Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > siatkówka światowa > Siergiej Tietiuchin: Czy to jakieś znaki, czy co?

Siergiej Tietiuchin: Czy to jakieś znaki, czy co?

fot. archiwum

- Muszę się do tego psychicznie przygotować. To będzie dla mnie trudny moment, stresujący. Jednak myślę, że przyjdzie taki czas, kiedy będę chciał obejrzeć pojedynek. Usiądę w fotelu... - mówi o powtórce meczu finałowego z Londynu Siergiej Tietiuchin.

Wybrali pana sportowcem roku. A jeśli pan miałby wybierać, czyje nazwisko byśmy usłyszeli?

Siergiej Tietiuchin:Maksima Michajłowa. Tak ze względu na osiągnięcia sportowe, jak i przez wzgląd na zalety osobowości jest tego godny. Na olimpiadzie zrobił na mnie ogromne wrażenie pewien chodziarz, nie pamiętam nazwiska… Wygrał na 50 km.

Dałby pan radę?



Wątpię. Nie znoszę jednostajności i monotonii. Męczę się, biegając krosy po lasach czy jeżdżąc na rowerze. Fizycznie daję radę, a psychicznie – ciężko znoszę. Pamiętam, w reprezentacji młodzieżowej pod wodzą Waleriana Alferowa bardzo dużo biegaliśmy.

Długo nie decydował się pan na obejrzenie powtórki finału igrzysk olimpijskich…

Nie widziałem po dziś dzień.

Zadziwiające. Z jakiego powodu?

Muszę się do tego psychicznie przygotować. To będzie dla mnie trudny moment, stresujący. Jednak myślę, że przyjdzie taki czas, kiedy będę chciał obejrzeć pojedynek. Usiądę w fotelu…

Otoczony rodziną?

Oni już zaspokoili ciekawość – i dzieci, i rodzice widzieli mecz finałowy z dziesięć razy. Najczęściej – końcówkę trzeciego seta.

Dwie pańskie zagrywki?

Tak. Chociaż mnie samemu trudno sobie przypomnieć, jak to było. Stan, w jakim się wtedy znajdowałem, uleciał z pamięci zupełnie.

Gienadij Szypulin, siedzący na trybunach, opowiadał nam później: „Byłem na sto procent pewny, że Sergiejowi się uda”.

I ja miałem żelazną pewność. To jedyne, co pamiętam. Nie umiem wyjaśnić, skąd wzięła się ta pewność. A może to tylko teraz tak mi się wydaje, a wtedy tego nie czułem…

Jest pan samokrytyczny.

Rzeczywiście macie rację, to moja cecha.

Jakie cechy ponadto są pańskie?

Jestem pracowity. To dzięki mojemu ojcu. Nie jestem przecież zbytnio utalentowany. Nie wyróżniam się także siłą.

A Szypulin i Roman Jakowlewicz twierdzą, że jest pan unikalnym w siatkówce człowiekiem.

Czyżby? I w czym przejawia się ta unikalność?

Posiada pan szczególny nadgarstek.

(Kręci ręką) Nic w nim szczególnego… Wydaje mi się, że jest jak u wszystkich. Proszę mi się przyjrzeć – czy jestem bardzo wysoki? Albo czy wysoko skaczę? Nie. Bywają ludzie, którzy z niewiarygodną siłą uderzają piłkę. Uwarunkowania genetyczne. A u mnie wszystko zwyczajne. Jako szesnastolatek przeprowadziłem się do Biełgorodu z Fergany. Ojciec zabrał mnie i Andrzeja Borzinca. To on był uznawany za prawdziwy talent. Kluby się o niego rozpytywały. Chłopak po prostu urodzony do siatkówki. A ja przy okazji pociągnąłem za nim.

Był w finale olimpijskim moment, który przeszedł niezauważony – a był bardzo istotny?

Tam każda akcja jest na wagę złota. I roszada Michajłowa i Muserskiego, i moje serwisy… Jedna bez drugiej nie przyniosłyby żadnego efektu.

Zespół nie stracił wiary?

Absolutnie. Po drugim secie nie było wrażenia, „to koniec”. A w trzeciej partii czujemy – coś się z Brazylijczykami dzieje. Może już w głowach cieszyli się z wygranej? Przymierzali medale? Jednak najprędzej „siedli” fizycznie. A potem się złamali.

Gdyby Dimitrija Muserskiego nie przestawili na atak – zdołaliby was „dobić”?

Wszystko do tego zmierzało. Michajłow jest w naszym zespole kluczową postacią. Główny ciężar ataku spoczywa na nim. Oczywiście Brazylijczycy rozebrali Maksa od A do Z. I nagle Alekno przestawia go z Muserskim. Zrobiło się łatwiej obydwu. Widzieliście przecież, jak się rozpędzili? Jak zagrali?

Cały świat widział. Ale nie wiedzieć czemu wszyscy myślą, że to Alekno wpadł na ten trik. A na pomysł przestawienia Muserskiego na atak wpadł przecież Szypulin w Biełgorodzie.

Tak, to biełogorodska „sztuczka”. Gienadij Jakowlewicz lubi eksperymentować. A Władimir Alekno nie bał się powielić tego kroku. Nie „zbaraniał” od tego, że poddajemy finał. Głowa pracowała.

Alekno o prowadzeniu meczu finałowego przez węgierskiego sędziego powiedział: „obelga”. Pan jest człowiekiem subtelnym, jakby pan to określił?

Władimir Romanowicz wyraził się jeszcze zbyt delikatnie. Mnie inne słowa cisną się na usta. I lepiej ich głośno nie wypowiadać publicznie. Nie wiedzieć czemu Rosjanom zawsze tak sędziują. Czy to federacja nie dopełnia obowiązków, czy wina tkwi w nas siatkarzach… Nie mam do Węgra pretensji tylko o piąty set – kiedy nakazał nam wrócić na boisko. Miał rację w tej sytuacji.

Muserskij miał jakiś przestój?

Tak. Sędzia zweryfikował przebieg akcji. Dobrze, że zdążyliśmy się oderwać. Zdarzy się coś takiego przy równym wyniku, i może być ciężko. My biegniemy, świętujemy – a tu coś takiego!

Brazylijczycy płakali?

Łzy się pojawiły, zdaje się, że u jednego ze środkowych. Całkiem młody chłopak, debiut na olimpiadzie.

Czy jakiś mecz wywołał kiedykolwiek łzy u pana?

Ciężko było w Sydney, kiedy przegraliśmy finał z Jugosławią. Rozpłakałem się wprost na boisku. I w Pekinie także – po półfinale z Amerykanami.

W przeddzień finału dzwonił do pana Szypulin. Co panu powiedział?

Wiele razy z nim rozmawiałem w trakcie igrzysk. Mnie i Chtiejowi powiedział: powinniście jutro zapomnieć o tym, co czeka was później. Musicie wyjść i umrzeć na boisku. Było wiadome – przyjechaliśmy do Londynu w okropnej formie.

Jak rozumiemy, mecz finałowy w Londynie jest dla pana bezkonkurencyjny, jeśli chodzi o przebieg. A numer dwa?

Po co daleko szukać? Spotkanie z Amerykanami w Londynie. Nasz start na olimpiadzie był słaby. Nie mówię nawet o jakości naszej gry – a o podejściu psychicznym. Byliśmy pozbawieni wiary w siebie. Proszę popatrzeć na skład – jedni kontuzjowani, drudzy niedoleczeni do końca, trzeci w trakcie rehabilitacji. Wesoła kompania. Okropnie wyglądaliśmy w meczu z Niemcami, chociaż wygraliśmy. Spaliliśmy się ze świstem w meczu z Brazylijczykami. Zagraliśmy cudacznie w meczu z Tunezją. Po tym spotkaniu podszedł do nas Alekno i powiedział: „Nie wiem co z wami zrobić! Może was puścić na miasto, żebyście sobie poużywali? Gorzej grać tak czy inaczej nie będziemy…”

Tego pomysłu należało się uchwycić.

On tylko zażartował. Jednak to dokładnie odzwierciedlało naszą sytuację. I oto przyszedł mecz z Amerykanami. Także 0:2 lecieliśmy, trzecią partię zaczęliśmy nieudanie. Ale zdołaliśmy się przełamać.

Amerykanie wydawali się na tej olimpiadzie bardziej interesujący od Brazylijczyków.

Tak, oni „stuknęli” Brazylijczyków 3:1! A nasza sytuacja była niewesoła: przegralibyśmy z Amerykanami, a dalej czekali Serbowie. Diabli wiedzą, czym by się to wszystko skończyło…

37 lat – to „wiek”?

Teraz rozumiem – że tak. Parę lat temu powiedziałbym, że to bzdura. Słowem, jeśli wyrażać się językiem medycznym, mam arytmię. Zaburzenia rytmu serca. W prowadzeniu zwykłego życia to nie przeszkadza. Ale na kardiogramie wszystko widać.

Jak się pan dowiedział?

Występowałem jeszcze w Kazaniu. Ciągłe przeloty. Liga Mistrzów… Po jakimś czasie przeszło. Historia powtórzyła się przed Londynem. Tu już musiałem podjąć rehabilitację. Bardzo, bardzo wiele zajęć. Bez pozwolenia lekarzy nie miałem prawa pojawiać się na zgrupowaniach.

Treningi wznowił pan na miesiąc przed igrzyskami?

Tak, na ostatnim zgrupowaniu. Obciążenia ogromne, testowałem wydolność pedałując na rowerze. Kardiogram był w normie.

Bał się pan, że może pana zabraknąć w Londynie?

Bardzo! Na miejscu Władimira Romanowicza dokładnie rozważyłbym, czy zabierać takiego zawodnika. A on na mnie poczekał, wziął ze sobą. Ale niczego nie obiecywał. Zrozumiałbym każdą decyzję trenera. Nawet jeśli lekarze wydaliby pozwolenie, a mnie by „odczepili” od reprezentacji. Dlatego, że patrząc na kondycję fizyczną, byłem… jak by to klarownie wyrazić… „w rozsypce”.

Co teraz mówią lekarze?

Badań po igrzyskach nie przeprowadzali – zrobili parę dni przed nią. Wszystko wróciło. Cóż, czeka mnie kolejna rehabilitacja.

Jak długa będzie przerwa?

Nie mam pojęcia. Ledwo wczoraj otrzymałem wyniki. Płacz i zgrzytanie zębów. Przylatuję z Londynu – przewiało mi szyję. A „Biełogorie” na zgrupowaniu. Dwa tygodnie chodziłem poskręcany, ręki nie mogłem podnieść. Poprawiłem się. Ledwo zacząłem treningi – wypadnięcie kręgu. Dwa miesiące leczyłem plecy. Ledwie się podleczyłem – na drugim treningu łamię palec! Myślę – czy to jakieś znaki, czy co?

Wychodzi na to, że może pan zakończyć karierę w każdej chwili?

Tak.

Rozmawiali: Jurij Gołyszak i Aleksander Krużkow

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
siatkówka światowa

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2013-01-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved