Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > II liga mężczyzn > Grzegorz Silczuk: Apokalipsa trzęsienia ziemi w Japonii i tsunami

Grzegorz Silczuk: Apokalipsa trzęsienia ziemi w Japonii i tsunami

fot. archiwum

Być może w najbliższy weekend rozstrzygną się losy mistrzostwa gr. 4 II ligi mężczyzn. - Można powiedzieć, że teraz to Wisłok ma "zgryz", bo jest 1:1, a w Strzyżowie to na nich kibice będą wywierali presję - mówi Grzegorz Silczuk, trener krakowskiej Wandy.

Po przegranej w sobotę, w niedzielnym meczu zagraliście znacznie lepiej i odnieśliście pewne zwycięstwo. Czy jest pan zadowolony z tego meczu?

Grzegorz Silczuk:Nie jesteśmy zadowoleni. Gdyby zapytała pani czy jestem zadowolony z pierwszego seta (wygrany do 9 – przyp red.), to odpowiedziałbym, że tak, jak najbardziej. Od A do Z zrealizowaliśmy to, co zakładaliśmy sobie przed pierwszym, jak i przed drugim meczem. Wychodziła nam większość tych rzeczy, które sobie zaplanowaliśmy. Przeciwnik nie spodziewał się, że tak zagramy, tak skutecznie i tak dobrze. Natomiast potem? To jest dziwny przeciwnik (Wisłok Strzyżów – przyp. red), któremu cały czas trzeba trzymać nóż na gardle, bo jak się go popuści, to zaraz się wywinie. Specyficzna i bardzo dobra gra rozgrywającego, Marka Wilka, nie pozwala na jakiekolwiek odstępstwo od taktyki, bo każde jest natychmiast karane. Stąd ta nerwowość.

Z czego zatem wynika sobotnia porażka?



Ten mecz to apokalipsa trzęsienia ziemi w Japonii i tsunami. Jest nas 15-16 osób w całym zespole i nie doszukałem się żadnego pozytywu. Wszyscy mieliśmy wielki ból gardła. Cokolwiek byśmy nie zrobili, to wszystko było źle. Obojętnie czy zaryzykowalibyśmy atakiem, przeciwnik znalazłby na nas receptę. Nawet jeśli nasz rozgrywający wystawił piłkę na pojedynczym bloku, zawsze trafiły się czyjeś łapki, które nas zablokowały. Sport uczy pokory, jeżeli nie wiesz, że możesz przegrać, przeciwnik ci momentalnie to pokaże i tak było w tym meczu. Przygotowani byliśmy na bardzo ciężki bój ze Strzyżowem, bo to zespół, który się bawi i zaczyna rozdawać karty w naszej grupie. Odprawił Radom, Skarżysko i Karpaty Krosno, drużyny, które od początku było wiadomo, że będą chciały grać w play-off. To były zespoły, które może nie były murowanymi faworytami, ale było wiadomo, że to oni i my będziemy walczyć o awans, a tymczasem Strzyżów rozdaje karty, ogrywa kogo chce. Ostatnio szybciutko odesłał do domu zespół z Kęt. Nam nie pozostaje nic innego jak jechać do tej jaskini lwa. To bardzo trudny teren, bo całe miasto się na mecze schodzi. W sobotę przyjechali kibice ze Strzyżowa i ja do godziny 12-1 nie mogłem spać, bo tak mi huczało w uszach. To, co robią, to dobra metoda, bo nie jesteśmy sobie w stanie przypominać wskazówek, ustawień. Zadaniem trenera jest przypominanie tego w trakcie meczu, a było tak, że nie słyszałem siebie, gardło mnie bolało od krzyczenia, a nikt z boiska mnie nie słyszał. W niedzielę pokazaliśmy, że nadal jesteśmy w grze, że jesteśmy mocni, stać nas na to, żeby w Strzyżowie ugrać chociażby ten jeden mecz, a może i nawet dwa.

Ciąży na was spora presja. Czy to nie przeszkodzi w decydujących momentach?

Ta presja jest na nas od pierwszego meczu i dajemy jej radę, nie boimy się jej. Mamy przecież zawodników, którzy mają za sobą występy w najwyższej lidze, niektórzy nawet tak nisko nie schodzili w swojej karierze. Presja jest i nie ma zawodnika, który powiedziałby, że jest inaczej, ale nawet aktorzy z trzydziestoletnim doświadczeniem przed występem mają tremę. Taka prawda. Kibice są za nami, chcieliby, żebyśmy tylko wygrywali. Też byśmy tego chcieli, ale czasami jest tak, że nie wychodzi.

Co się stało z drużyną pomiędzy pierwszym a drugim meczem? W sobotę zawodnicy wyglądali na zagubionych, niepewnych, a w niedzielę wyszli na boisko zupełnie odmienieni.

I w pierwszym, i w drugim meczu to byli ci sami zawodnicy, ale w sobotę, po wygraniu pierwszego seta i po prowadzeniu w drugim, kiedy mieliśmy piłkę setową, wszyscy myśleli, że Strzyżów jest już w szatni, już chce się kąpać, sędziowie nas skrzywdzili nie odgwizdując nam po ataku boiska. W niedziele natomiast nie mieliśmy nic do stracenia, wręcz do zyskania. Kraków czeka na siatkówkę na najwyższym poziomie. Nie są to szkolniaki, których trzeba karcić, raczej spokojnie wytłumaczyć i przypomnieć cele, o jakie gramy. Strzyżów to drużyna, która wymaga pilnowania taktyki, to ekipa, która w miarę dobrze przyjmuje, dobrze atakuje, nieźle radzi sobie w obronie, a później gra szybkie kontrataki. Takie piłki trzeba umiejętnie blokować. Jeżeli chociaż na moment się popuści tej taktyce w bloku, to skutek jest taki, jaki był w w pierwszym meczu. To spotkanie nie było takie złe, bo w statystykach wyglądaliśmy identycznie. W czwartym secie przyjmowali lepiej od nas, ale to było pokłosie tego, że popełnialiśmy strasznie dużo błędów. W całym czterosetowym spotkaniu popełniliśmy ich 42, Strzyżów 20. Jeszcze nie spotkałem się z takim zespołem, który byłby w stanie zwyciężyć przy takiej ich ilości. Mimo wszystko i tak mogliśmy ten mecz wygrać. Nasza gra w tym meczu to było takie tsunami jak w Japonii mocno przygotowanej na trzęsienia, kraj bardzo dobrze rozwinięty. My tak samo, bardzo dobrze gramy w siatkówkę, wszystko jest podporządkowane awansowi, aż nagle zalał nas Wisłok ze Strzyżowa.

Cel po pierwszych meczach finału jest ten sam – awans do I ligi?

Oczywiście, wszystko temu podporządkowujemy. Nie ukrywam, że mnóstwo ludzi nam sprzyja w tym, żeby ta siatkówka w Krakowie była. UEK pokazał, że można, a my chcemy do nich dołączyć. Takie miasto z tradycjami musi mieć siatkówkę na najwyższym poziomie.

W Krakowie jest już jednak sporo drużyn w najwyższych klasach rozgrywkowych: dwie drużyny piłkarskie, koszykarki, hokej. Jest miejsce jeszcze na siatkówkę?

Nie łączyłbym tutaj piłki nożnej z siatkówką, bo to całkowicie inna bajka. Koszykarki Wisły to taki rodzynek krakowski, który kiedyś udało się zrobić i teraz jest pielęgnowany. Te dziewczyny grają bardzo dobrze. Kraków natomiast nie toleruje minimalizmu. Albo się jest dobrym i wtedy ludzie przychodzą, chcą oglądać i znajdą się środki, albo będzie się średniakiem, a w takim mieście jak Kraków średniakiem być nie można. Tak już jest w sporcie. W zeszły weekend żegnaliśmy naszego wspaniałego skoczka Adama Małysza, a jeszcze rok temu z wielu ust, w tym moich, w jego stronę padały takie słowa, za które teraz przepraszam i nawet nie chciałbym ich powtarzać. Tak samo jest z nami. Jeśli pojedziemy do Strzyżowa i nasza walka zakończy się sukcesem, to o tym pierwszym meczu zapomnimy i nie będziemy o nim myśleć. A kiedyś, w przyszłości siądziemy, będziemy go wspominać z uśmiechem. Teraz trzeba cały czas walczyć i jechać do Strzyżowa z podniesioną głową. Najważniejsze, że ten pierwszy set pokazał, że jesteśmy w stanie ich ograć, a oni nawet nie wiedzą dlaczego. Teraz trzeba usiąść, spokojnie to przeanalizować. Można powiedzieć, że teraz to Strzyżów ma "zgryz", bo jest 1:1, a na ich terenie kibice będą na nich wywierali presję.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
II liga mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2011-04-01

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved