Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > Igrzyska Olimpijskie > Grzegorz Fijałek: Teraz wiem, że był to dobry sezon

Grzegorz Fijałek: Teraz wiem, że był to dobry sezon

fot. archiwum

- Bardzo szybko się nasza wspólna droga toczyła, po kilku dniach trenowania jechaliśmy na zawody, a od 2008 roku graliśmy już w turniejach z cyklu World Tour - mówi Grzegorz Fijałek w rozmowie z Małgorzatą Gotowiec z katowickiego Sportu.

Polska para siatkarzy plażowych przebojem wdarła się do światowej czołówki. W 2008 roku zajęła czwarte miejsce w Bahrajnie, została ogłoszona drugą parą w kategorii „objawienie sezonu” według FIVB, w 2010 wskoczyła już na podium, na trzecie miejsce w Marsylii, w 2011 tuż za podium w Pekinie, ale chwilę później wywalczyła srebro w Stavanger i w Starych Jabłonkach. Znakomity sezon dał jej już w listopadzie awans na igrzyska w Londynie i wspaniałe czwarte miejsce w rankingu FIVB. Potem zaczęły się problemy z ciągnącą się kontuzją kolana Grzegorza. Siatkarze zdążyli z przygotowaniami w ostatniej chwili, a sygnałem, że forma rośnie, było trzecie miejsce w turnieju w Berlinie.

Małgorzata Gotowiec: – Jak się cofniemy do marca, kwietnia, gdy cały czas walczył pan z kontuzją – przelatywały obawy, że możecie w ogóle nie pojechać na igrzyska do Londynu?

Grzegorz Fijałek: – Były takie myśli. Szczególnie po trzecim razie, gdy wracałem po kolejnym etapie leczenia kontuzji kolana, po czterech dniach treningów musiałem odpocząć i wszystko zacząć od nowa. Jednak gdzieś wewnątrz cały czas ta wiara była, że uda się to jakoś pociągnąć i pojechać do Londynu. Do tej pory nie czuję się tak pewnie w ataku, jak to było wcześniej, ale jest to tylko konsekwencja tego, że się nie trenowało tyle, ile potrzeba. Ambicjami i wolą walki można wiele zdziałać i to pokazaliśmy. W rezultacie mogę dziś powiedzieć, że mamy za sobą udany sezon, po takiej kontuzji udało mi się wrócić i stoczyć jeszcze kilka dość dobrych pojedynków. Sezon mógł być stracony, ale tak się na szczęście nie stało.



Pana brat Łukasz powiedział, że zabrakło wam dwóch tygodni, żeby być w pełnej formie i zgraniu?

– Nie da się określić dokładnie ile czasu potrzeba, żeby osiągnąć szczyt formy. W ubiegłym roku graliśmy cały czas, bardzo ciężko trenowaliśmy. Lepsza forma była, gdy graliśmy dużo. W tym roku graliśmy znacznie mniej, a do tej formy doszedłem. Jedynie czego nie było, to tej pewności, której zabrakło, ale to ponownie jest konsekwencją tego, że się nie grało. Jak było widać, z turnieju na turniej wypadaliśmy coraz lepiej.

Na pewno przed turniejem olimpijskim piąte miejsce wzięlibyście w ciemno.

– W tym roku tak. Ale patrząc, jak nam się grało w Londynie, mieliśmy trochę większe ambicje, chociaż igrzyska są tak stresującą imprezą, że dopiero to do mnie dotarło jakie zajęliśmy miejsce, gdy wróciłem do domu. Gdy nas wszyscy przywitali, mówiąc, jak dobrze się spisaliśmy, jak dobrze tam zagraliśmy, że w sumie osiągnęliśmy wielki sukces.

Wielki sukces wasz, jak i polskiej siatkówki plażowej, do tej pory nikomu nie udało się awansować na igrzyska olimpijskie i tak wspaniale w nich walczyć.

– Tak, ale to dowód na to, że trzeba dużo i ciężko pracować. Teraz wiem, że my też musimy ciężej pracować, zostawiać na piasku jeszcze więcej potu i serca. Trzeba dogonić tę czołówkę, która jest na wyciągnięcie ręki. Widać to jednak w momentach decydujących – nad tym musimy popracować.

Jest pan bardzo ambitnym człowiekiem, to da się odczuć z tego co pan mówi i jak podchodzi do swoich obowiązków. I pewnie liczą się tylko zwycięstwa, ale bardzo was w Londynie chwalili. Może to pocieszenie, ale miłe.

– Myślę, że graliśmy bardzo dobrze i pokazaliśmy upór i nasz dość dobry warsztat. Do każdego meczu podchodziliśmy odważnie, bo nie czuliśmy żadnej presji, może poza tym pierwszym meczem z Łotyszami, gdzie trudno nam było się przyzwyczaić do całej atmosfery zgoła innej niż na zwyczajnych turniejach. Później graliśmy już odważnie i co najważniejsze realizowaliśmy taktykę, którą założyliśmy przed meczami. Czasem wpadały dwa, trzy błędy w końcówkach, które wynikały może z nieogrania tak do końca w tym sezonie, ale w sumie mogę śmiało powiedzieć, że jestem zadowolony, że tak się to potoczyło, bo jeszcze kilka miesięcy przed igrzyskami wyglądało to mało optymistycznie.

Co się dzieje w głowie zawodnika, gdy prowadzi się w trzecim, decydującym secie 13:11 i brakuje dwóch punktów do pełni szczęścia, żeby znaleźć się w czwórce IO?

– Ciężko opanować myśli. Jednak w tym przypadku nie było żadnego stresu, że można przegrać. Po prostu Brazylijczyk tak zaserwował, że nic nie dało się z tym zrobić. Coś, co nie wychodziło przez cały set, wyszło w odpowiednim dla nich momencie. Taka zagrywka, jaką chciałoby się mieć na zawołanie. Zrobiło się troszkę nerwowo, ale na boisku nie czułem tego stresu, że nie wolno nam wypuścić takiej szansy z rąk. Po prostu coś nie wyszło, teraz już wiem, że te zagrania, które zagrałem, nie powinienem ich wtedy wykonać. Jak to potem oglądałem na video, wnioski i odpowiedzi same przychodziły. Pierwszy tydzień po takiej porażce był bardzo trudny, potem z każdym dniem było lepiej. Jak znalazłem się w domu, w moim rodzinnym miasteczku, jak zobaczyłem jak ludzie mnie witają – humor mi się poprawił, przestałem to rozpamiętywać. Zobaczyłem, jak wielu ludziom sprawiłem swoją postawą radość.

A jak wyglądała ta pierwsza noc po porażce z Emanuelem i Alisonem?

– Jak kolejne cztery dni, bardzo ciężko było spać, zasnąć, budziłem się i rozpamiętywałem błędy, myślałem, co powinniśmy wtedy zagrać… Brałem winę na siebie… Z czasem doszedłem do wniosku, że naprawdę nie wypadliśmy źle. Po takiej kontuzji zdążyliśmy ze wszystkim, a o mały włos bylibyśmy w czwórce.

Teraz będzie czas na pełne wyleczenie kontuzji, aby w końcu następny sezon zacząć o czasie i w pełni sił. Mówiło się nawet o operacji.

– Mam nadzieję, że żadnej operacji nie będę miał. Wstępny rezonans zrobiłem, myślę, że po tym zastrzyku, który miałem, który miał na celu przyspieszyć gojenie – jest jeszcze parę włókien ponadrywanych, to muszę wyleczyć spokojnie do końca. Po turnieju w Starych Jabłonkach wracam do lekarza i czekam na dalsze wskazówki, żeby już w grudniu spokojnie rozpocząć trenowanie. Przed nami dwa miesiące odpoczynku, chociaż z drugiej strony miałem tyle wolnego, że nie chce mi się odpoczywać. Dla mnie sezon mógłby trwać dalej. Czuję się zmęczony psychicznie, ale nie fizycznie.

Jak będzie pan wspominał igrzyska pod względem atmosfery i całej tej otoczki? Rozmawiał pan wcześniej z kimś, kto już był na takiej imprezie, żeby mieć porównanie?

– Czytałem wywiad Piotrka Gruszki, trochę wiedziałem. Emocji nie da się opisać. Na pewno nigdy wcześniej nie grałem na takim pięknym obiekcie jakim było usytuowanie kortu na Horse Guards Parade – uważanym za najpiękniejszy obiekt olimpijski w Londynie. Kort na 15000 osób robił wrażenie już od pierwszego naszego na nim pojawienia się. Nie sposób opisać tego, jak czuje się sportowiec na igrzyskach. To specyficzna i niepowtarzalna impreza, na której zbiera się w jednym miejscu cały świat. Raz na cztery lata i każdy chce tam wypaść jak najlepiej. Walka o każdą piłkę i nie ma myśli, że coś „odpuścimy”, każdy wychodzi i gra na maksa od początku do końca. Wioska olimpijska – super miejsce, gdzie spotyka się gwiazdy wielkiego formatu, nie do opisania. Nigdy nie marzyłem, że kogoś wielkiego spotkam, a tu jedliśmy z nimi posiłki przy jednym stole.

Na zwiedzanie Londynu czasu pewnie nie było?

– Jeszcze w trakcie turnieju mieliśmy jeden dzień przerwy i ten dzień poświęciłem na zwiedzanie, nie dało się zobaczyć zbyt wiele. Bardziej chcieliśmy odciąć się na chwilę od wioski, wyjść na „wolność”. Poszliśmy do restauracji, żeby też zmienić tę monotonność na coś innego. Za dużo nie zobaczyłem, bo trzeba było jeszcze iść na siłownię, potem mały trening. Nie można też stracić ani na chwilę koncentracji. Ciągle myśli się o następnym meczu. Nie da się porównać tego turnieju do żadnego innego. Nie da się po prostu wyjść i zagrać, chce się wyjść i wygrać. W Starych Jabłonkach też zawsze miło nam się gra, bo to turniej w Polsce. Zawsze chcemy wypaść jak najlepiej, odwdzięczyć się własnej publiczności.

Mówił pan, że piasek w Londynie był ciężki, było go za dużo.

– Tak, piasek był zupełnie inny niż na World Tourach. Jak pierwszym razem wyszliśmy na boisko, było okropnie ciężko. Zakopywaliśmy się w nim prawie po kostki. Patrzyliśmy jeden na drugiego, co się z nami dzieje? Czuliśmy się tak, jakbyśmy pierwszy raz grali na piasku, nie dało się przebić przez siatkę. Każda para miała takie same odczucia i wrażenia, tak samo reagowali. Graliśmy na różnych piaskach, w Rzymie też jest trudny piasek, ale ten w Londynie był najtrudniejszy. Do tego siatka była podobna do siatki halowej, naprężona z całej siły. Piłka odbijała się od niej jak od deski i wracała. Trzeba było się przyzwyczaić, to chwilę trwało. Ale jak się dużo nie myślało o tym, nie narzekało, to było łatwiej.

Rozmawiacie między sobą o tym, że w plażówce też by się przydał system challenge? W pierwszym secie ćwierćfinału otrzymaliście dwie krzywdzące decyzje od sędziów.

– To jest sport, to są igrzyska, mogłem puścić piłkę metr w boisko i byłoby po sprawie. Nie mam do Brazylijczyków pretensji, każdy chciał wygrać, ale to wina sędziów, jest ich sześciu. Powinni wyłapać taką sporną piłkę. Gdyby decyzja była poprawna, nie wiadomo jak by się dalej potoczyła gra w tej partii meczu.

Teraz zapominamy o siatkówce…

– Na chwilę. Nacieszę się rodziną, planujemy z żoną urlop i leczenie, aby już ze spokojną głową móc w grudniu rozpocząć przygotowania.

źródło: Sport

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Igrzyska Olimpijskie, siatkówka plażowa

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-08-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved