Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Echa półfinału Challenge Cup: Wracały „grzechy” poprzednich spotkań

Echa półfinału Challenge Cup: Wracały „grzechy” poprzednich spotkań

- Zagrywka i atak były dwoma kluczowymi elementami w tym dwumeczu - stwierdza scout AZS Politechniki Warszawskiej, Piotr Matela. W obu meczach półfinałowych Challenge Cup powtarzał się ten sam scenariusz: skuteczna gra - przestój - przełamanie.

Grzechy z pierwszego pojedynku

Rozpoczęło się bardzo obiecująco. Przyszli finaliści Challenge Cup od pierwszych minut „uderzyli” rywali zagrywką, co zaowocowało czteropunktowym prowadzeniem. Fakt, że protokół elektroniczny zapłonął chęcią znalezienia się na świeczniku choć na chwilę (jak się okazało trochę dłuższą), nie wpłynął najlepiej na podopiecznych Radosława Panasa. Od tej pory siatkarze AZS Politechniki Warszawskiej zaczęli popełniać (jak widać jeszcze nieodpokutowane) „grzechy” z pierwszej konfrontacji z rumuńskim zespołem. – Mecz rozpoczęliśmy bardzo dobrze, od prowadzenia 8:4 i przerwa spowodowana problemami technicznymi trochę wytrąciła nas z rytmu – opisuje stołeczny scoutman, Piotr Matela.Do tego znowu doszły nieskończone ataki, a także błędy i gra zrobiła się wyrównana punkt za punkt. Dopiero w końcówce seta zmusiliśmy przeciwnika do popełnienia kilku błędów w ataku, odrzucając rywali od siatki i zmuszając do gry na wysokiej piłce. W efekcie, zwyciężając pierwszą partię do 22, gospodarze poczynili kolejny krok ku walce w finale, jednak z trudem, wydatną pomocą błędów rywali i – zapewne – ze sporym niedosytem…

Co chwilę ten sam scenariusz”



…który bynajmniej nie został zaspokojony w kolejnej odsłonie. „Inżynierowie” nie byli w stanie dotrzymać kroku ekipie z Constanty, która już od pierwszego gwizdka wzięła „stery” w swe ręce. Próby niwelowania strat – często sprawiające wrażenie owocnych – pełzły na niczym. Scout warszawskiej drużyny wyraźnie wskazuje elementy, które uniemożliwiły polskiej drużynie walkę. – Ustąpiliśmy przeciwnikom w ataku i bloku, a to były kluczowe elementy jakimi przegraliśmy w tym secie. Set rozpoczął się od trzypunktowego prowadzenia rywali i mimo że udawało nam się wyrównać lub zbliżyć do przeciwnika, niwelując przewagę do jednego, dwóch punktów, powtarzał się co chwilę ten sam scenariusz. Powróciły „grzechy” z poprzednich spotkań – dodał.

„Przeciwnicy lepiej „czuli” Mikołajczaka”

Trzeci set to powrót do naszej dobrej gry w ataku i bloku – charakteryzuje przełomową dla losów meczu partię Piotr Matela. Po raz kolejny powtórzył się scenariusz z poprzedniego spotkania…, tyle że pomyślny. Podobnie jak w Constancie w czwartej partii i tie-breaku, tak i teraz AZS Politechnika zdołała „przełamać” swą niemoc i ponownie „złapać” swój rytm gry. – Bardzo dobrze funkcjonował nasz system blok-obrona, co utrudniło rywalom zdobywanie punktów, a nam pozwoliło wyprowadzić skuteczny kontratak i zyskać prowadzenie, którego już nie oddaliśmy do końca seta, mimo że przeciwnicy walczyli do końca – podsumował scout AZS-u. Niewątpliwie znaczący wpływ na zmianę rozwoju wypadków na parkiecie miała zmiana atakującego – miejsce Pawła Mikołajczaka w szóstce zajął Grzegorz Szymański.Na pewno zmiana, jakiej dokonał trener wniosła coś nowego i odmieniła w jakiś sposób naszą grę. Po prostu przeciwnicy dużo lepiej „czuli” Pawła w grze na siatce niż Grzegorza – stwierdza Piotr Matela.

Atak i zagrywka kluczem do sukcesu

– Zdecydowanie zagrywka i atak były dwoma kluczowymi elementami w tym dwumeczu – bez wahania na pytanie o decydujące o dwóch zwycięstwach elementy odpowiada stołeczny scout – Jednak nasz atak nie byłby na pewno skuteczny bez dobrej gry bloku i obrony – dodaje. Istotnie w ataku zdecydowanie przeważali podopieczni Radosława Panasa i teorię tę potwierdzają statystyki, obrazujące zdobycze punktowe – 56 „oczek” warszawskiego zespołu przy 44 Tomisu. Różnica w skuteczności ataku nie była już tak wyraźna: w polskiej drużynie kształtowała się na poziomie 47%, po drugiej stronie siatki zaś 44%. Filarami ataku AZS Politechniki Warszawskiej był duet Szymański-Żaliński. Ten pierwszy znalazł się we właściwym czasie na właściwym miejscu – atakował ze skutecznością 59%, zdobywając 13 „oczek”. W przypadku tego drugiego – żadna niespodzianka, również w pierwszej odsłonie rywalizacji z rumuńskim zespołem grał pierwsze skrzypce. Warszawski przyjmujący także zgromadził 13 punktów i 43-procentową skuteczność w ataku. W szeregach Constanty jak zwykle ciężar ataku spoczywał na barkach Philipa Maiyo. W porównaniu z pierwszym spotkaniem, warszawianie trochę gorzej radzili sobie z zatrzymaniem Kenijczyka – w meczu w Constacie „nadział się” na blok czterokrotnie, w Warszawie zaledwie raz. Na swym koncie zapisał 16 pkt. oraz 44-procentową skuteczność.

W drugim z elementów, które przesądziły o awansie do finału – zagrywce, również zarysowała się przewaga podopiecznych Radosława Panasa, choć nie tak zdecydowana jak w pojedynku w Rumunii. „Inżynierowie” w polu zagrywki punktowali czterokrotnie, z czego połowa to zasługa Mikołajczaka. Rywale natomiast nie zdołali ani razu „ustrzelić” warszawian. Co zatem było ich największym atutem w dwumeczu walki o finał Challenge Cup? Niewątpliwie blok. Potwierdza to Piotr Matela. – Ich gra wyglądała bardzo podobnie. Grali bardzo dobrze w ataku i bloku, co widać po samych statystykach, gdzie w jednym i drugim spotkaniu w bloku punktowali lepiej od nas. Tomis w spotkaniu w Rumunii odnotował maleńką przewagę dwóch „oczek” w bloku. W Warszawie różnica ta wzrosła do pięciu – 12 udanych bloków Constanty przy 7 AZS-u). W pierwszym meczu główną rolę na siatce grał Florin Voinea, w drugim natomiast siła bloku była równomiernie rozłożona między czterech zawodników: Bojovica, Maiyo, Birau oraz Voineę. Mladen Bojović trzykrotnie skutecznie powstrzymał warszawian, pozostali zanotowali po dwie „czapy”. W porównaniu ze spotkaniem u siebie, zawodnicy Jorge Cannestraciego poprawili również przyjęcie. W pierwszym spotkaniu przyjmowali na poziomie 44%, w drugim zaś 63%. Tylko ocena za odbiór perfekcyjny pozostała niezmienna – mało imponujące 24%. Tym razem największa siła warszawskiego ognia nie była skierowana na Voineę i rumuńskiego libero Silvę Pantoja, lecz (tradycyjnie już) na Voineę i na zmiennika kiepsko spisującego się „szóstkowego” Torcello, Dragosa Cristiana Pavla. Cel został osiągnięty – zostali wyłączeni z ataku. Voinea radził sobie nieźle – zakończył mecz z 52% przyjęcia pozycyjnego i bardzo kiepską notą 9% przyjęcia perfekcyjnego. Nie liczono już na niego w ataku – otrzymał zaledwie 12 piłek, z czego skończył 6. Lepiej spisywał się Pavel, który osiągnął 74% przyjęcia pozycyjnego oraz 30% za odbiór w punkt. Gorzej już było w ataku – z 19 szans wykorzystał zaledwie 5 (26%). Warszawski odbiór kształtował się na poziomie 59% oraz 34% odbioru w punkt – również poprawa w porównaniu z pierwszym spotkaniem. Trudy przyjęcia dzielili równomiernie i zgodnie Wierzbowski, Żaliński i Wojtaszek – żaden z nich nie zanotował przyjęcia poniżej 50%.

„Nadejszła wiekopomna chwila” – polski finał

Tak oto zapisała się nowa karta w historii polskiej siatkówki – finał Challenge Cup będzie wewnętrzną sprawą polskich drużyn. Ekipy znają się doskonale, wiedzą, czego się po sobie spodziewać. Można zatem się spodziewać, że o wygranej zadecydują detale. – To, że znamy się bardzo dobrze z ligowych parkietów, nie oznacza, że będzie to łatwy mecz. Najtrudniej „postawić kropkę nad i” – mówi z naciskiem Piotr Matela. – Na pewno bardzo dobrze przeanalizujemy grę częstochowian, żeby przygotować się jak najlepiej do tego finału. W naszej grze zawsze można poprawić każdy element, żeby funkcjonował jeszcze lepiej – kończy. Podsumowując: wystrzegać się grzechów z poprzednich spotkań.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
europejskie puchary

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-03-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved