młodą Ligę, I ligę, a pozostali PlusLigę. Trenerzy Zdzisław Gogol i Grzegorz Ryś przez trzy lata bardzo nam wpajali, by nie iść do siatkarskiej ekstraklasy kosztem tego, że będzie się grało. Między innymi dlatego w pierwszym roku poszedłem do Bielska-Białej. Miałem tam grać, ale w ostatniej chwili tak się złożyło, że do zespołu dołączył Sławek Szczygieł i byłem zmiennikiem, ale mimo to mogę stwierdzić, że był to udany sezon w moim wykonaniu, bo sporo wchodziłem na boisko. W kolejnym grałem cały czas. W trzecim sezonie grałem tak, jak chciałem grać i udało się awansować do PlusLigi, co było niesamowite. Zależało mi na tym, by przez te pierwsze dwa, trzy lata nie zakopać się przypadkiem w klubie, w którym nie mógłbym się pokazać. Nie cieszyłoby mnie, gdybym poszedł na przykład do Bełchatowa czy do klubu, który jest wysoko, zdobylibyśmy mistrzostwo Polski, a ja ani razu nie wyszedłbym na boisko i ze trzy razy byłbym w „dwunastce”. Byłoby to kompletnie bez sensu. Dużo bardziej jestem dumny, że zagrałem sezon w pierwszej lidze, udało się dojść do finału i awansowaliśmy o klasę wyżej – czuję się częścią tego sukcesu. Teraz jesteśmy w PlusLidze, pokazałem się już na boisku i chyba o to chodzi w rozwoju krok po kroku – zagrać jeden mecz, potem drugi, pokazać się z dobrej strony, a co będzie później, to zobaczymy. Może dalej będę w Bielsku, może awansujemy albo zdobędziemy medal (śmiech).

Obserwując ciebie na treningach i podczas rozgrzewki, widać twoją ambicję – zawsze rozgrzewając się, twoje kolana latają najwyżej na tle innych zawodników. Zawsze byłeś taki ambitny? Nie uciekałeś czasem z treningów?

– Nie, z treningów raczej nie uciekałem. Teraz jest super, bo mamy je na 10.00 albo na 16.00. Pamiętam, że jak zaczynałem grać w siatkówkę w Dąbrowie Górniczej, dojeżdżałem na treningi na 7.15, więc przez trzy lata musiałem wstawać o 5.45. Dla mnie teraz 9.00 to jest bajka! Po takich przeżyciach, jakie miałem tam, nie jest dla mnie problemem wstać na 10.00 i iść na trening.

Już sobie ciebie wyobrażam, jak taki mały-wielki chłopak chodził każdego dnia na treningi, mimo tego, że poświęcenie się rozwojowi sportowemu wymagało bardzo dużych wyrzeczeń. Nie kusiło to, co zakazane?

Czasem może i kusi (śmiech). Zacznijmy od tego, że to nie idzie w parze. Zdarzają się takie fenomeny jak Dennis Rodman, którego książkę przeczytałem niedawno. To jest aż niesamowite, że człowiek po takich imprezach grał świetne mecze i był jednym z najlepszych obrońców w historii NBA. To jest ewenement chyba na skalę międzynarodową. Sam nie wierzę w to, że można zarwać noc przed spotkaniem. Moim zdaniem jest to bez sensu i w kontekście tego warto byłoby się zastanowić, po co trenujemy. W taki sposób nie oszukuję tylko siebie, ale też drużynę i kibiców. Myślę, że nikt z ekipy nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył mnie przed meczem jeszcze nieswojego.

Na ile jest prawdą to, że trenerzy zabraniają wam pewnych aktywności fizycznych przed spotkaniami? Nie pytam tu o twoje życie prywatne, ale o prawdziwość tego przesądu.

– (śmiech) Nie ma takiej zasady – to jest indywidualna kwestia każdego zawodnika. Jak komuś to pomaga – czemu nie (śmiech).

Ale myślę, że czytać książki na pewno można, prawda? Co czyta Tomasz Kalembka?

– Ostatnio przeczytałem książkę Dennisa Rodmana właśnie. Wcześniej biografię O’Neila, a przed nią pożyczyłem książkę „Prawdziwy gangster” – bardzo dobre dzieło. Cały czas na bieżąco czytam poradniki pokerowe, bo lubię w to grać. Zainwestowałem w dwie książki o tej grze; pieniądze już dawno się zwróciły (śmiech).

Powracając do tego, co po spotkaniach – czy masz sposób, by się od tego oderwać? Siatkówka jest przecież bardzo zazdrosną kochanką.

W tym sezonie już to nie działa, ale wcześniej miałem grę komputerową, nad którą spędzałem tyle czasu, że aż wstyd się przyznawać. Siedziałem i grałem przez internet, z ludźmi, którzy w ogóle nie mieli pojęcia o tym, że gram w siatkówkę. To było bardzo fajne. Wreszcie nie przychodziłem do domu, gdzie ktoś mi zaczynał gadać o tym sporcie w momencie, gdy miałem za sobą sześć godzin treningu. Już miałem tego dosyć. W tym roku siedzę po treningach także przed komputerem. Jestem w Bielsku już czwarty rok, ale nie mam tu tego rodzaju znajomych, których gdzieś zaproszę i nie będziemy rozmawiać o siatkówce. To nie jest moje rodzinne miasto i umówmy się – nie przyszedłem tu, by inwestować w pogaduchy i nowe znajomości, ale by grać. W tym roku siedzę przed komputerem i oglądam głupie filmiki na YouTubie.

Czy da się przy takim trybie życia, jaki prowadzisz, ułożyć życie prywatne? To jednak jest sport, który wymaga codziennych treningów, specyficznej diety i jest na dodatek kontuzjogenny. Czy przyzwyczaiłeś się już do tego szaleństwa, który daje? Czy nie tęsknisz za pracą od 10.00 do 17.00 i zachowywaniem reszty czasu dla siebie?

– Zastanawiam się czasami, jak by to było, gdybym chodził do normalnej pracy. Chyba jednak nie tego chcę. Gram w siatkówkę, nie ukrywajmy – zarabiam na tym i robię to, co lubię. Przychodzę na treningi nie jako do pracy, bo muszę, ale bo chcę i podoba mi się to. Mam z tego radość i nie zamieniłbym tego na nic innego. Nie wyobrażam sobie na razie, co będzie, kiedy skończę z siatkówką. Ostatnio przeczytałem też książkę Marcina Prusa, która zmusiła mnie poniekąd do refleksji o tym, co będzie dalej – co się stanie, jak skończę grać?

No właśnie, co się stanie, kiedy skończysz grać? Myślisz, że po tylu latach będziesz w stanie odciąć pępowinę od matki-siatkówki i ruszyć w swoją stronę – na przykład pójść na uczelnię i zrobić doktorat jak bracia Kliczko?

– Dobre pytanie. Jakiś zarys tego, co chciałbym robić, mam – wolałbym zostać z siatkówką. Jeśli będę o siebie dbać i super pójdzie, to pogram jeszcze z 12-15 lat. Przypuśćmy, że będę występował łącznie osiemnaście lat, przez ten okres czasu liczyłaby się tylko siatkówka, siatkówka i jeszcze raz siatkówka, a potem co? Nagle nic? Chciałbym przy niej zostać, ale jeszcze nie wiem w jaki sposób. Może zostanę trenerem? Ale w sumie nie wiem, czy miałbym podejście i cierpliwość do tego, bo to bardzo ciężka robota.

A czego można życzyć Tomkowi Kalembce?

– Zdrowia. Jak będzie, to resztę już można wypracować. Żeby nic nie bolało.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-11-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved