Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Diviš bez wyróżnienia. Najważniejsze, że wygraliśmy jako drużyna

Diviš bez wyróżnienia. Najważniejsze, że wygraliśmy jako drużyna

fot. archiwum

- Trochę mi przykro, że nie otrzymałem żadnego indywidualnego wyróżnienia, ale nie jest to istotne. Najważniejsze, że wygraliśmy jako drużyna - mówił po triumfie w Lidze Mistrzów przyjmujący Lokomotiwu Nowosybirsk, Lukas Diviš.

Lukas Diviš podczas dwóch meczów Final Four Ligi Mistrzów zdobył 38 punktów, bardzo dobrze prezentując się na przyjęciu. Zapisał też na swym koncie kilka ważnych bloków, a rozgrywający Butko mógł na nim całkowicie polegać. Divisowi udawało się bowiem zamieniać nawet trudne piłki na punkty. W półfinałowym tie-breaku, wygranym przez Lokomotiw, Słowak zdecydowanie wyróżniał się na boisku, skutecznym blokiem pozbawiając przewagi zespół z Kazania, a potem wykorzystując piłkę meczową. – Zagrałem moje trzecie Final Four Ligi Mistrzów w karierze, ale czułem, że właśnie to było moim najlepszym. Dlatego trochę mi przykro, że nie otrzymałem żadnego indywidualnego wyróżnienia, ale nie jest to istotne. Najważniejsze, że wygraliśmy jako drużyna – powiedział Diviš.

Już wielokrotnie wspominaliśmy o tym, że słowacki przyjmujący jest magnesem przyciągającym sukcesy. W stosunkowo młodym wieku osiągnął ich już bardzo wiele. Dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, wygrywał w ligowych rozgrywkach Czech, Niemiec, Turcji, w barwach reprezentacyjnych zwyciężył w Lidze Europejskiej. Grał też na trzech mistrzostwach Europy, był obecny przy zdobywaniu historycznego 5. miejsca w 2011 roku. Teraz do kolekcji dołączył kolejny, wyjątkowo cenny sukces. – To uczucie jest nie do opisania – mówił Diviš po powrocie z Omska. – Wygrana w takich rozgrywkach nie przychodzi łatwo, trzeba mieć też trochę szczęścia i chyba właśnie to się nam udało. Oba mecze były niezwykle wymagające, tak półfinał z Kazaniem, jak i finał z Cuneo. Gra utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie, jeden polski statystyk (Oskar Kaczmarczyk – przyp. red.) powiedział mi nawet, że według niego był to jeden z najlepszych turniejów klubowych w ostatnich trzech latach.

Lokomotiw jako organizator turnieju finałowego nie musiał rozgrywać meczów w play-offach i od razu po fazie grupowej mógł przygotowywać się do finałów. – Pokazaliśmy, że nasze uczestnictwo w finale nie było dziełem przypadku i cieszę się, że nie byliśmy jedynie jakimś organizatorem, któremu wystarczy 4. miejsce i do widzenia. Potwierdziliśmy, że mamy silną drużynę i bardzo mnie cieszy, że osiągnęliśmy ten największy w historii klubu sukces – dodał widocznie zmęczony weekendem Diviš. – Zagraliśmy dwa wyjątkowo ciężkie mecze, dziesięć setów, wszystko to pod presją. Ponadto parkiet w Omsku był bardzo twardy, o czym często boleśnie się przekonywaliśmy. Zarządzający klubem oczekiwali od nas zwycięstwa. Taka już jest rosyjska mentalność, nie zadowala ich drugie miejsce, trzeba wygrać wszystko i to właśnie powodowało presję. Mieliśmy też w hali wielu kibiców, nikt z nas nie chciał ich zawieść. Ciśnienie psychiczne było więc odczuwalne. Daliśmy sobie jednak radę i możemy teraz chwilę odpocząć.



Większość ekspertów typowała na zwycięzcę Zenit Kazań, w barwach którego występują mistrzowie olimpijscy z Londynu: Michajłow, Siwożelez, Amerykanie Lee i Anderson czy włoski rozgrywający Vermiglio. Lokomotiw zaliczył jednak w półfinale fantastyczny występ i pierwszy raz od dwóch lat pokonał rywala. – Półfinałowy triumf podniósł nas na duchu, ale wiedzieliśmy, że w finale będzie niezwykle trudno. Cuneo ma świetną drużynę, a przede wszystkim doświadczonego rozgrywającego Grbiča, który grał bardzo dobrze w finale i na boisku dosłownie panował. Rządził całym zespołem i szło mu to świetnie. Kiedy udawało im się dobrze zagrywać, nie dało się z tym niczego zrobić, Grbič bezbłędnie rozdzielał piłki. Gdyby nie to, wygralibyśmy 3:0, może 3:1, bo nie daliby sobie rady z naszym blokiem – stwierdził Diviš odnośnie finału.

Z rodakiem Emanuelem Kohútem zamienił pod siatką kilka słów. – Trochę sobie tam docinaliśmy, to normalne. Po meczu podaliśmy sobie ręce, ale nie było wiele czasu, by pogadać, bo musieliśmy się spakować i zdążyć na pociąg. „Emo” był smutny, co jest zrozumiałe – zakończył Diviš.

* rozmawiał Filip Hudec (svf.sk)

źródło: inf. własna, svf.sk

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
europejskie puchary

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-03-18

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved