Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Leszek Dejewski: Jeśli chodzi o organizację, zmierzamy ku perfekcji

Leszek Dejewski: Jeśli chodzi o organizację, zmierzamy ku perfekcji

fot. archiwum

- Pamiętam jak w latach 90. prezes Grodecki mówił, że na mecze będziemy latać samolotami, to kwitowałem to uśmiechem. W tamtych czasach to było nie do pomyślenia - mówi Leszek Dejewski, który z Jastrzębski Węglem związany jest już od lat.

W maju minie twój 30. rok pracy w jastrzębskim klubie, z roczną przerwą na występy w tureckim Emlak Bank Ankara. Co takiego jest w tym klubie, że połączyła cię z nim tak silna więź?

Leszek Dejewski:Niektórzy wygrywają w „totka”, a ja wygrałem na tym, że w 1983 roku przyszedłem do Jastrzębia. Ściągnął mnie trener Wiktor Krebok, który akurat zaczął tu trenować. Przy trenerze Kreboku dużo pracowało się nad techniką. Dzięki temu mogłem grać praktycznie na każdej pozycji. Zacząłem od przyjęcia, a skończyłem jako środkowy. Wraz z pojawieniem się Wiktora Kreboka w Jastrzębiu zaczął tworzyć się zawodowy klub, on to wszystko robił bardziej profesjonalnie. Przyszedł także Jurek Pawełek, reprezentant kraju. W następnych latach cały czas mieliśmy szanse na awans, ale z różnych względów nam to nie wychodziło. W Jastrzębiu miałem przyjemność pracować z fajnymi ludźmi. Cenię kolejnych prezesów klubu: Borowego, Chwastyka, Kozłowskiego i wreszcie Grodeckiego. Ci ludzie to pasjonaci. Dzięki nim to wszystko tutaj jest. Ten klub cały czas idzie do przodu. Na początku może nie było wielkich pieniędzy. Byliśmy zatrudnieni na kopalniach, choć na dół nie zjeżdżaliśmy. Mogłem iść grać do Nysy, Częstochowy, ale nie skorzystałem z tych ofert. W 1989 roku awansowaliśmy do I ligi, potem zaczęły się wyjazdy zagraniczne. Przez ten klub przewinęła się kupa świetnych ludzi – czy to zawodników, czy trenerów. Z wieloma z nich spotykamy się do dziś, dzwonimy do siebie w święta. Mam przez to wielu przyjaciół i znajomych.

W jastrzębskim klubie spełniałeś wiele różnych ról – od zawodnika, przez drugiego trenera, trenera Młodej Ligi, a skończywszy na trenerze-koordynatorze w Akademii Talentów. Która z tych ról przysporzyła ci najwięcej frajdy?



Teraz tak po latach myślę, że najlepiej być zawodnikiem. Potrenujesz, bierzesz torbę i idziesz do domu. Stres meczowy oczywiście jest, ale da się wytrzymać. Zawodnik wychodzi z założenia, że wszystko ma być i już. Obecnie muszę bardziej działać pod względem organizacyjnym. Przez lata byłem kapitanem zespołu – od 25. roku życia do końca kariery, czyli czasu, kiedy miałem 39 lat. Była to odpowiedzialna rola, zwłaszcza na początku, w czasach kiedy się nie przelewało. Mam tę przyjemność, że kilku moich kolegów z zespołu dostało się do kadry narodowej. Sławek Gerymski do dziś zwraca się do mnie „panie kapitanie”. Tego za pieniądze się nie kupi… Od 2000 roku byłem u każdego kolejnego trenera asystentem i o każdym mogę mówić tylko dobrze. Jan Such – to trenerski „stary wyga”, Igor Prielożny wniósł do klubu pewien powiew Zachodu. Co prawda, jest to Słowak, ale pracował wcześniej w Szwajcarii oraz Niemczech. Pojawiły się kamery, statystyki. Ryszard Bosek to znawca siatkówki, który u nas zapanował nad mieszanką wybuchową i wystarczyło to do wicemistrzostwa kraju. Totolo – to był zupełnie inny świat. Trochę żartowaliśmy, że przychodzi statystyk, ale on otworzył nam oczy na trening pod przeciwnika, na konkretne sytuacje na boisku. Nie było gadania, każdy wiedział, co ma robić. Roberto Santilli – to klasa sama w sobie. Na początku współpraca może nie dawała wybitnych rezultatów, ale efekt końcowy był świetny.

W jaki sposób trafiłeś do ligi tureckiej?

Zacznę się od tego, że w 1989 roku awansowaliśmy do I ligi. W pierwszym sezonie w najwyższej klasie rozgrywkowej przed ostatnią kolejką w tabeli był taki ścisk, że nie było wiadomo, czy się utrzymamy. Wygraliśmy w Radomiu i na Legii, a inne wyniki ułożyły się tak szczęśliwie, że skończyliśmy rozgrywki na 4. miejscu. W kolejnym sezonie już wiedzieliśmy „z czym to się je”, graliśmy dobrze, przyszedł trener Bronisław Orlikowski, z którym zdobyliśmy brązowy medal. Trener Orlikowski miał kontakty, to on podsunął mi pomysł z wyjazdem. Wiadomo, że ciężko było wówczas wyjechać za granicę, ale trener Orlikowski pomógł mi w tym, że moje podanie znalazło się w siatkarskim związku na wierzchu. Zgłosił się turecki menedżer, ale… sprawa jakoś przycichła. Dopiero kiedy pracujący już w Turcji Hubert Wagner zaczął szukać w Polsce graczy, którzy mogliby zasilić prowadzony przez niego Halkbank Ankara, wspomniany agent ujawnił się ponownie i tym razem transfer doszedł do skutku. Pojechałem wraz z żoną, był to fajny okres. Trenowałem pod okiem późniejszego trenera żeńskiej kadry Rosji, Wladimira Kuziutkina. Zdobyliśmy wicemistrzostwo kraju, a mistrzem została drużyna Wagnera. Turkom jednak coś nie pasowało i nie przedłużyli ze mną kontraktu. Byłem na wypożyczeniu, więc miałem gdzie wracać. Jastrzębianie w tym czasie przy trenerze Marku Kotulskim ledwo utrzymali się w lidze. W następnym sezonie spadliśmy z ligi. A stało się tak z różnych względów. Złożyły się na to zawirowania związane z kopalniami, byli nowi zawodnicy, pogubiliśmy się w tym. W klubie zatrudniono nawet psychologa. Nie pomógł nam, a tylko nas poróżnił. W Serii B przejął nas trener Zdzisław Grodecki, z którym zrobiliśmy awans. Odtąd klub zaczął systematycznie piąć się w górę.

Oprócz wicemistrzostwa Turcji masz na swoim koncie także mistrzostwo Stanów Zjednoczonych.

Co prawda, były to otwarte mistrzostwa USA, poziom nie był super wysoki, ale trzy pierwsze zespoły prezentowały przyzwoity poziom. Organizował to człowiek z Rzeszowa, nazywał się Marek Kwoka. Facet miał fabrykę sukien ślubnych, był zapaleńcem na punkcie siatkówki. My musieliśmy sobie zapłacić za bilet, on organizował całą resztę i załatwiał nam pracę dorywczą na miejscu. Pojechała tam grupa zawodników, którzy brylowali w lidze: Wiesław Popik, Paweł Wrzeszcz, Albert Semeniuk, Andrzej Kowal, Rafał Legień. W takim składzie w polskiej lidze bylibyśmy wysoko. Ale chcieliśmy przeżyć coś innego, Ameryka od zawsze przyciągała. Mieliśmy sponsora, którym była „Wódka Luksusowa” (śmiech), dostaliśmy także stroje meczowe. Z czasem ktoś wpadł na pomysł, by zaprosić także trenera Huberta Wagnera, żeby nadać temu wszystkiemu większego prestiżu. Odbyliśmy z nim kilkanaście treningów, on nas poukładał. U Wagnera nie było „zmiłuj się” – na przemian praca i treningi. Wygraliśmy turniej, a ja zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem mistrzostw. Miałem 35 lat, byłem zawodnikiem w sile wieku (śmiech).

A który moment w historii jastrzębskiego klubu wspominasz najlepiej?

Na pewno pierwszy medal dla Jastrzębia w sezonie 1990/1991 zdobyty z super zespołem, w którym bardzo żeśmy się ze sobą zżyli. Potem mistrzostwo Polski, gdzie wygraliśmy wszystko, mając drużynę bez wielkich gwiazd. Nie sposób nie wspomnieć o Pucharze Polski. Mało kto pamięta, że na turniej finałowy do Bydgoszczy jechaliśmy po porażce w Lidze Mistrzów w Grecji, byliśmy zdołowani, a mimo to pokonaliśmy kolejno ZAKSĘ i Resovię w finale. W pamięci z reguły pozostają wygrane…

rozmawiał Marcin Fejkiel – więcej w serwisie jastrzebskiwegiel.pl

źródło: jastrzebskiwegiel.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga, rozgrywki młodzieżowe

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-01-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved