Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > II liga mężczyzn > Robert Prygiel: Czarni to doskonała szkoła życia

Robert Prygiel: Czarni to doskonała szkoła życia

fot. archiwum

Robert Prygiel - były wielokrotny reprezentant Polski po kilkuletniej przerwie ponownie bronić będzie barw Czarnych Radom, tym razem w II lidze. Dla doświadczonego zawodnika to już kolejny sportowy powrót do rodzinnego miasta...

Tak się składa, że na przestrzeni kilkunastu lat zaliczył pan kilka powrotów w rodzinne strony. Kibicom na pewno pamięci zapadł ten z 2000 roku?

Wszyscy wiązaliśmy duże nadzieje. Do Czarnych wróciłem po przeciętnym sezonie w Warszawie. Odbudowałem się. Powróciłem do reprezentacji Polski. Generalnie cała drużyna poświęciła dużo pracy, aby powtórzyć największe sukcesy zespołu z Radomia. I było tego naprawdę blisko. Walczyliśmy przecież o trzecie miejsce. W Jastrzębiu jeden mecz przegraliśmy, jeden wygraliśmy. U siebie pierwsza potyczka również zakończyła się wygraną. Było ciężko, bo z tego co pamiętam poszczególne sety wygrywaliśmy na przewagi. Zwycięstwo 3:0 pozwalało z optymizmem oczekiwać kolejnego spotkania. Tak też było. W głowach zaczęliśmy świętować. Jastrzębie wydawało się pogodzone z porażką. Po przegranej chłopcy wyszli wieczorem na piwo. Nie wchodząc w szczegóły zdradzę, że "złocistego napoju" wypili naprawdę sporo. Gdy rano następnego dnia zobaczyliśmy ich na rozruchu, nasza pewność wzrosła jeszcze bardziej. Jak się okazało to był błąd. Popołudniu wyszliśmy na parkiet pewni sukcesu. Bankiet był już przygotowany, medale gotowe. Tymczasem przeciwnicy, teoretycznie pogodzeni z porażką, grający na pełnym luzie zaczęli nas niemiłosiernie punktować. Zaczęły im wychodzić akcje, tymczasem w nas, z piłki na piłkę, zaczęła wrastać presja. W sumie zagraliśmy jeden z najsłabszych meczów w sezonie. Nie lubię się usprawiedliwiać, za pewną okoliczność łagodzącą uznać można było fakt, że praktycznie cały czas graliśmy jedną szóstką. Nie było zmian w składzie. Nieskromnie mówiąc przez kilka miesięcy grałem poprawnie, w końcówce jednak coraz słabiej. A ten mecz z Jastrzębiem faktycznie bardzo słabo wyszedł.

Szanse nie były całkowicie pogrzebane.



– Pojechaliśmy do Jastrzębia z ambitnym nastawieniem. Mobilizacji starczyło jednak tylko na kilka, czy kilkanaście piłek. Po dwóch przegranych setach stało się jasne, że to Jastrzębie cieszyć będzie się z medalu. Był to w sumie ciężki sezon. Dosyć daleko zaszliśmy przecież też w Pucharze Polski. To wszystko w sumie odbiło się właśnie w końcówce rozgrywek ligowych. Poza tym przypomnę, w trakcie sezonu nieco zmienił nam się skład. W styczniu odszedł Piotr Gabrych. W jego miejsce pojawił się Sławomir Kudłaczewski. Zaczęły się drobne problemy, w klubie zaczęto szukać oszczędności. Oczywiście to nas nie usprawiedliwia, ale na pewno są to argumenty łagodzące, że pewny wydawałoby się medal wymknął nam się z rąk. Podsumowując. Poza dwoma momentami, było to jedno z większych rozczarowań w mojej karierze klubowej.

Wspomniany Piotr Gabrych ostatni mecz rozegrał w Olsztynie. Kibiców do dzisiaj nurtują okoliczności zdarzenia. Zawodnik nie wrócił do Radomia z drużyną. W historii pierwszoligowych występów Czarnych to chyba jedyny przypadek?

– Sytuacja była taka, że trakcie meczu napięcie było przeogromne. Doszło do szarpaniny. Następstwem był ostra wymiana zdań na ławce rezerwowych. Nawet nie powiedziałbym, że męska, ale bardziej wulgarna. Oczywiście siatkówka nie jest sportem dla grzecznych chłopców, ale zachowanie Piotrka było przegięciem. Tym bardziej, że przy stanie 1:1 mieliśmy jeszcze szansę na wygraną…

Tak właściwie o co poszło?

– Piotrek, jak to Piotrek. W pewnym momencie bardziej nad dobro drużyny zaczął przekładać swoją osobę. Efekt był taki, że bodajże w trzecim secie opuścił parkiet i udał się do szatni. Generalnie byliśmy źli na niego. Pamiętam, że chłopcy którzy mieli z nim konflikt do końca meczu myśleli, aby jak najszybciej znaleźć się w szatni. Chcieli wyrównać porachunki. Po zakończeniu meczu okazało się jednak, że już go nie było i nikt go nie widział…

Kolejnego sezonu sam Robert Prygiel nie dotrwał do końca?

– To temat na osobne opowiadanie.

Spróbujmy jednak powrócić do tego momentu.

– To może zacznę od początku. Klub miał nowego prezesa. Został nim pan Jacek Nita. Przed sezonem odbyła się specjalna prezentacja, wielka feta. Nie wiem, komu i czemu to służyło. W swojej przygodzie z siatkówką coś podobnego przeżyłem pierwszy raz. Pełno ludzi, wielkie bum. Imprezę prowadził bodajże redaktor Włodzimierz Szaranowicz. Odbyła się prezentacja jakbyśmy mieli grać przynajmniej o mistrzostwo Polski. Tymczasem skład personalny do tego nie upoważniał. Oczywiście ambitne cele mogły być stawiane, ale generalnie patrząc była to drużyna na 4-5 miejsce. Ligę zaczęliśmy w miarę spokojnie, trochę wygrywaliśmy, trochę przegrywaliśmy. Nie prezentowaliśmy może się źle, ale pamiętać trzeba było, była to drużyna nowa, mocno zmieniona. Zaczęło się od tego, że nie płacono nam premii, nie mówiąc o zaległych premiach z poprzedniego sezonu. A sytuacje nie był łatwa. Jeżeli chodzi o moją osobę, z żoną w ciąży mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu i głupio co tydzień było chodzić do rodziców na obiady, i pożyczać pieniądze. Tym bardziej, że pracę wykonywałem sumiennie. W każdym meczu grałem na maksa. Najlepszym tego potwierdzeniem było powołanie do reprezentacji Polski. Czułem się oszukany. Jak już wspomniałem wcześniej, z wielkiego bum, za przeproszeniem zrobiło się wielkie "G". Władze klubu unikały nas. Obiecywały, że duże pieniądze już idą, że transze od sponsorów zostały wypłacone, ale ktoś tam pomylił numer konta. W sumie było milion wytłumaczeń.

Nie rokowało to dobrze?

– Oczywiście widzieliśmy co się dzieje. Tym bardziej, że odszedł Igor Woronin, później Jarek Stancelewski, Maniek Kardaś i Mirosław Ćajan. Po kilku miesiącach zostaliśmy praktycznie w 7-8 osób, prezentujących poziom I ligi. Nie było dobrze sportowo, finansowo wręcz tragicznie…

Wtedy Robert Prygiel i Adam Nowik otrzymali propozycję przejścia do Bełchatowa?

– Skra nie była wtedy takim potentatem jak dzisiaj, ale płacone w terminie pieniądze były ogromnym atutem. Muszę powiedzieć jedno, żaden z nas nie chciał odchodzić. Urodziłem się w Radomiu, moja żona też jest radomianką. Perspektywa przeprowadzki była bardzo uciążliwa. Dlatego udaliśmy się do ówczesnego wiceprezesa ds. finansowych Jacka Łapienieckiego. Był również pan prezes Nita. Podkreśliliśmy, że identyfikujemy się z klubem, rozumiemy trudną sytuację w jakiej się znalazł, ale chcieliśmy mieć zapewnione minimum. Oczywiście z Adasiem (przyp. red. Nowikiem) nie chcieliśmy zaległych pieniędzy, chcieliśmy aby nam zagwarantowano wypłacanie miesięcznie kwot w granicach 2-3 tysięcy. W porównaniu do obowiązujących kontraktów nie było to wielkie pieniądze. Niestety, panowie prezesi stwierdzili, że nie mogą nam tego zagwarantować. W ogóle dla klubu najlepiej będzie, jeżeli odejdziemy… W ten sposób pozyskają pieniądze, aby mieć na kawę, herbatę i wyjazdy do końca sezonu. Przytaczam to w tej chwili, nie bez przyczyny. Bełchatów za Adasia zgodził się zapłacić 10.000 złotych, za mnie dwa tysiące więcej. Adam porozumiał się ze Skrą i otrzymał je. W ten sposób pomniejszył swoje zaległości. Tymczasem ja dobrodusznie uwierzyłem, że otrzymam je przy kolejnej … transzy. Zgodziłem się pozostawić te pieniądze na tą … kawę. Oczywiście do tej pory nie widziałem ich na oczy. Mało tego nawet o nich nie myślę…

Pozostał żal?

– Wiem, że kibice, niektórzy koledzy, którzy zostali w Czarnych mieli żal. Prawda jest jednak taka, że klub nic nie zrobił abyśmy zostali. Mało tego dało się wyczuć, że komuś na tym zależało aby WKS spadł. Oczywiście żal, ból, czy złość już dawno strawiłem. Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, mogła być to jakaś gra polityczna, czy coś w tym stylu. Nie wiem, może ktoś komuś chciał coś udowodnić. Nie wiem, naprawdę nie wiem? Mając w sercu ten klub od dziecka, zrobiłem wszystko co mogłem, aby pozostać i dalej grać. Nie wszystkim na tym jednak zależało.

Niemal po dziesięciu latach został pan zawodnikiem Radomskiego Centrum Siatkarskiego, klubu, który uchodzi za spadkobiercę Czarnych. Z ręką na sercu, widzi pan perspektywy nawiązania do tych dobrych tradycji?

– Jeżeli chodzi o moją osobę, nie będę ukrywał, lata już nie te, zdrowie również. Optymistycznie jednak patrzę w przyszłość. Tym bardziej, że mobilizuje mnie miejsca, klub. To, że na trybunach ponownie zasiądzie rodzina, znajomi, koledzy. W ogóle nie będę ukrywał, w teraz nie gram dla pieniędzy, czy robienia kariery. Chciałbym aby zapamiętano moje nazwisko i to z tej jak najlepszej strony. Celem jest awans na zaplecze ekstraklasy. Organizacyjnie, czy sportowo taki klub zasługuje na grę I lidze.

Ale kibicom marzy się PlusLiga?

O tym na razie nie mówmy. Pamiętać trzeba, że to przeogromny skok do przodu. Widać jednak, że atmosfera w radomskiej siatkówce znacznie się oczyściła. Nie bez znaczenie jest też duża chęć pomocy środowiska biznesowego. I to pomocy nie tylko finansowej, ale i mentalnej. Nie jest tajemnicą, że wiele w tym dobrego robi powstałe Stowarzyszenie Czarni. Nazwiska i firmy stojące za tym przedsięwzięciem gwarantują jakość. Jeżeli teraz nie uda się odbudować tego co było w przeszłości, to już nigdy to nie nastąpi.

Nie nastąpi? Przecież siłą RCS-u jest młodzież?

– I bardzo dobrze. W połączeniu z doświadczeniem to chyba najlepsza opcja. Poza tym nie oszukujmy się klub słynie z bardzo dobrych wychowanków, ale bez awansu, zatrzymania ich w swoich szeregach nie będzie możliwe. Gra przynajmniej na zapleczu ekstraklasy jest podstawą. Nie ma co się dziwić, że mistrzowie Polski juniorów, z możliwościami gry w PulsLidze nie chcą zostawać w drugiej lidze. Nie zyskają na tym przecież sportowo.

Mówimy o ambitnych zamiarach, tymczasem wiele mówi się ostatnio o słabej atmosferze dla sportu w mieście?

– Grałem w kilku miastach. Wydaje się, że w Radomiu nie jest z tym źle. Władze miasta czynnie angażują się w sport, konkretnie mówiąc w budowę siatkówki. Dlatego należy to promować jak najwięcej, po to by zachęcić do jeszcze większej pomocy. Jedno nie ulega wątpliwości, rezerwy ze strony miasta na pewno istnieją. Choćby w kwestii zbudowania odpowiedniej infrastruktury. Moim zdaniem, jeżeli Radom chce się promować, siatkówka jest do tego idealnym nośnikiem.

Mówimy o teraźniejszości. Zakończymy jednak wspomnieniami. Robert Prygiel ma 17 lat?

– Ma 17 lat i jedzie na pierwszy obóz do Kir. Trenerem Czarnych jest Jacek Skrok. Mam pierwszy kontakt z idolami. Zawodników typu: Skrok, Skorupa, Fijałkowski, Kotala, Słomka dotychczas mogłem oglądać na meczach, zbierałem autografy. Tymczasem jadę z nimi na obóz, co więcej okazują się normalnymi ludźmi, fajnymi chłopakami, którzy bardzo szybko w sumie mnie zaakceptowali. Oczywiście znając hierarchię, jak wszyscy w tamtych czasach zaczynaliśmy od noszenia piłek. Było to coś naturalnego. Mogłem jednak też nauczyć się – oczywiście w formie żartów – jak … "przechytrzyć trenera". Orientujący się w terenie starsi zawodnicy dużo wcześniej opracowywali plan awaryjny, jak wejść na określony szczyt, tak żeby się jak najmniej namęczyć.

Nie było to jeszcze zasadnicze wejście do zespołu?

– Oczywiście. W sezonie może byłem raz, czy dwa na ławce rezerwowych. W kolejnym było już lepiej. W Radomiu zjawił się Walery Jarużny i dopiero wówczas zadebiutowałem w ekstraklasie. Oczywiście też nie było to wielkie granie. Na dobre miejsce wywalczyłem w następnym sezonie. I nie ma co ukrywać, pomogła mi w tym kontuzja Darka Grobelnego. Wskoczyłem do "szóstki" i grałem na tyle dobrze, że mogłem czuć się pełnoprawnym członkiem trzeciej drużyny kraju. Oczywiście, poprzedni brązowy medal też mam w domu, ale poza uczestnictwem na rozgrzewkach za dużo do niego nie wniosłem. Z tego tymczasem miałem ogromną radość. Czułem, że w sukcesie mam swoją cegiełkę. Dla chłopaka, który do niedawna wyniki Czarnych śledził na telegazecie, w radio, czy poniedziałkowej prasie był to ogromny szok. Na marginesie, dzisiaj wspominam to z uśmiechem na ustach, ale wówczas mając na boisku takiego motywatora jakim był Andrzej Skorupa, strasznie to przeżywałem. Człowiek mając go obok zawsze starał się dwa razy wyżej skakać, dwa razy silniej atakować. Nie było wyjścia, jeżeli Andrzej wyczuł, że ktoś gra na pół gwizdka, dostawał taki opieprz jakiego od rodziców przez cały rok nie zaznał. Była to doskonała szkoła życia, która pozwoliła umocnić mój charakter, co okazało się bardzo pomocne w późniejszej przygodzie siatkarskiej…

* Rozmawiał Sławomir Monik (SportRadom.pl)

źródło: SportRadom.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
II liga mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2011-07-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved