Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Fiszbinowce a sprawa poziomu ligi

Fiszbinowce a sprawa poziomu ligi

fot. archiwum

Challenge Cup zdobędzie zespół z Polski, mamy szanse na Puchar CEV, jednak mimo awansu do finału Ligi Mistrzów, po raz kolejny musieliśmy obejść się smakiem. Co zrobić, aby w końcu wygrać Final Four i co wspólnego mają z tym tytułowe fiszbinowce?

„Jako studenci bardzo lubicie lać wodę, ale ja będę jak kaszalot, który filtruje plankton waszych słów” – to zdanie wypowiedziane całkiem niedawno przez mojego wykładowcę wprowadziło mnie w osłupienie. Co prawda po chwili euforii połączonej z powstrzymywaniem się od panicznego ataku śmiechu, dowiedziałem się, że kaszalot wcale nie jest fiszbinowcem i w jego menu królują ośmiornice czy kałamarnice, a nie plankton. Jednak wystarczy zamienić kaszalota na płetwala błękitnego i porównanie jest zarówno prawdziwe, jak i inspirujące.

Zdanie, od którego zacząłem, natchnęło mnie do napisania krótkiej rozprawy na temat potencjału naszej ligi. Nie mam zamiaru wracać do tematu zakończenia finałowego meczu Ligi Mistrzów. Kazań okazał się lepszy i nie mówi tego tylko prosty student chemii, ale i bardziej uznani eksperci, chociażby Wojciech Drzyzga. Ja od siebie mogę dodać, że nie jestem w 100% pewny, czy Skra Bełchatów awansowałaby do finału, gdyby wcześniej spotkała się z zespołem Radostina Stojczewa, a nie Arkasem Izmir. Poziom PlusLigi jest wysoki, prawdopodobnie jesteśmy trzecią siłą w Europie, ciężko porównać naszą ekstraklasę do lig z innych kontynentów, bo jedyną płaszczyzną umożliwiającą takie zestawienie są Klubowe Mistrzostwa Świata, czyli jeden, krótki turniej z niewielką ilością publiczności na trybunach. Zostańmy więc przy rozważaniu na temat podziału sił w Europie.

Pamiętam jak parę sezonów temu na zgrupowanie kadry zawodnicy przyjeżdżali z zagranicznych lig. Teraz prawie cała nasza reprezentacja jest rozproszona po klubach ekstraklasy, co świadczy o tym, iż warunki w naszej lidze w ciągu ostatnich lat uległy poprawie. Z drugiej strony jednak jesteśmy w sytuacji, w której krajowi gracze nie podwyższą już poziomu PlusLigi. Polskim siatkarzom nie można odmówić potencjału, świadczą o nim dobitnie osiągnięcia naszej reprezentacji, jednak w sezonie klubowym kadrowicze rozproszeni są po kilku zespołach, uzupełnionych zawodnikami, którzy już albo jeszcze nie grają w reprezentacji oraz siatkarzami zagranicznymi. Można więc powiedzieć, że siła reprezentacji rozbita jest na kilka klubów, a powrót nielicznych kadrowiczów z innych lig nie podniesie poziomu ekstraklasy na tyle, żeby bez problemu wygrać Ligę Mistrzów. Tak, wiem, są jeszcze inne kontynentalne rozgrywki i we wszystkich dostaliśmy się do finałów, ale czy to na pewno świadczy o poziomie ligi? W pucharze CEV i Challenge Cup nie grały dwa najlepsze kluby w Polsce, więc dobre wyniki naszych zespołów świadczą raczej o tym, że liga jest wyrównana, mimo iż patrząc na osiągnięcia Skry Bełchatów, można by twierdzić inaczej. Resovii Rzeszów, akademikom z Warszawy i Częstochowy należą się gratulacje, jednak nie oni są najwyższym pikiem na krzywej potencjału ligi, te zespoły pokazują, że ma ona łagodny przebieg, a różnica potencjałów jest niewielka.



Odrobinę pokrętną drogą zmierzam do sprawy obcokrajowców w PlusLidze. Poziom ich gry jest satysfakcjonujący, bardzo lubię patrzeć na grę Michała Masnego czy Jurija Gładyra, jednak brak nam spektakularnych transferów. To ligi rosyjska i włoska są płetwalami błękitnymi filtrującymi plankton zagranicznych siatkarzy. Zawodnik przychodzący do ligi rosyjskiej musi być dwa razy lepszy od swojego odpowiednika z tego mroźnego kraju, który zazwyczaj jest dwumetrowym „miśkiem” o rozmiarach trzydrzwiowej szafy, tak jak chociażby Nikołaj Apalikow. W Rosji grali i grają tacy siatkarze jak Lloy Ball, William Priddy, Dante Amaral czy Jochen Schops. Włosi wyłapują genialnych Serbów i Bułgarów. U nas znane nazwiska przewijały się sporadycznie – Konstantinow, Abramow i Łasko to odosobnione przypadki, które mają się nijak do szumnych zapowiedzi przedsezonowych. Zabrakło 24 godzin do podpisania kontraktu z Murilo, tymczasem w lidze pojawiło się trzech innych siatkarzy z Brazylii, ale trener Rezende prawdopodobnie nie przymierza do swojej kadry Vinhedo czy Nemera. Miał być Lucciano de Cecco, jednak w Polsce pojawił się inny młody rozgrywający – Tiago Violas, którego niestety ciężko porównać do Argentyńczyka. Po cichu mówiło się o Robertlandym Simonie Atiesie, ale zamiast niego pojawił się Wytze Kooistra, tyle że jeśli były kapitan kubańskiej reprezentacji miałby grać tyle co Holender, to może i lepiej, że trafił do Piacenzy…

Krótko mówiąc – aby liczyć się w wyścigu zbrojeń, którego finalnym efektem jest zwycięstwo w Lidze Mistrzów, musimy stać się trzecim płetwalem błękitnym filtrującym plankton zagranicznych graczy. Ciężko będzie „wyszarpać” sobie jakiś kawałek na siatkarskiej mapie świata. Przypomina to trochę czasy kolonializmu, kiedy Hiszpania i Portugalia podzieliły między sobą całą kule ziemską. Jednak tym razem zostały tereny jeszcze nie do końca zdobyte… Może rozwiązaniem byłoby wynajęcie żółtej łodzi podwodnej (bez skojarzeń z barwami klubowymi jednego z zespołów) z Wojciechem Cejrowskim na pokładzie, który jako tłumacz pomógłby w akcji „pożyczenia” sobie kilku siatkarzy z Kuby? Ich niesamowita siła w połączeniu z umiejętnościami Polaków prawdopodobnie zbliżyłaby nas do zdobycia złota w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2012-03-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved