Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Warszawa za swoimi siatkarzami murem (nie) stoi

Warszawa za swoimi siatkarzami murem (nie) stoi

fot. archiwum

Mecz pomiędzy Politechniką a Skrą miał być w stolicy siatkarskim świętem. Torwar, gdzie od kilku sezonów „inżynierowie" podejmują wielokrotnych mistrzów Polski, w środowy wieczór pękał w szwach. Uczta się udała, jednak pozostał niesmak...

Warszawa to specyficzne miasto. Doskonale wiedzą o tym władze stołecznej Politechniki, które od lat stają na rzęsach, aby na mecze „inżynierów” zaprosić jak największą liczbę kibiców. Kampanie medialne, rozplakatowywanie słupów ogłoszeniowych, ogromne billboardy świetlne w centrum miasta wszem i wobec informują, że warszawscy akademicy grają dla Warszawy. Dotąd największym zainteresowaniem cieszyły się mecze AZS-u Politechniki z topowymi drużynami ekstraklasy, walczącymi o najwyższe cele. Efekt? Arena Ursynów, gdzie na co dzień grają i trenują warszawianie, niemal wypełniona była po brzegi. Podobnie było na Torwarze, jednak tego obiektu nigdy nie udało się zapełnić w 100%.

Sytuacja zmieniła się w tym sezonie. Na Ursynów drzwiami i oknami walą sympatycy siatkówki, chcąc oglądać sport na najwyższym poziomie. Okazuje się, że najlepszym PR są sami siatkarze, a dokładnie osiągane przez nich wyniki w rozgrywkach PlusLidze. Podopieczni Jakuba Bednaruka pokonali m.in. takie zespoły jak Jastrzębski Węgiel, Delecta, zostawiając po sobie bardzo dobre wrażenie w przegranym w Kędzierzynie-Koźlu meczu z miejscową ZAKSĄ. Nic więc dziwnego, że miejsce w czubie tabeli sprawiło, że biletów na mecz z siedmiokrotnym mistrzem Polski nie było od dawna. Jak świeże bułeczki rozeszła się też dodatkowa pula wejściówek.

Trzeba przyznać, że wszystko sprzyjało atmosferze siatkarskiego święta. Organizatorzy meczu spisali się na medal, Torwar po raz pierwszy w historii pękał w szwach, a o emocje zadbali również najważniejsi aktorzy widowiska – siatkarze, rozgrywając tradycyjnie już w rundzie zasadniczej pięć setów. Jednak pozostał niesmak… Duży niesmak… Wszystko za sprawą kibiców, którzy zamiast do końca wspierać swoich zawodników… dopingowali zespół z Bełchatowa. W stolicy to zjawisko znane było od lat, jednak w ostatnich dwóch sezonach mocno straciło na znaczeniu. Sympatia warszawskiej publiczności nagle powróciła i to ze zdwojoną siłą w trzecim secie, kiedy AZS Politechnika Warszawska prowadził 2:0. – Podczas meczów AZS Politechnika Warszawska – PGE Skra Bełchatów publiczność od lat jest za bełchatowianami. To naprawdę dziwna sytuacja, która w ważnych momentach meczów na pewno nie pomaga naszym zawodnikom – tłumaczy rzecznik prasowy stołecznego klubu, Adrian Komorowski. Na fakt ten w ogóle nie zwraca uwagi były szef Klubu Kibica stołecznego klubu, Michał Trybusz.Przyznam, że skupialiśmy się na naszym dopingu. Oczywiście pisku nie dało się nie słyszeć… Ale po tylu meczach ze Skrą przywykliśmy do tego. Ważne jest, że pod koniec tie-breaka, w najważniejszych momentach większość hali dała się porwać biało-zielonemu szaleństwu – mówi nazywany przez koleżanki i kolegów „Gumiś”.



Dla siatkarzy był to szok. Zdezorientowani rozglądali się po trybunach, kiedy z minuty na minutę doping dla bełchatowian wzbierał na sile. Zaskoczenia nie kryli też dziennikarze, porozumiewawczo patrząc na siebie, kiedy rozentuzjazmowany tłum fanek piszczał po udanych akcjach Skry. Na trybunach dwoił się i troił Klub Kibica AZS-u Politechniki Warszawskiej, chcąc, aby to jego doping dominował na Torwarze. Od trzeciej partii, kiedy to zespół Jacka Nawrockiego przejął inicjatywę w meczu, jego doping był ledwo słyszalny. Po meczu siatkarze Skry nie ukrywali, że przy Łazienkowskiej w Warszawie czuli się, jakby grali u siebie, a nie na wyjeździe. – Muszę przyznać, że atmosfera na meczu była chyba lepsza niż u nas w Bełchatowie – przyznał Karol Kłos.Z całym szacunkiem dla naszego Klubu Kibica, który zawsze wspiera nas na dobre i na złe, ale w naszej hali nie ma takiego dopingu. Pewnie dlatego, że w Bełchatowie nie przychodzi aż tylu kibiców jak w Warszawie. Tym bardziej należą się wielkie słowa uznania dla wszystkich sympatyków siatkówki, którzy przyszli na to spotkanie – chwalił warszawską publiczność środkowy Skry Bełchatów. Dobrą minę do złej gry robił Krzysztof Wierzbowski. Kapitan „inżynierów” zapytany o atmosferę na trybunach przyznał, że była ona dla niego zaskoczeniem. – Skra to jedna z najlepszych drużyn na świecie, grają w niej bardo dobrze zawodnicy, reprezentanci kraju. Trudno więc się dziwić, że ma swoich sympatyków w każdym mieście, w tym u nas w stolicy – tłumaczył popularny Wierzba.

Najwierniejszym fanom zespołu Jakuba Bednaruka, którzy od pierwszej od ostatniej piłki wspierali „inżynierów”, dziękował oficer prasowy klubu Adrian Komorowski – Na szczęście nasi kibice dali wczoraj pokaz bardzo dobrego dopingu. To dzięki nim i dla nich wygraliśmy! Miejscowym miłośnikom siatkówki, a raczej Skry Bełchatów, którzy na mecz przychodzą raz w roku, możemy powiedzieć tylko jedno: macie w Warszawie świetną, ambitną drużynę. Choć pozbawiona gwiazd w składzie, walczy jak równy z równym i wygrywa z dużo bogatszymi od siebie rywalami. Warto jej kibicować! – przekonuje Komorowski.

W podobnym tonie wypowiada się Michał Trybusz, który podkreśla, że moda na Skrę nie jest tylko stołecznym wynalazkiem. – To nie jest tylko domena Warszawy. Przez pewien czas było coś takiego jak ogólnopolski „boom na Skrę” – przyjeżdżają gwiazdy, chodźmy na mecz, na pewno będzie fajnie. To się powoli zmienia – tłumaczy „Gumiś”. – Oczywiście przykro patrzeć, kiedy prawie pół hali przychodzi w barwach bełchatowian, piszczy po punktach zdobytych przez swoich „żółto-czarnych” milusińskich, a po meczu prawie zabija się o barierki, tylko po to, aby zdobyć „bazgroł” swojego ulubieńca, albo pstryknąć „słitaśną focię”. Każdy ma prawo do przeżywania siatkówki na swój sposób. Mnie to po prostu nie kręci – dodaje.

„Gumiś” zaznacza, że fanom Politechniki zdecydowanie lepiej wspiera się siatkarzy w Arenie Ursynów. – To mniejszy obiekt z lepszą akustyką. Jesteśmy lepiej słyszani, dźwięk szybciej się roznosi. Torwar jest specyficzny. Kiedy hala jest wypełniona po brzegi, można tu stworzyć atmosferę prawdziwego siatkarskiego święta, gdzie wszyscy razem dopingują nasz zespół – wyjaśnia kibic „inżynierów”. – Jednak to nie zależy tylko od ludzi. Myślę, że gdyby mniej było różnego rodzaju zbędnych muzycznych wstawek, jingli czy dźwięków imitujących perkusję, które momentami kompletnie nie pasują do intonowanego przez Klubu Kibica rytmu, ten doping byłby lepszy. My ze swej strony na każdym meczu dajemy z siebie wszystko. Jesteśmy z drużyną od wielu lat i zawodnicy doskonale wiedzą, że są przez nas wspierani – dodał.

Fenomen aktualnych wicemistrzów Polski tłumaczy szkoleniowiec AZS-u Politechniki Warszawskiej, Jakub Bednaruk, wtórując tym samym swojemu podopiecznemu, Krzysztofowi Wierzbowskiemu. – Skra przez dziesięć lat pracowała na to, żeby kibiców mieć nie tylko w Bełchatowie, ale i w całej Polsce, w tym Warszawie – mówi. Trenerowi „inżynierów” życzyć należy rychłych sukcesów medalowych, powołań jego podopiecznych do kadry narodowej. Może wówczas, za kilka lat będziemy mogli powiedzieć, że Warszawa za swoimi siatkarzami murem stoi!

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, , , , , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-11-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2018 Strefa Siatkówki All rights reserved