Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Mariusz Grabczak: Cele były dużo wyższe

Mariusz Grabczak: Cele były dużo wyższe

fot. archiwum

Mariusz Grabczak wiceprezes wieluńskiego klubu podsumowuje pierwszą rundę rozgrywek PlusLigi w wykonaniu swoich zawodników - Chcieliśmy grać w pierwszej szóstce, ale to nie były słowa rzucane na wiatr - dodaje.

Jak Zarząd ocenia pierwszą rundę rozgrywek. Zespół miał walczyć w pierwszej szóstce Plus Ligi, tymczasem bije się o utrzymanie.

Mariusz Grabczak: – Na początku sezonu stawia się wysokie cele. Wykonana praca, przygotowanie budżetu, zakontraktowanie zawodników i teoretyczne wzmocnienia, powodują, że oczekiwania są wyższe niż rok wcześniej, tak też było u nas. Chcieliśmy grać w pierwszej szóstce, ale to nie były słowa rzucane na wiatr. Mieliśmy nowego trenera, jego opinię i informację, że z zespołem z tym potencjałem będzie można walczyć o takie miejsce w tabeli. Tego się trzymaliśmy. Dzisiaj możemy powiedzieć, że oczekiwania były trochę za wysokie, ale trudno, będziemy walczyć dalej.

Czy nowi zawodnicy okazali się wzmocnieniem?



– Przyjmując, że zeszłoroczny zespół pozostałby w tej lidze w tym roku, prawdopodobnie bylibyśmy na końcu tabeli, bo liga ogromnie się wzmocniła. Przy tym systemie gry, gdy nawet Jastrzębski Węgiel gra w "czwórce o utrzymanie", byłoby bardzo trudno z tamtą grupą zawodników dzisiaj punktować. Myślę więc, że są to wzmocnienia, może nie do końca takie, jakbyśmy chcieli, ale pamiętajmy że głównym wykładnikiem są możliwości finansowe klubu. Zespół gra nierówno, jak złapie pewien rytm jest dobrym zespołem, który może wygrać z każdym i udowodnił to w meczu z Rzeszowem, Bydgoszczą i Bełchatowem w pierwszej fazie rozgrywek, a potem jeszcze z Jastrzębiem. Zatem to nie tak, że możemy się tylko krytykować. Problem leży po innej stronie. Kiedy budujemy coś na dłużej, a nie na rok, i kiedy nie ma presji, że wynik jest bardzo ważny w pierwszym sezonie, można robić stopniowe budowanie drużyny. Pozostawiamy więc pewną grupę zawodników, która jest siłą klubu, dobieramy następnych i tak powinno to wyglądać, powinna być taka ewolucja. Dziś jednak trudno oceniać zmiany jednoznacznie. Poczekajmy do końca sezonu, potem się spotkamy i będziemy o tym mówić.

A jak Zarząd ocenia nowy system rozgrywek?

– W czerwcu, kiedy były pierwsze rozmowy nad tym systemem, od razu byliśmy na tak. Trzeba było zmienić coś w lidze, bo siatkówka medialnie też musi się rozwijać. Trudno mi mówić z punktu widzenia zawodników, bo gdy zawodnik gra w lidze, w pucharze europejskim i jeszcze w reprezentacji kraju to stanowić to może dla niego pewne obciążenie. Ale patrzmy też przez pryzmat tego, że to są zawodowcy. To są ludzie, którzy zarabiają ogromne pieniądze. Ktoś, kto podpisuje kontrakt w zawodowym klubie, musi być świadom, że nie zawsze będzie łatwo. Przyjmuje kontrakt i zarabia pieniądze albo nie – to oczywiste. Uważam, że zawsze można odejść, nawet będąc już zakontraktowanym zawodnikiem, trenerem czy człowiekiem z szerokiego sztabu trenerskiego. Nikt nikogo nie trzyma na siłę. Poza tym początek tegorocznej ligi był bardzo ciekawym okresem, były mecze środa-sobota i wiele niespodzianek. Teraz mamy taki troszkę marazm, bo to jeszcze nie do końca jest idealnie poukładane – mówię tu o systemie tegorocznych rozgrywek. Ale dajmy sobie zawsze szansę, żeby to korygować. Takie zmiany systemu są konieczne. Nie stójmy w miejscu.

Nawiązując do początku rozgrywek, jaka była ocena pracy trenera Dariusza Marszałka? Rozstaliście się z nim jeszcze w trakcie pierwszej rundy rozgrywek. Nie byliście zadowoleni ze współpracy?

– Trener Marszałek miał ciekawą filozofię przygotowania drużyny do sezonu i do dalszej gry. Zbyt długi był jednak czas, kiedy był z dala od polskiej ligi w sensie kontaktu z potężną siłą tej ligi i z mentalnością Polaków i zawodników tutaj grających. To widać na przykładzie naszego zespołu i tych zawodników, którzy przyszli do nas, którzy potrzebują czasu może jednego sezonu, może paru miesięcy na oswojenie się z Plus Ligą (poznanie nowych hal, oswojenie się z rewelacyjnymi kibicami i całą to machiną jaką jest Plus Liga). Na pewno ma pomysł i wiedzę na temat prowadzenia drużyny. Być może to by się sprawdziło, ale gorzej wypadł kontakt trenera z tym, co się tutaj dzieje, jak wygląda mentalnie każdy zawodnik i potem wszyscy jako grupa. Wiemy, że próbował. Może gdyby to był człowiek z nazwiskiem pokroju Lorenzo Bernardiego, to zespół by się podporządkowywał. Nie do końca się tak stało. Ale myślę, że na ostateczną ocenę przyjdzie czas na koniec sezonu. Wtedy będziemy mieli całość tego, co zrobiliśmy w tym roku. I na pewno będziemy rozliczać samych siebie i tych, którzy byli odpowiedzialni za to, co drużyna miała osiągnąć.

Po zwolnieniu trenera Marszałka szansę prowadzenia drużyny daliście ówczesnemu drugiemu trenerowi Shuichi Mizuno. To dobry wybór?

– Wiemy, że nie był to zły wybór. A wynik w tabeli na koniec sezonu oceni, czy to była dobra droga. Przypomnę, że nie było proste w tym momencie znaleźć kogoś na stanowiska trenera, czy to z Polski czy zza granicy. Wszystkie te rozmowy, czy to na stanowiska trenera, czy to z zawodnikami, to są rozmowy o pieniądzach. To są ogromne kontrakty. Bardzo trudno w środku sezonu, mając budżet na trenera taki, jaki mieliśmy, znaleźć środki, żeby zapłacić na przykład szkoleniowcowi z dużym doświadczeniem i z nazwiskiem. To, co mówię, to może taka "obrona Częstochowy", ale… nie jest to proste. Mając zamknięty budżet i pewne kłopoty z płatnościami i kiedy gonią nas terminy, to też się gdzieś rozchwiewa – nie zawsze idzie w parze – dokładając do tego poważną decyzję o zmianie trenera, to każde niepewne posunięcia byłyby krótkowzroczne. A myślę, że Shuichi to był dobry wybór. Zespół bardzo chętnie zaczął z nim pracować i bardzo dobrze tę decyzję przyjął. Zaczęliśmy lepiej grać, zauważać pewne swoje błędy i problemy, które były na początku. Ale ocenimy go na koniec sezonu. Zobaczymy, co wtedy będzie i gdzie skończymy. Dzisiaj możemy powiedzieć, że w tym zawirowaniu, jakie nam się przydarzyło, to chyba był dobry ruch.

Wybraliście Japończyka z niewielkim doświadczeniem. To chyba dla niego szansa pokazania się?

– O to trzeba trenera Mizuno zapytać. Dla nas to jakaś egzotyka. Pierwszy japoński trener w historii PlusLigi w Polsce. Jakaś nowa myśl. Na pewno zbiera tutaj doświadczenie. Ta liga jest bardzo mocna i naprawdę trzeba być „fajterem", żeby sobie poradzić w okresie całego sezonu. Myślę, że ten człowiek zaaklimatyzował się w Polsce bardzo dobrze. Ma szansę promocji, to jest na pewno dla niego ogromne ważne. Zresztą, z tego co mówi, w Japonii jest trudno, tam jest hierarchizacja, trzeba osiągnąć pewien wiek, żeby wchodzić na wyższe szczeble kariery trenerskiej. W Europie jest troszeczkę inaczej. Jeżeli osiągasz sukcesy i pokazujesz, że robisz coś dobrze, wtedy ten awans jest dużo szybszy.

Niektórzy eksperci ganią wieluński klub, że zwolnił Damiana Dacewicza.

– No tak, były takie ogólnikowe wypowiedzi. A my od samego początku pracowaliśmy z Damianem i wiemy dobrze, jak ciężko się to wszystko budowało. Myślę, że po tych kilku latach wspólnej pracy, gdyby nas posadzić przy jednym stole i zapytać, czy to jest sukces, każdy z nas powiedziałby, że tak. Opinia zewnętrzna, niesłuchająca ani jednej ani drugiej strony, zawsze będzie wypaczona. Te wszystkie wywody, czy powinniśmy jeszcze pracować z nim jeden sezon czy nie… Taką po prostu podjęliśmy decyzję, że chcemy zmiany, chcemy iść inną drogą. Trzy lata pracy z jednym trenerem wprowadza pewne przyzwyczajenia. Potrzebny był powiew świeżego powietrza. Oczywiście, ktoś powie, że trener Marszałek to nie do końca było to, czego oczekiwaliśmy, ale ocenia się łatwo po fakcie. Już nikt nie pamięta, jak było w końcówce ostatniego sezonu, bo patrzymy z perspektywy wyników, które są dzisiaj i oceny pracy trenera Marszałka czy Mizuno. I wzdychamy, że wcześniej było tak dobrze. A wcale nie było, bo też były wahnięcia i różne trudności. Mimo wszystko podkreślam, że praca z trenerem Dacewiczem dla klubu w Wieluniu to ogromny sukces i mówię to z pełną świadomością. To samo, myślę, powiedziałby Damian Dacewicz, że w Wieluniu dostał naprawdę ogromną szansę i ją wykorzystał. To jest bardzo otwarty człowiek, chcący się wiele uczyć, bardzo kreatywny i uważam, że praca z naszym klubem na początku jego drogi trenerskiej dała mu wiele satysfakcji, doświadczenia.

Po konflikcie Marcina Lubiejewskiego z drużyną i Zarządem klub postanowił się z nim rozstać. Na jego miejsce przyszedł doświadczony Radosław Rybak. Trafiona decyzja?

– Trudno to oceniać. Tamten konflikt to przypadek. Za takie zachowania nie ma opcji, żeby nie ukarać. Decyzja była, jaka była. Marcin zrobił bardzo dużo dobrego dla klubu. Awansował z drużyną do Plus Ligi. Utrzymał drużynę w Plus Lidze. Grał, był oddany. Zarabiał również pieniądze. Ale kiedy zawodnik zaczyna się odnosić do oceny transferów pozostałych zawodników, do jakości ich gry i bezpośrednio kieruje do nich uwagi, to nie ma prawa mieć miejsca. Jeżeli – to tak jak powiedziałem wcześniej – jesteś zawodowcem, podpisujesz kontrakt, wiesz kto z tobą i z kim ty będziesz pracował – to albo przyjmujesz ten stan rzeczy i pracujesz, albo rezygnujesz i nie podpisujesz. Nie możesz po pięćdziesięciu dniach mówić, że ten jest zły, tamten zły i nie wiem, co teraz będzie. Zawodnik złamał tym podstawowy regulamin i zasady funkcjonowania w grupie.

A co z Radosławem Rybakiem? Znów wracam do tego samego.

– Środki finansowe, jakie przeznaczyliśmy na jego zakontraktowanie są bardzo zbliżone do tych wydawanych na Marcina Lubiejewskiego. Były oferty zawodników droższych. Nie było tyle pieniędzy. Można by się postawić, kupić, płacić trzy miesiące a potem "chować głowę w piasek" i mówić, że jakoś to będzie, może w przyszłym roku zapłacimy. Taką drogą nie poszliśmy. A myślę, że Radek się obronił, początek był trudny, brak było przygotowania siłowego, ale on szybko to nadrobił. To taka stara dawna dobra "gwardia". Bardzo liczymy, że w tych najważniejszych meczach, które są przed nami, to będzie to „coś"… Tym bardziej, że mamy troszeczkę słabszą formę drugiego atakującego, i, gdyby nie tamta decyzja, mielibyśmy teraz duży problem.

Z którym zespołem chcielibyście grać o bezpośrednie uniknięcie spadku z ekstraklasy?

– Kiedy wygrywamy, chcielibyśmy grać z tymi, z którymi wygraliśmy. Kiedy przegrywamy, nie chcemy grać z tymi, z którymi przegraliśmy. To takie normalne luźne dywagacje, żarty, ten czy tamten, lepszy-gorszy. Potencjałem sportowym w naszej czwórce bryluje Jastrzębie. To jest zespół, który kosztuje dużo pieniędzy. To są zawodnicy bardzo dobrzy, doświadczeni, ograni w wielu klubach europejskich. Wszystko to stanowi siłę zespołu plus fakt, że dzisiaj jest tam trener Bernardi. Ten mechanizm zaczyna już powolutku działać. Jastrzębie potencjalnie jest chyba w czwórce najsilniejsze. Liga pokazała, że i my jedziemy do Jastrzębia, gramy na zupełnym luzie i wygrywamy z nimi. Może się zdarzyć tak ponownie. Fart Kielce – ogrywamy go czterokrotnie, a potem oni przyjeżdżają do Wielunia i nie mamy na nich pomysłu, albo umiejętności konsekwentnego realizowania planu. Olsztyn też nie leży naszemu klubowi. Więc teoretycznie nie powinniśmy z nikim grać? To nonsens. Prywatnie chciałbym, żebyśmy zagrali z Jastrzębiem. To jest moja taka opcja od początku, kiedy się klarowała ta ostatnia czwórka. Mimo tego, ze dzisiaj pokazują swoją wielkość. Jak spaść to z wysokiego konia. A tak na poważnie to grajmy z najmocniejszym, wygrajmy tą rywalizacje bo to przecież aktualny wicemistrz Polski i zeszłoroczny zdobywca Pucharu Polski, uczestnik tegorocznego finału Ligi Mistrzów, gra o awans i sukces w walce o pozostanie w Plus Lidze z taką marką smakuje podwójnie, trzymam się Jastrzębia.

Co z trenerem Mizuno, w razie gdyby Siatkarz pozostał w lidze?

– Podczas transmisji z naszego meczu z Warszawy krytykowano nas tam delikatnie za decyzje związane z trenerem Dacewiczem. Mówiono dla przeciwwagi, że trener Radosław Panas dostał drugą szansę w Warszawie, żeby trenować tam drużynę. Podobnie powinniśmy oceniać też to, co my mamy. Wszedł do drużyny Shuichi Mizuno, młody ambitny trener z dobrym warsztatem. Przyszedł z wiedzą Tomek Wasilkowski. I powinniśmy im dać szansę. To tak, jak zatrudnialiśmy Damiana Dacewicza, który potem utrzymał z nami drugą ligę, wszedł z drużyną z pierwszej ligi do ekstraklasy i szliśmy dalej do przodu. I uważam, że teraz ta dwójka trenerów powinna z nami zostać. Chyba, że nagle pojawi się naprawdę znane nazwisko i trener chętny do pracy w Wieluniu. Na pewno wolelibyśmy, żeby trenerzy byli ostatnim ogniwem do zmian.

Czy myślicie już o następnym sezonie? O wzmocnieniach zespołu? Którzy z zawodnicy zostaną w Wieluniu na następny sezon?

– Myślimy o tym, ale dzisiaj nie będę mówił o personaliach, bo to tak jakbym już rozdawał karty „kto, co i jak i gdzie". Wszyscy zawodnicy mają kontrakty jednoroczne, więc każdy może zrobić ze swoim przyszłym sezonem, co chce. Każdy z nich wie jaki jest, jak gra, jakie ma statystyki i oceny i wie, że przyjdzie moment, w którym albo dostanie kontrakt albo nie. Na pewno chcemy, żeby w Wieluniu zostało jak najwięcej dobrych zawodników z tej grupy, którą mamy. Czas pokaże, kto to będzie.

Autor wywiadu: Łukasz Teodorczyk

 

źródło: siatkarz.eu

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2011-03-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved