Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > I liga mężczyzn > Koniec Wandy, krakowskiej siatkówki czy Grzegorza Silczuka?

Koniec Wandy, krakowskiej siatkówki czy Grzegorza Silczuka?

fot. archiwum

Były ambitne plany, ale po sezonie i spadku z I ligi kasa Wandy świeci pustkami, a przyszłość jest niepewna. W wywiadzie dla Strefy Siatkówki Grzegorz Silczuk, prezes i trener Wandy, mówiąc o "pakowaniu zabawek", ogłasza koniec. Co dalej z krakowską siatkówką?

Wybierzcie sobie sędziego…

Grzegorz Silczuk: – Ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Zawodnicy z Suwałk wygrali zasłużenie, bo byli bardziej zdeterminowani, chociaż na pierwszy mecz wyszli mocno zdekoncentrowani i mogliśmy to wykorzystać – byli zdołowani faktem, że muszą grać o utrzymanie. Wystarczyło ich tylko dobić. W końcówce pierwszego seta, przy stanie 23:22, Soroka uderzył w blok, którego sędzia nie widział. W kolejnej akcji sędzia odgwizdał Mrozowskiemu niesioną, podczas gdy w trakcie ostatniego meczu w Krakowie nie takie piłki zawodnicy dogrywali i sędzia nie widział problemu. W tie-breaku sędzia też popełnił kilka błędów. Ale to rywale chcieli wygrać, więc wygrali. Gdzie się nie ruszę, sędziowie sędziują pod gospodarzy. Wszędzie, ale nie w Krakowie – żeby czasem ktoś nie powiedział, że pomogli gospodarzom. Specjalnie po spotkaniu w Suwałkach zrobiłem szopkę. Wybierali najlepszego zawodnika spotkania, a ja krzyczałem „wybierzcie sobie sędziego, on dla was najlepiej zagrał”. To nic, że wpisali mi to do protokołu meczowego, chciałem odciągnąć uwagę chłopaków od tej przegranej, żeby w kolejnym meczu wyszli z wolą walki.

Miałem zespół, tłumaczyłem jak grać – nie potrafiłem do nich dotrzeć



– W siatkówce jest tak, że im wyższy poziom, tym bardziej trzeba słuchać trenera. Miałem zespół, tłumaczyłem jak mają grać – nie potrafiłem do nich dotrzeć. Niestety nie umiałem przekazać zawodnikom tych rzeczy, a suwalczanie potrafili. Jeżeli ich trener mówił, że po czasie trzeba zagrać tak, żeby nie zepsuć, to oni zagrywali „balonika” i zdobywali punkt. My serwowaliśmy, byle mocno. Na 20 mocnych zagrywek zepsuliśmy 10, nie zdobyliśmy w ten sposób ani jednego punktu. Opłacało się? Nie, ale skoro nie potrafiłem z tym dotrzeć do zawodników, to widocznie nie nadaję się na trenera. Ile w ostatnim meczu zagrywek zepsuły Suwałki? Dwie. A my? Mieliśmy serwować w Radomskiego. Nie dość, że w niego nie zagrywaliśmy, to zepsuliśmy ponad 10 zagrywek w trzech setach. W Suwałkach, w pierwszym meczu, kiedy ktoś miał mocno zagrać i trafić w aut, miało być 100 złotych kary. Gryźli się z tym „jak mamy zagrywać, żeby była zagrywka”. I wygraliśmy trzeciego, później czwartego seta. Jak można przegrać, wygrywając 6:1, kiedy przeciwnik leży już na podłodze? Po prostu zacznijmy atakować w aut! A mówiłem – lepiej oddajmy piłkę przeciwnikowi. Atakowaliśmy w antenkę, w siatkę, w aut i właśnie przez to na dziesięć kontr wykorzystaliśmy dwie. Tak się nie da, I liga to już jest dość wysoki poziom.

– To nie jest zły zespół, a zawodnicy nie dostawali mało pieniędzy. Brakowało na wszystko inne, ale łataliśmy jak mogliśmy i nie mogą narzekać. Jeżeli patrzę na zarobki naszych zawodników, a innych zespołów, to one są porównywalne. Już w listopadzie powiedziałem zawodnikom, że jeśli doprowadzą do takiej sytuacji, że drużyna spadnie, to będę musiał wycofać się, bo stracę wiarygodność. Mówiłem: „panowie, jeżeli nie będziemy się przykładać i słuchać tego, co mówię na treningach, tylko będziecie robić co chcecie, to potem wyjdzie”. To tak jak z wpadnięciem w poślizg. Wiele razy mi się to zdarzyło i nie wiem, jak się wtedy zachowywałem, ale miałem wyuczone nawyki i wiedziałem co robić.

Można różnie sądzić o swoich zawodnikach, ale trzeba w nich wierzyć

– Dlaczego Skra wygrywa wszystko? Dlaczego płaci Wlazłemu takie pieniądze? Ktoś kiedyś powiedział, że w siatkówce najważniejsze jest to, że w końcówce musi być taki ktoś, kto „przywali”. Każdy zespół kogoś takiego miał, u nas nikogo nie było. Ja tych zawodników wybrałem i to moja wina. Można różnie sądzić o swoich zawodnikach, ale skoro się ich wybrało, to trzeba w nich wierzyć. Nie trenowaliśmy codziennie, bo 7 na 12 zawodników pracuje. Byłoby inaczej, gdybyśmy mieli pieniądze, żeby ściągnąć ich do Krakowa, wynająć im mieszkanie, jak w każdym innym klubie. Kiedy zwróciliśmy się do kilku firm z prośbą o pomoc, żeby przyjęli kilku zawodników do pracy, to usłyszałem „tak się nie da” – jak się nie da, to nie. Próbowaliśmy do końca, walczyliśmy.

– Od stycznia zmieniliśmy system treningów, które były prowadzone według nowych myśli szkoleniowych. Przez półtorej miesiąca przychodził nam pomagać trener Wojciech Kasza, który prowadził bardzo dobre zajęcia. Na treningach wyglądaliśmy bardzo mocno, sam trener Kasza mówił, że przecież to jest super zespół, który powinien wygrywać. A na meczu? Najgorsze jest to, że ja nie potrafiłem nastawić zawodników do wygrywania spotkań. Jeżeli nie poradziłem sobie z tymi zawodnikami, nie poradzę sobie z innymi. Taka jest prawda. Byliśmy zespołem przed treningiem, na treningu, po treningu, przed meczem i po meczu, a w siatkówce, żeby wygrywać, trzeba być zespołem na meczu. Ile było takich spotkań, że graliśmy pięknie, a w końcówce przegrywaliśmy?

Tylko ja jestem taki nawiedzony, że bronię zawodników

– Jeżeli na 22 mecze mamy 17 punktów, to jesteśmy „czerwoną latarnią”, nie można się oszukiwać. To tylko ja jestem taki nawiedzony, że bronię zawodników. Jeżeli zespół nad nami zdobywa 24 czy 25 punktów i później po 30-parę, a w rundzie rewanżowej wygrało się jeden mecz 3:2 i jeden przegrało 2:3, to o czym mówimy. Cały sezon graliśmy tak, że przez większość setów prowadziliśmy wyrównaną walkę, a w końcówce… żenujący żart prowadzącego. Co z tego, że nagrywamy i analizujemy wszystkie mecze, jako jedni z nielicznych w tej lidze mamy DataVolley, robimy godzinne odprawy, skoro na meczu nie można tego wyegzekwować.

Straciłem wiarygodność i rezygnuję

Próbowaliśmy zrobić, co tylko mogliśmy. Niestety, nie udało się. W ostatnim meczu brakło mi tego animuszu, który był zawsze, bo po prostu miałem tego dosyć. Ta decyzja dojrzewała we mnie od miesięcy. Sekcja siatkówki w Wandzie kończy swoją działalność. Do tej pory ja się tym zajmowałem – sami widzieliście, kto nieraz rozkładał siatkę… Ja straciłem wiarygodność i rezygnuję.

– Co z tego, że będę w II lidze? Na realia Krakowa to jest nic. Oczywiście, że można zrobić w II lidze drużynę w oparciu o uczelnię, ale potrzebna jest taka jak Uniwersytet Ekonomiczny, która da salę, pieniądze, zapewni stypendium, pomoże. A takiej nie ma. Jeśli obecni zawodnicy wygraliby w Akademickich Mistrzostwach Polski, to mieliby stypendium. Niech ktoś znajdzie sponsorów, którzy dorzucą się do tego. Ja z chęcią przyjdę na mecz, popatrzę, będę dopingował, ale niech znajdzie się ktoś, kto się tym zajmie.

Do tej pory robiłem to sam i tylko ja wiem ile mnie to kosztowało, nawet nie pieniędzy. Na chwilę obecną zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie ogarnąć przyszłorocznego sezonu, bo wiem, jakie są realia. W II lidze byliśmy klubem z jednym z mniejszych budżetów! Nie ma szans. Prosta sprawa, kiedy Będzin spadł z ligi, miasto powiedziało: „ok, 350 tysięcy to za mało, dostaniecie 450″. Wtedy Rafał Legień mógł robić drużynę, bo dał zawodnikom po 4 tysiące, chłopaki są z Będzina, mają mieszkania, pracują, studiują. W Krakowie nie ma siatkarzy, których mógłbym pościągać, nie ma uczelni. My nie jesteśmy nauczeni I ligi. W Jaworznie wynajmują mieszkania, płacą solidne pieniądze, mają sztab, mogą prowadzić treningi. A u nas? O pewnych rzeczach nie mówię, bo to jest żenujące. Gdybym kiedyś dostał jakieś pieniądze z siatkówki, to byłbym szczęśliwy. Jestem tutaj nie tylko trenerem, ale zajmuję się wszystkim i wiem, co trzeba będzie robić, żeby awansować. Po co te szarpaniny, żebym był od kogoś uzależniony „co dalej”? Na dzień dzisiejszy kasa jest pusta, nie ma perspektyw na kolejny sezon.

Sekcja Wandy Kraków z dniem 26 marca przestaje działać

To nie są emocje ostatniego meczu, to są emocje kłębiące się przez miesiące, przez wydarzenia ostatnich meczów. Sekcja Wandy Kraków z dniem 26 marca przestaje działać. Zawodnicy, a jednocześnie studenci Krakowskiej Akademii, jeżeli chcieliby studiować na tej uczelni i mieć stypendium, to muszą się kontaktować z uczelnią.

– Jeżeli ktoś chce prowadzić tę sekcję na Wandzie, proszę bardzo. Jeśli taka osoba zgłosi się do mnie, jako prezesa klubu Wanda, to powiem „proszę mi przedstawić biznesplan, skąd pan/pani weźmie na to pieniądze i jak to poukłada”. Jeżeli będzie wszystko ok, to nie dość, że będę się przyglądał, to jeszcze kibicował.

Nie ma nikogo, kto by przyszedł tutaj i robił to za darmo

Jestem prezesem klubu Wanda, 19 kwietnia są wybory. Jeżeli nie wystartuję, to nie wiem czy ktoś inny będzie zainteresowany. Na chwilę obecną sekcja siatkówki to ja i prezes Pilch – nie ma nikogo więcej, kogo by siatkówka w tym klubie interesowała. Takie są realia.

– W tym momencie wszystkie umowy, które mieliśmy podpisane ze sponsorami, tracą ważność. Nie ma nikogo, kto by przyszedł tutaj i robił to za darmo. Jedyny taki debil to ja, ale nawet tacy potrzebują wsparcia. W IV, III lidze, to możemy sobie grać za uścisk dłoni, ale w II czy I to tym zawodnikom trzeba dawać już pieniądze. W II lidze, żeby grać o awans, to trzeba dać przynajmniej 2,5 tys. Nie mówiąc już o pierwszej, której poziom mnie przerósł. Taka jest prawda. A ja też mam inne podejście. W wielu klubach są problemy finansowe, zawodnicy podpisali kontrakty na wysokie sumy, a teraz nie dostają ani grosza. Ja tak nie potrafię, bo to kwestia zaufania, nie tyle do zawodników, ale do siebie. Przed meczami w Suwałkach mieliśmy się wycofać, oddać te mecze walkowerem, bo na ten wyjazd potrzebowaliśmy 10 tysięcy, a tych pieniędzy nie mieliśmy, ale spróbowaliśmy.

– Kraków potrzebuje siatkówki, ale ja też potrzebuję pomocy od Krakowa. Przyglądają się nam wszyscy, tylko że od samego przyglądania się można zeza dostać. Żeby robić poważną siatkówkę, potrzebne są podwaliny, a my nie mamy grup kadeta czy juniora, bo nas na to nie stać. Teoretycznie w takiej sytuacji pomóc może Urząd Miasta, ale jeżeli utrzymanie dobrego kadeta kosztuje powiedzmy 50 tysięcy, to urząd da może 15 tys. i to niechętnie, bo teraz poobcinali wszystkim. To jest mechanizm, który się napędza. Kiedyś miałem marzenie, żeby coś zrobić dla siatkówki w Krakowie, nie udało się. Mówi się, że jak czegoś się nie da zrobić, to trzeba wziąć kogoś, kto o tym nie wie i to zrobi. Ja taki byłem pięć lat temu. Na dzień dzisiejszy mam dosyć.

Kraków sam sobie zabiera siatkówkę

W Krakowie traktuje się to trochę jak zabawę – bo przyjadą sobie inne zespoły i pograją. Kraków sam sobie zabiera siatkówkę. W całej Polsce jest inaczej. W Suwałkach Skrzypkowski został wybrany sportowcem Suwałk, w Ostrołęce – któryś tam z zawodników. W Będzinie całe miasto składa się, żeby Będzin był w I lidze, w Bielsku – prawie całe miasto. W Nysie – to już w ogóle. A w Krakowie? W zimie niemal nie będzie sportów halowych. Jest tylko koszykówka żeńska na Wiśle. Do tej pory była Armatura (Armatura Eliteski AZS Uniwersytet Ekonomiczny Kraków – I liga kobiet – przyp. red), przy czym nie wiadomo, co będzie dalej. Jest jeszcze futsal na Wiśle. Tyle. Pewnie, że można w zimie promować Kowalczyk, ale ją można obejrzeć tylko w telewizji. A na żywo? Prosiłem wiele razy „pomóżcie, bo mam kłopoty, jak będę przegrywał, to będę miał problemy ze sponsorami”, to słyszałem „nie da rady, będziesz wygrywał, będziesz miał pieniądze”. Nie dało rady, trzeba spakować klocki i kredki do plecaka i tyle.

– Największy problem w Krakowie jest taki, że wszyscy chcieliby sportu na takim poziomie jak piłka czy koszykówka na Wiśle. Problem jest jednak taki, że trzeba tam dojść. A w tym już nikt nie chce pomóc czy uczestniczyć. W tym sezonie nasz budżet to około 1/3 tego, co mieli inni. Jak z tym mogliśmy walczyć?

– Na dzień dzisiejszy mamy budżet taki, jak zespoły drugoligowe. Nie ma takiej możliwości, żeby Instal nas nadal wspierał, bo znam tych ludzi i wiem, że liczy się dla nich zwycięstwo. Na pieniądze z miasta nie możemy liczyć. Prawie każdy klub I-ligowy dostaje od swojego miasta około 400 tysięcy i do tego wystarczy znaleźć kolejnych sponsorów. Na bazie tego można mieć dobrych zawodników, ściągnąć ich do Krakowa i wtedy próbować coś robić. Jak pokazały wydarzenia z play-off, to też nie gwarantuje wyniku, ale daje możliwości.

Żeby zacząć od nowa…

Żeby zacząć od nowa, trzeba by wziąć młodych zawodników. Chciałem tak zrobić, proponowałem, że pozbieram z klubów tych najlepszych, dam im stroje, hale, treningi, nic nie będą płacić, ale będą mogli jeździć na mecze, ogrywać się. W zamian słyszałem „nie” albo że „ja będę trenerem” lub „a ile mi za niego dasz?”. Moglibyśmy mieć wychowanków z Krakowa, bo są tu fajni zawodnicy, którzy za rok-dwa mogliby coś grać. Pamiętam, jak kiedyś grając w Hutniku dostałem dres po którymś zawodniku, reprezentancie kraju, to mało go na ścianie nie wieszałem, a jak dostałem buty „wagnerki”, to mało do kościoła bym w nich nie chodził. A teraz te zespoły? Coś tam grają, pograją i tyle. Jednak inaczej jest, kiedy zawodnikowi składki i wyjazdy opłacają rodzice, a inaczej, kiedy otrzymuje wszystko za darmo i gra w rezerwach zespołu pierwszoligowego. To zawsze jest jakaś nobilitacja. Można było zrobić coś sensownego. Były drużyny młodzieżowe w Wandzie, ale nie mając pieniędzy na prowadzenie pierwszej drużyny, to nie miało szans, a nie wyobrażam sobie, żeby chodzić po rodzicach i robić zrzutkę na wyjazdy czy sprzęt.

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
I liga mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-04-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved