Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Artykuły > Prezesie, czy leci z nami „sypacz”?

Prezesie, czy leci z nami „sypacz”?

fot. archiwum

Z dumą uważamy, że PlusLiga jest trzecią ligą świata. Jednak próżno szukać w niej na rozegraniu wielkich nazwisk. Nie licząc Pawła Zagumnego, nie było, nie ma i nie zanosi się na obecność na polskich boiskach rozgrywającego z najwyższej światowej półki...

Chyba każda osoba mająca styczność z grą, jaką jest siatkówka, wie, że pozycja rozgrywającego jest dla drużyny absolutnie kluczowa. Rozgrywający kreuje grę, musi być inteligentny, odpowiedzialny, wszechstronny, a co najważniejsze – u naprawdę klasowego „sypacza” niezbędny jest ten błysk geniuszu, pozwalający w decydującym momencie meczu zagrać nieszablonowo i pomóc swej drużynie osiągnąć sukces. Wiele można osiągnąć, grając schematami, zwłaszcza przy silnych skrzydłowych, jednak ci najlepsi są bardzo trudni do rozpisania nawet przez włoskich statystyków, którzy do perfekcji dopracowali użycie programów pokroju DataVolley. Zawodników takich jak Grbic, Ball, Zagumny, Ricardo, De Cecco czy Bruno nie trzeba nikomu przedstawiać. I właśnie temat zawodników występujących na tej pozycji w naszej rodzimej PlusLidze chciałbym poruszyć.

Z dumą uważamy, że PlusLiga jest trzecią ligą świata. Niewątpliwie, ostatnimi czasy twierdzenie to można w dużym stopniu podeprzeć wynikami: – przez ostatnie pięć sezonów polskie drużyny występujące w rozgrywkach międzynarodowych różnego szczebla osiągnęły następujące wyniki: w Lidze Mistrzów jeden srebrny i dwa brązowe medale oraz jedno czwarte miejsce; Puchar CEV – dwa srebrne i jeden brązowy medal; Puchar Challenge – jeden złoty medal, dwa srebrne i jedno czwarte miejsce. Po klubowych sukcesach w sezonie 2011/2012 w mediach pojawiły się nawet głosy, że nasza liga jest najsilniejsza na świecie.

Tymczasem, jeśli brać pod uwagę wyniki uzyskane we wszystkich siatkarskich pucharach, bezsprzecznym liderem w takiej klasyfikacji wciąż pozostają Włosi, którzy w każdym z trzech pucharów mają zarówno najwięcej złotych medali, jak i miejsc w pierwszej czwórce. Włochów coraz bardziej naciskają Rosjanie, a Polacy faktycznie plasują się na trzeciej pozycji, tracąc jednak sporo do pierwszej dwójki. Z pozostałych krajów jedynie drużyny z Grecji, Turcji i Belgii (!) dostały się trzy razy w ciągu ostatnich pięciu lat do finałowej czwórki któregoś z europejskich pucharów. Także w Klubowych Mistrzostwach Świata, od czasu ich wznowienia w 2009 roku, zdobyliśmy cztery srebrne medale przy trzech złotych i jednym brązowym Włochów oraz dwóch brązowych i jednym złotym Rosjan. Tylko jeden raz w ciągu czterech edycji do pierwszej czwórki weszła drużyna spoza Europy i – co warte podkreślenia – nie był to zespół z Ameryki Południowej, lecz irański Paykan Teheran. W świetle tych wyników nasze trzecie miejsce jest zatem potwierdzone, jednak aspiracje do wyższej pozycji wydają się być dyskusyjne.



Co z tego wszystkiego wynika w kontekście tematu rozgrywających? Zajmując trzecią pozycję w takim rankingu, można śmiało założyć, że rozkład rozgrywających ze światowej czołówki będzie następujący: do lig włoskiej i rosyjskiej trafia średnio dwie trzecie z nich, do PlusLigi jedna czwarta, a jeden na dziesięciu znajdzie miejsce w którejś ze słabszych lig. Oczywiście hipoteza ta jest całkowicie umowna i wiele osób może stwierdzić, że taka dominacja najsilniejszych lig w doborze najlepszych zawodników nie jest możliwa. Jednakże sprawdziwszy przynależność klubową zawodników, których w dalszej części artykułu zaliczę do ścisłej czołówki, założenie to okaże się zbliżone do stanu faktycznego. Nawet jeśli uznamy, że cała ta teza jest błędna, to liczby pojawiające się w dalszej części tekstu mogą śmiało utwierdzić nas w przekonaniu o słabości rozgrywających PlusLigi.

Dla ustalenia rankingu rozgrywających proponuję uwzględnić wyniki czterech ostatnich wielkich imprez, które odbyły się podczas ostatnich pięciu sezonów. Mam na myśli kolejno: igrzyska w Pekinie w 2008, mistrzostwa świata we Włoszech w 2010, Puchar Świata w Japonii w 2011 i tegoroczne igrzyska w Londynie. Nie biorę pod uwagę rozgrywek klubowych, gdyż nie ma możliwości, by wszyscy pretendenci do tytułu najlepszego rozgrywającego świata znaleźli się na jednym turnieju, nawet w Lidze Mistrzów. Także finałowa runda Ligi Światowej zostaje wyeliminowana z tego powodu. Z kolei faza interkontynentalna tych rozgrywek przez wiele drużyn jest traktowana jako poligon doświadczalny i nie odzwierciedla w pełni siły drużyn, jak i poziomu zawodników. Po statystyki dotyczące najlepszych rozgrywających na tych imprezach sięgnąłem odpowiednio do oficjalnej strony igrzysk w Pekinie oraz trzykrotnie do strony FIVB.

Oto pierwsza dziesiątka najlepszych rozgrywających z Pekinu: Zagumny, Marcelinho, Żekow, Jiao, Grankin, Vermiglio, Ball, Grbic, Meoni. Z kolei na mistrzostwach świata w 2010 roku tabela ułożyła się następująco: Vermiglio, Tichacek, Rezende, Hierrezuelo, Grbic, Grankin, De Cecco, Hernan, Żekow, Hansen. W Japonii najlepiej wypadli: De Cecco, Li, Usami, Butko, Ahmed, Petkovic, Travica, Thornton, Zagumny i Hosseini. Tuż za dziesiątką znaleźli się jeszcze Marlon i Żygadło. Na koniec najświeższe notowanie, mianowicie Londyn 2012: Bratoew, Suxho, Rezende, Travica, Żygadło, De Cecco, Kampa, Grankin, Butko, Tischer i jedenasty Paweł Zagumny.

Oczywiście, są to tylko dane statystyczne – wszyscy wiemy, że gra na przestrzeni całego sezonu różni się od dyspozycji w jednym turnieju. Z drugiej strony, to właśnie ten jeden turniej najwyższej rangi powinien być w sezonie najważniejszy dla zawodnika (dotyczy to zwłaszcza igrzysk), więc śmiało można założyć, iż powinien on być wtedy w optymalnej formie. Dodatkowo czytelnik, który sprawdzi statystki, zauważy natychmiast, że niektórzy z tych graczy mają wykonanych około połowę mniej wystaw od innych. Wynika to oczywiście z faktu, że niektóre drużyny (vide Polska) mają dwóch równorzędnych rozgrywających i gra rozkłada się między nich po połowie. Wydaje się jednak, że przy dużej liczbie rozgrywanych w turnieju meczów, co skutkuje dużą ilością wystaw, ostateczną ocenę można uznać za wystarczająco dobrze „uśrednioną” i miarodajną.

Co wynika z powyższych rankingów dla oceny wartości rozgrywających PlusLigi? Spróbujmy najpierw prostej arytmetyki. Załóżmy, że najlepszy rozgrywający turnieju dostaje dziesięć punktów, drugi dziewięć, trzeci osiem i tak dalej, przy czym nie brałem pod uwagę, że przykładowo Lloy Ball skończył już karierę reprezentacyjną i nie mógł uczestniczyć w niektórych turniejach – mówię o najlepszych rozgrywających ostatnich pięciu lat, czyli w pewnym sensie premiuję solidność. Interesowali mnie zawodnicy systematycznie pojawiający się na arenie międzynarodowej, pominąłem zatem także nieco „egzotycznych” rozgrywających reprezentacji Chin i Japonii. Stosując takie kryteria, czołówka rankingu wygląda następująco: De Cecco, Grankin, Rezende, Zagumny, Vermiglio, Travica, Żekow, Grbic, Butko, Tichacek, Marcelinho i Żygadło. Do tego grona, patrząc na grę i wyniki osiągane w klubie, odważę się, naginając zasady, dodać jednak Balla. Czternastu zawodników, z czego z PlusLigą w całej karierze styczność miało jedynie… Trzech?! Zagumny, Tichacek i Żygadło. Trzech! – Czyli nieco ponad 21%. Co gorsza, biorąc pod uwagę potwierdzone na dziś składy drużyn PlusLigi, wygląda na to, że w nadchodzącym sezonie będzie ich zaledwie dwóch – a to jest niespełna 15%! Sprawdziwszy przynależność klubową tej czternastki, okazuje się, że względem powziętego przeze mnie wcześniej założenia to właśnie PlusLiga oddaje dziesięć procent, czyli ponad jednego zawodnika klubom ze słabszych lig!
Spójrzmy na to z innej perspektywy. Sumarycznie przez rankingi analizowanych przez mnie turniejów przewinęło się dwadzieścia dziewięć nazwisk. Z tych dwudziestu dziewięciu siatkarzy co najmniej epizod w polskiej lidze w ostatnich pięciu sezonach zaliczyło sześciu (Zagumny, Tichacek, Hernan, Thornton, Żygadło; doliczę też występującego od tego sezonu Tischera), co daje ok. 20%. Ale dłużej niż jeden sezon grali jedynie Zagumny, Tichacek i Hernan. Trzech na dwudziestu dziewięciu – w przybliżeniu jedna dziesiąta, inaczej mówiąc dziesięć procent! Bez rewelacji…

Rzecz jasna, z tą analizą można się nie zgadzać. Można zakwestionować jej metodykę, dobór imprez, arbitralne odrzucenie pewnych nazwisk. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Rozgrywający z samego topu nie zjawiają się w PlusLidze. Wystarczy przeanalizować pod tym kątem kluby z pierwszej czwórki. Zacznę od mistrza Polski, Resovii. Wygląda na to, że odyseja transferowa dotycząca rozgrywających została wreszcie zakończona. Lukas Tichacek dostąpił zaszczytu pozostania na drugi sezon, czego nie udało się osiągnąć ani Michałowi Baranowiczowi ani Rafaelowi Redwitzowi. O ile gra Baranowicza, a zwłaszcza jego komunikacja z Grozerem, pozostawiała wiele do życzenia, to podziękowanie Redwitzowi, bo „ nie pasował do koncepcji drużyny ” wydawało się zaskakujące. Było, minęło, jest Tichacek. Ale i on ma swoje grzeszki. Świetnie gra środkiem (choć można by rzec, że z takimi środkowymi to każdy by potrafił), lecz jego gra na skrzydło często nie jest wystarczająco dokładna. Można odnieść wrażenie, że czeski rozgrywający w ubiegłym sezonie często przedkładał szybkość nad dokładność. Dużym zaskoczeniem były zwłaszcza częste niedokładności piłek nagrywanych Grozerowi, z którym Tichacek powinien być świetnie zgrany jeszcze z czasów gry w VFB Friedrieschafen (dziwił się temu w relacjach Polsatu Wojciech Drzyzga). Zatem najbliższy sezon i gra w Lidze Mistrzów będzie dla Czecha prawdziwym testem.

Skra Bełchatów. Polityka tego klubu dotycząca pozycji rozgrywającego pozostaje dla mnie głęboką tajemnicą. Sprowadzenie onegdaj Miguela Angela Falaski było niewątpliwie dobrą decyzją, lecz trzymanie go w klubie aż do wieku 39 lat jest co najmniej zastanawiające. Co prawda Hiszpan w Polsce znacznie się rozwinął, a ostatnie dwa sezony grał na naprawdę dobrym poziomie (bazując głównie na perfekcyjnym zgraniu z drużyną spowodowanym długim pobytem w klubie), ale finał Ligi Mistrzów przeciw Zenitowi Kazań pokazał, że do klasy Valerio Vermiglio wciąż sporo mu brakuje. Trzymanie Falaski jako pierwszego rozgrywającego miałoby sens, gdyby u jego boku rozwijał się młody, perspektywiczny zawodnik, mający przejąć po nim pałeczkę. Jednak Paweł Woicki, z całym szacunkiem, wcale nie jest już ani taki młody, ani taki perspektywiczny. Będąc rozgrywającym, jest ponadprzeciętnym, jednak nikt w klubie mającym ambicje walczyć o triumf w Lidze Mistrzów nie zdecyduje się na wystawienie go w pierwszej szóstce. Przecież gdy „Mały” jest na boisku, to przez trzy przejścia każda piłka po stronie przeciwnika będzie grana na lewy atak i skrzydłowi będą systematycznie bić nad jego blokiem. Wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, gdy pojawiły się doniesienia o Lucciano De Cecco. On jednak wybrał Coprę Piacenza, a do Skry przyszedł Dejan Vincić, dwudziestopięcioletni reprezentant Słowenii, idealnie nadający się na… ewentualnego zmiennika De Cecco. W sumie nie wygląda to najlepiej nawet w kontekście PlusLigi, o Lidze Mistrzów nie wspominając.

Bez zarzutu, mówiąc o obsadzie rozegrania, pozostaje od dłuższego czasu ZAKSA – co do klasy Pawła Zagumnego raczej nikt nie ma wątpliwości. Tylko że popularny „Guma” nie jest już najmłodszy i należy tylko mieć nadzieję, że ZAKSA nie powtórzy bełchatowskiego błędu…

Pozostaje Jastrzębski Węgiel. Ten klub ma do rozgrywających jakiś dziwny niefart. Przez długi okres dobrze radził sobie Grzegorz Łomacz, jednak Lorenzo Bernardi uznał, że nie pasuje on do drużyny. Co było potem, większość zdaje sobie sprawę… Można skwitować krótko: ani Thornton, ani Vinhedo nie spełnili pokładanych w nich nadziei. W półfinałowych pojedynkach ze Skrą widać było, że Jastrzębie przegrywa w dużej mierze przez słabość rozgrywającego. Simon Tischer ma za sobą bardzo udany sezon reprezentacyjny i zapowiada się na dobre uzupełnienie drużyny, lecz szefostwo Jastrzębian, zapewne nauczone dotychczasowym doświadczeniem, podpisało tylko jednoroczny kontrakt.

Kolejnym argumentem przeciw mojej analizie może być to, że nie biorę pod uwagę limitu obcokrajowców w PlusLidze. Jednakże wystarczy spojrzeć na ligi zagraniczne: w Turcji na parkiecie może znajdować się tylko dwóch graczy z zagranicy, tak samo w Rosji, a we Włoszech, podobnie jak w Polsce, trzech. Do tego powszechną staje się tendencja do omijania tego limitu przy pomocy zawodników z podwójnym obywatelstwem, czego przykładem na pozycji rozgrywającego był Michał Baranowicz grający w Resovii w sezonie 2010/2011.

Tak czy inaczej, próżno szukać w PlusLidze na rozegraniu wielkich nazwisk. Nie licząc Pawła Zagumnego, nie było, nie ma i nie zanosi się na obecność na polskich boiskach rozgrywającego z najwyższej światowej półki. Jest to tym bardziej znaczące, że na innych pozycjach nietrudno znaleźć zawodników będących niekwestionowanymi gwiazdami i tylko najwyższej klasy rozgrywających wciąż brak. A bez „sypacza” z najwyższej półki triumf w Lidze Mistrzów wydaje się wciąż być poza zasięgiem (wyjątkiem jest Trento, ale jak się ma takie skrzydła… choć Kazań w tym roku pokazał, że to może nie wystarczyć). Oczywiście, popyt na najlepszych na tej pozycji jest ogromny, więc często zwyciężają pieniądze, jakie oferuje ścisła czołówka klubów z Włoch i Rosji. Nie mamy dokładnych danych dotyczących budżetów polskich drużyn, ani tym bardziej zespołów zagranicznych, lecz niestety należy przypuszczać, że na tym polu jesteśmy wciąż dość daleko w tyle. Jednakże kilku graczy z tej szerokiej dwudziestki dziewiątki jest w zasięgu naszych klubów i stanowiłaby dla nich z pewnością wzmocnienie. Nie można też zapominać o szkoleniu rodzimych rozgrywających, gdyż ktoś będzie musiał wreszcie zapełnić lukę po Zagumnym i Żygadle. Do tej pory głównym kandydatem wydawał się Fabian Drzyzga, jednak jego transfer do Politechniki Warszawskiej zamiast próby wyjazdu za granicę nie nastraja optymistycznie. Więcej klubów z dolnej półki mogłoby się pokusić o krok taki jak AZS Częstochowa, mianowicie wypożyczenie z Bełchatowa pierwszego rozgrywającego kadry juniorów, osiemnastoletniego Marcina Janusza. Z pewnością byłyby to ruchy lepsze dla rozwoju polskiej siatkówki niż kupno Norwega przez AZS Olsztyn. Wypada zawołać: Prezesi polskich klubów – zatrzymajcie się i pomyślcie nad tym, jak budujecie swoje drużyny!

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Artykuły, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-09-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved