Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > I liga mężczyzn > Adam Aleksandrowicz: Biorę całkowity rozbrat ze sportem

Adam Aleksandrowicz: Biorę całkowity rozbrat ze sportem

fot. archiwum

Trzeci mecz play-out w Krakowie wygrany przez Ślepsk Suwałki 3:0 i dający utrzymanie w I lidze na czwarty sezon był ostatnim, w którym w roli trenera suwalczan wystąpił Adam Aleksandrowicz. Szkoleniowiec postanowił zrobić sobie przerwę od siatkówki.

Lekki wiaterek od jeziora i spokój, który czasami usiłują zakłócić krzykliwe mewy. Jeśli w zasięgu wzroku jest jakaś kula, to nie skórzana ale słoneczna. Dawno chyba nie byłeś tak wyluzowany jak teraz?

Adam Aleksandrowicz: – Czy ja wiem, czy jestem na luzie? Ja już pracuję. Mówiłem kiedyś, że jak skończę trenować, jak skończę swoją przygodę z siatkówką, chociaż nigdy nie powiedziałem, że to już definitywny koniec, to będę miał co robić.

Ale jest to inna praca, chyba mniej stresująca niż prowadzenie I-ligowej drużyny siatkarzy.



Czy mniej stresująca, to się jeszcze okaże. Na razie jestem na etapie szybkiego przekwalifikowania zawodowego. Tu, czyli w żegludze, też mamy ważną misję do spełnienia, a jest nią budowa katamaranu. Ale dziś rzeczywiście większy stres towarzyszy memu ojcu niż mnie.

Tu jednak inna jest odpowiedzialność za ludzi, wyniki…

Tak się tylko wydaje. Wiadomo, że stres w sporcie kumuluje się w jednym momencie, tu rozkłada się w czasie, ale też jest.

Adam, ale szczerze: dlaczego zawiesiłeś trenerską działalność? Świadomie mówię „zawiesiłeś”, bo nie wierzę, żebyś długo wytrzymał bez siatkówki.

Jak mówiłem tuż po zakończeniu sezonu, potrzebuję trochę czasu na przemyślenie. Nie jest już chyba tajemnicą, że wkrótce urodzi mi się drugie dziecko, co też ma wpływ na moją decyzję. W takiej sytuacji popołudniowe wyjazdy na treningi i weekendowe na mecze nie sprzyjają życiu rodzinnemu, a na nim chcę się skupić w najbliższym okresie. Myślę też, że dobrze mi zrobi takie przewietrzenie głowy i nabranie dystansu do tego co i jak robiłem, spojrzenia na sport, siatkówkę z innej perspektywy. Mam teraz 35 lat, a od 9. roku życia systematycznie trenowałem siatkówkę, czyli jestem z nią związany bez przerwy przez ponad 26 lat. Myślę, że po tylu latach jakaś przerwa, zawieszenie kariery trenerskiej mi się przyda. Nie wykluczam jednak, że może to być definitywny rozbrat ze sportem.

Ślepsk jest twoim…

Ostatnim klubem jako czynnego zawodnika oraz drugim po Pronarze Hajnówka i na razie ostatnim jako trenera. W Hajnówce byłem trenerem grającym i kierownikiem drużyny. Dziś wiem, że było tego za wiele, ale wówczas chciałem spróbować trenerki i nie do końca przemyślałem decyzję. Tamta lekcja nie poszła w las. Powiedziałem sobie, że już nigdy nie będę grającym trenerem i słowa nie dotrzymałem. Przeszedłem do Ślepska i tu też trzeba było wzmocnić czy uzupełnić zespół, więc wychodziłem na boisko, będąc po operacji kręgosłupa, i z niego kierowałem grą drużyny. Do czasu. Po jednym ze spotkań poddałem się do dymisji. Nie wytrzymałem podwójnego obciążenia wynikającego z gry i prowadzenia treningów. Było to po przegranym przez nas 2:3 meczu z Garwolinem, meczu, którego nie mieliśmy prawa przegrać, a przegraliśmy. I wówczas postanowiłem i słowa dotrzymałem, że nigdy już nie będę grającym trenerem.

W sporcie zdarzają się takie porażki. Jak z perspektywy tych kilku tygodni rozbratu z siatkówką oceniasz swoją pracę jako trenera w Ślepsku?

Mam oceniać sam siebie?

A dlaczego nie?

Ok, spróbuję. Jak się trzeźwo spojrzy na to co robiłem i zrobiłem, to w każdym roku robiliśmy jakiś krok mniejszy, większy, ale zawsze do przodu. Kiedy przyszedłem do Ślepska, zespół bronił się przed spadkiem z II ligi, a sezon skończyliśmy na trzecim miejscu. A po drugim roku awansowaliśmy do I ligi. W swojej grupie zajęliśmy drugie miejsce, ale w play-offach niespodziewanie, również dla samych siebie, okazaliśmy się najlepsi. Pierwszy sezon w I lidze był bardzo ciężki. Rozgrywki zaczęliśmy z drużyną w większości nie mającą żadnego I-ligowego doświadczenia. Pierwszą część sezonu graliśmy ambitnie, ale to było za mało, żeby zdobywać punkty. W drugiej, po wzmocnieniach, pokazaliśmy już niezłą siatkówkę, ale do bezpośredniego utrzymania się zabrakło nam jednego punkcika. O I ligę musieliśmy stoczyć najpierw ciężki pięciomecz z Czarnymi Morzem Bałtyk Szczecin, a później jeszcze walczyć z II-ligowcami w turnieju barażowym  w Kamiennej Górze. Dobre to, co się dobrze kończy i tamten, debiutancki sezon w I lidze skończył się dla nas dobrze. Utrzymaliśmy się.

Drugi sezon…

Był bardzo ciekawy, ale we mnie pozostawił pewien niedosyt, czułem się po nim człowiekiem, a raczej trenerem nie do końca spełnionym zawodowo. Byliśmy bliscy gry w finale. Szkoda tych pierwszych przegranych spotkań w półfinale play-off w Radomiu. I chociaż ostatecznie zajęliśmy czwarte miejsce w I lidze, a zatem najwyższe w historii nie tylko Ślepska, ale męskiej siatkówki w województwie podlaskim, słusznie wynik ten uznano za olbrzymi sukces, ale ja wciąż czuję niedosyt.

Taki wynik wielu trenerów wzięłoby w ciemno, z pocałowaniem ręki, a ty wybredzasz.

… (śmiech) Tak, bo wtedy mieliśmy naprawdę fajny zespół.

Który nie potrafił wygrać tylko z późniejszym triumfatorem rozgrywek, Treflem Gdańsk?

To fakt, bo takich spotkań jak z Jadarem czy z Treflem w Suwałkach nie gra się co dzień. Z Treflem u siebie zagraliśmy chyba najsłabszy mecz w sezonie. Zagraliśmy może na 20 procent swoich możliwości, chociaż trzeba przyznać, że to rywale swoją bardzo dobrą grą wymuszali na nas błędy. Im wychodziło i wchodziło wszystko, nam prawie nic.

Za to rewanż w Gdańsku zatarł wrażenie z pierwszego meczu.

I to w sytuacji, kiedy na Wybrzeże jechaliśmy bez kontuzjowanego Bartka Krzyśka, w ostatniej chwili zachorował Andrew Pink, a w czasie meczu nogę skręcił Sebastian Wójcik. Ten mecz przegraliśmy 1:3, ale nawet grając w tak przetrzebionym składzie, bliscy byliśmy jeśli nie wygarnia meczu, to przynajmniej urwania punktu. Napędziliśmy gdańszczanom sporo strachu i w hali Arena za swoją grę zebraliśmy gromkie brawa. Po tym meczu długo wracaliśmy do normalnej dyspozycji. Bartek formy nie odzyskał do końca sezonu, a Sebastian już nie wyszedł na parkiet.

Trzeci sezon i znowu dziewiąte miejsce. Po dobrym stracie, słabiutki środek rundy i w końcówce walka o awans do ósemki. Ta, tak jak w debiutanckim sezonie, uciekła wam o… jeden punkt.

Kiedy teraz patrzę na ten sezon już spokojnie, z perspektywy czasu, przyznaję, że w naszym wykonaniu był to sezon dziwny. Jako trenerowi ten sezon dał mi bardzo, bardzo dużo. Przyszło mi w nim pracować z grupą młodych, nawet bardzo młodych ludzi, często stawiających autentycznie pierwsze kroki w seniorskiej siatkówce. Ten zespół miał wyglądać zupełnie inaczej, ale zawodnicy, których my byśmy chcieli, ostatecznie wybierali inne kluby. Ostatecznie z drużyny, która zdobyła czwarte miejsce, zostało trzech ludzi, a pięciu przyszło do nas wprost z Młodej Ligi. Wyszło jak wyszło, ale był to młody, ale ciekawy zespół. Pech nas nie opuszczał i już w drugim meczu kontuzji doznał atakujący Dominik Wójcicki. Jego pech, bo nie zagrał już do końca rozgrywek, był szansą dla wówczas 19-letniego Janusza Górskiego, który ze swojej roli wywiązał się znakomicie. To było odkrycie sezonu. Zawodnik przestawiony z przyjmującego do ataku, w którym zagrał po raz pierwszy od czasu kadeta, był najskuteczniejszym naszym siatkarzem. W sezonie tylko z Wieluniem przegraliśmy oba mecze. Wygraliśmy u siebie z Nysą, Ostrołęką, Jaworznem i Będzinem, na wyjeździe z Lubinem. Pokazaliśmy, że potrafimy grać fajne mecze, w których nie jesteśmy faworytami. Niestety, kiedy trafialiśmy na rywala teoretycznie słabszego, coś w zespole się zacinało i zdarzały się wpadki.

Takie jak set przegrany do 10 w meczu z Piłą w Suwałkach.

Zagraliśmy fatalnie, podobnie jak w meczu z Lubinem u siebie, który też niczego nie pokazał, ale wygrywając w Suwałkach przełamał się i zaczął zdobywać punkty. Na szczęście na koniec rozgrywek zespół się pozbierał i wygrał to, co wygrać było trzeba. Utrzymaliśmy się w I lidze i to trzeba ocenić pozytywnie. Kilku zawodników pokazało się z dobrej strony, a wszyscy wynieśli z sezonu coś dla siebie.

Które ze spotkań rozegranych przez prowadzony przez ciebie zespół utkwiło ci w pamięci z tej dobrej strony?

Na pewno mecz z Jadarem w Radomiu przed dwoma laty. Pojechaliśmy tam prosto ze Spały. Pierwsze dwa sety gospodarze wygrali szybko, bo chyba w pół godziny. I kiedy wszystkim kibicom, a może nie tylko im, wydawało się, że set trzeci to tylko formalność, my wróciliśmy do gry. Trzy kolejne sety dla nas i wygrana 3:2 okrzyknięta ligową sensacją. To zwycięstwo, ale też gra chłopaków od trzeciego seta dały mi sporo satysfakcji.

A porażka, która najbardziej zabolała?

Chyba najbardziej bolesna to przegrana w sezonie 2011/2012 z Piłą w Suwałkach, zwłaszcza set 10:25.

A którego z zawodników, z którymi miałeś możliwość pracować, cenisz najbardziej?

Na pewno mam duży szacunek do Łukasza Rudzewicza. To, co powiem, dla Łukasza nie będzie niespodzianką. Ale miało być szczerze, więc będzie. Przyszedłem do Ślepska z dwoma środkowymi. Wcześniej widziałem Łukasza w grze i nie zrobił na mnie wrażenia, więcej, uważałem, że on nie da sobie rady wówczas w II lidze. Uznałem, że na tej pozycji drużyna potrzebuje zmian, a Łukasz niech zostanie, trenuje, ale na grę raczej nie ma co liczyć. Tymczasem Rudy tak się zawziął, tak zmobilizował, że pod koniec pierwszego naszego sezonu grał już w szóstce. To człowiek godny naśladowania pod każdym względem. On nie próżnuje nawet w wakacje, ale co robi wówczas, niech powie sam (pracuje gdzie się da – przyp. red.). Łukasz od chłopaka, który wprawdzie nieźle gra w bloku, ale miał problemy z poprawnym odbiciem piłki, z ręką taką, że każdy się dziwi jak on atakuje, gra w I lidze, i to jak gra. Sympatycznie wspominam wielu, ale zdarzył mi się jeden, którego nie darzyłem sympatią.

Kto?

Nie powiem. On wie, koledzy, z którymi grał, też wiedzą. I ja wiem. Ta odpowiedź musi ci wystarczyć…

Powiedziałeś: koniec z trenerką, to koniec. Jakie uwagi przekazałbyś twojemu następcy w Ślepsku, oczywiście o ile będzie nimi zainteresowany?

Niech do końca wierzy w umiejętności swoje i drużyny, którą stworzy. Uważam, że ten klub stać na zmontowanie drużyny, która nie tylko powtórzy nasz najlepszy wynik, ale zagra o coś więcej – o podium. I niech to będzie dziełem mego następcy, bo w ten sposób przysłuży się promocji siatkówki w naszym regionie.

Ślepsk, a zatem i ty, dla promocji siatkówki zrobił już bardzo dużo, ale zawsze można zrobić coś więcej.

Kiedy ja zaczynałem grę, nasz region wskazywano jako białą plamę na siatkarskiej mapie Polski. Mi udało się wyjść z tej siatkarskiej pustyni i trafić do klubów grających o coś więcej niż mistrzostwo województwa. Jak stąd wyjeżdżałem, chyba nie tylko ja, ale nikt z moich znajomych nie wierzył, że tu wrócę i poprowadzę drużynę w I lidze. Nie mogłem sobie wymarzyć takiego scenariusza powrotu w rodzinne strony.

I udało się Ślepskowi, przy twoim dużym udziale, zrobić coś, co pamiętają tylko najstarsi suwalczanie – na meczach siatkówki zapełnić halę OSiR-u kibicami. Po raz ostatni było to w końcówce lat 70-tych XX wieku na towarzyskim meczu reprezentacji kobiet Polska – USA.

Cieszę się, że siatkówka wróciła do Suwałk, że ma coraz liczniejsze grono kibiców i że stało się to za sprawą Ślepska. To zasługa Józefa i Michała Wiszniewskich, Piotra Kraski i świętej pamięci Józefa Gajewskiego, który po wywalczeniu awansu do I ligi przyjął Ślepsk w Suwałkach. To dzięki nim ja mogłem współtworzyć drużynę, prowadzić ją, a kibice oglądać siatkówkę na wysokim poziomie. Dziś jest to profesjonalny klub, z dobrym zapleczem treningowym i odnowy biologicznej.

Pomimo tych trzech sezonów gry Ślepska w Suwałkach, pomimo coraz większego zainteresowania siatkówką ze strony kibiców, klubowi trudno przebić się do lokalnych biznesmenów, zachęcić ich do finansowego wsparcia klubu w zamian za promocję w kraju. Gdzie, twoim zdaniem, należy szukać przyczyn tej obojętności suwalskiego biznesu wobec klubu Ślepsk Suwałki?

W ciągu tych trzech lat dostrzegłem jakąś niezrozumiałą dla mnie, cichą, ale nie sportową, rywalizację pomiędzy Ślepskiem i Wigrami Suwałki. Myślę, że w 70-tysięcznym mieście można utrzymać II-ligową drużynę piłki nożnej Wigier i I-ligową siatkarzy Ślepska. Z pożytkiem dla mieszkańców, kibiców, którzy powinni wędrować ze stadionu na halę lub odwrotnie. Nie wiem dlaczego część kibiców wypomina Ślepskowi, że zaczynał swoją działalność w Augustowie. To prawda, że Ślepsk powstał w Augustowie, ale dziś gra w Suwałkach i właśnie to miasto promuje w kraju. Myślę, że powinno dojść do spotkania władz obu klubów, może też przedstawicieli klubów kibica i zawarcia porozumienia służącego rozwojowi obu klubów i obu dyscyplin sportu. Liczę na to.

A we wrześniu zasiądziesz na trybunie i będziesz dopingował Ślepsk.

Nie, biorę całkowity rozbrat ze sportem, chcę od niego autentycznie odpocząć. Nie wiem zresztą, czy potrafiłbym się odnaleźć jako kibic na trybunach. Klubowi, memu następcy i jego podopiecznym życzę, by nie tylko powtórzyli mój najlepszy wynik, ale osiągnęli jeszcze więcej, z awansem do PlusLigi włącznie. Występy Ślepska będę śledził za pośrednictwem mediów.

Rozmawiał: Tomasz Moćkuń, suwalki24.pl

źródło: suwalki24.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
I liga mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-06-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved