Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > historia siatkówki > Małgorzata Gotowiec: Krzysiu… Wielu o Tobie nie zapomni

Małgorzata Gotowiec: Krzysiu… Wielu o Tobie nie zapomni

fot. archiwum

Wczoraj na warszawskiej Wólce Węglowej pożegnano Krzysztofa Kowalczyka. Człowieka, który ukochanej siatkówce poświęcił całego siebie. Trenera, szefa banku informacji naszej reprezentacji, ojca polskiej myśli statystycznej w tej dziedzinie sportu.

Krzysztof…, kto go znał choć w minimalnym stopniu, z pewnością nie zostanie obojętnym na fakt, że tego człowieka już nie ma między nami i nie powiem niczego odkrywczego, że nie będzie łatwo z tym się pogodzić, bo takiego drugiego… po prostu nie ma. Wspaniały kolega, potrafiący słuchać innych, jeśli ktoś go prosił o pomoc, nigdy nie pozostał na to obojętnym, zawsze szukał pozytywów, widział i chciał widzieć tylko te dobre strony nawet w sytuacjach bez wyjścia. Nigdy nie uwikłany w brudne afery, całe dorosłe życie poświęcił swojej pasji, jaką była siatkówka.

Jak żywy mam obraz sprzed roku, kiedy po jednym z ostatnich jego treningów z ukochaną Politechniką, na którym byłam, mając umówiony wywiad z Rafałem Buszkiem – Krzyś po zajęciach uśmiechnięty jak zawsze, wyglądający jakby nie miał żadnych trosk zaproponował, że nas podrzuci gdzieś w pobliże domu. Rafał wysiadł w pobliżu Łazienek Królewskich, a my, że od lat jesteśmy… tak … byliśmy sąsiadami na naszym kochanym, zielonym Żoliborzu pojechaliśmy dalej. – Wiesz, robiłem ostatnio badania i mam nowotwór trzustki, ale czuję się bardzo dobrze, idę do szpitala, ale jestem pełen optymizmu, musi być dobrze – powiedział Krzysztof. …Zapadła cisza, nie wiedziałam co powiedzieć, wiadomo, że trzustka to jeden z najgorszych nowotworów, zbiera żniwo okrutne i nadzieja na pokonanie go jest minimalna. Rozmawialiśmy dalej, ale czuło się w powietrzu jakieś napięcie, niepokój i lęk. Rak to nie zwykłe przeziębienie, niestety. Gdy na ulicy Gdańskiej wysiadłam czułam się jakby mnie ktoś uderzył czymś mocnym w głowę, kroki skierowałam do żoliborskiego kościółka księży Marianów na Górce, byłam w nim sama, a myśli biegały bardzo niespokojne.

Siatkówce oddał się bez reszty. Znałam go ponad dziesięć lat, on wtedy pracował na Akademii Wychowania Fizycznego, ja trenowałam lekkoatletykę na tej uczelni, a potem już był czas pracy zawodowej. Krzyś robił statystyki dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej, ja zaczęłam pisać o siatkówce, cały czas nasze drogi się splatały. Mieszkał z rodziną na terenie AWF, potem przeniósł się do swojego mieszkania, ale cały czas na Żoliborzu. Rozpoczął wyjazdy z reprezentacją Polski siatkarzy jako pierwszy statystyk, a potem był także przez chwilę drugim trenerem, były to czasy igrzysk olimpijskich w Atenach, gdzie nasi chłopcy zajęli piąte miejsce. Pracy był oddany bez reszty, kiedy inni już smacznie spali, on dalej analizował grę polskiej drużyny i najbliższego rywala, aby wszystko było gotowe na poranną odprawę. Wielu swoją pasją zaraził, wielu jego uczniów statystycznego fachu pracuje teraz w najlepszych klubach.



Ostatnie 12 miesięcy było takim pasmem wyczekiwania, nadziei, że walka zostanie wygrana. Nigdy w żadnej z rozmów telefonicznych, Krzysiek na nic się nie uskarżał, był bardzo dzielny, nie poddawał się dokąd to było możliwe, słabł mu tylko głos, był coraz mniej energiczny, minął rok, a Krzysia nie ma już między nami. W ostatnim czasie już nie odbierał telefonów, jego numer milczał, wysyłałyśmy tylko z siostrą smsy. Jestem wdzięczna losowi, że tak wspaniałego człowieka postawił na mojej drodze, spotkań, rozmów, meczów w kraju i za granicą, które razem przez te lata przeżywaliśmy nie zapomnę nigdy, na zawsze pozostaną w sercu i pamięci.

Krzysiek zawsze mówił – Dobry dobrego zawsze odnajdzie. Tylko tych dobrych coraz mniej na tym świecie pozostaje. Widać niebiosa u siebie potrzebują dobrych ludzi, a tym złym dają szansę naprawienia błędów. Zostawił ukochaną żonę i świetnych dwóch chłopaków – jakby mogli być inni, wychowywał ich prawy i wspaniały pod każdym względem człowiek. Nie chcę się powtarzać, ale wiem, że będzie go nam brakowało… żegnaj Krzysiu, swoją osobą i tym co zostawiłeś po sobie sprawiłeś, że wielu o Tobie nie zapomni.

* Małgorzata Gotowiec – dziennikarz katowickiego Sportu


Trudno cokolwiek dodać do tego, co napisała Małgosia. Co prawda znałem go o wiele krócej, ale zapamiętam go jako wspaniałego, ciepłego człowieka, który nigdy nie był obojętny na problemy drugiej osoby. Człowieka, który własne dobro przedkładał na dobro innych, mającego wiecznie czas dla wszystkich zawodników, działaczy, dziennikarzy. W końcu zapamiętam go jako wiecznie uśmiechniętego trenera, zajadającego herbatniki w swoim pokoiku na ursynowskiej Hali Arena. Trenera, który z garstki przez nikogo niechcianych chłopaków uczynił zespół będący postrachem najlepszych w lidze. Był przyjacielem tej drużyny…

13 stycznia 2009 roku, kilka dni po historycznym zwycięstwie Politechniki Warszawskiej nad zespołem z Jastrzębia… Ta data wciąż tkwi w mojej pamięci. Wieczorem, gdy przyjechałem na wywiad na Pileckiego, chłopcy trenowali jak zawsze, ale już po chwili dało się zauważyć, że coś jest nie tak. Minorowe nastroje siatkarzy, na sali kilka ekip telewizyjnych rozchwytujących Krzyśka. Był to ostatni jego trening z „Inżynierami" Na górze w jego pokoju dowiedziałem co się stało… – Lekarze mówią, że to nowotwór, ale ja w to nie wierzę. Jutro idę do szpitala, a w czwartek, piątek mam mieć zabieg – mówił lekko przygaszony, ale nadal uśmiechnięty. Nie wiedziałem co powiedzieć, jak się zachować, a On jeszcze mnie pocieszał… – Nie martw się, za dwa, góra trzy tygodniem wracam do pracy – wówczas dodał.

Biopsja wykazała, że jego stan jest poważny, ale i tak był zawsze z zespołem. Podczas meczów śledził poczynania swoich siatkarzy z perspektywy szpitalnego łóżka. Najpierw za pomocą smsów, akcja po akcji, niecierpliwiąc się gdy przerwa pomiędzy nimi była większa niż trzy minuty, później, gdy miał więcej sił poprzez Internet. Pamiętam jak po meczu z ZAKSĄ, w którym Krzyśka zastępował Robert Strzałkowski, wysłał chłopakom smsa – „Trener jest z Was dumny!"

Latem wydawać się mogło, że trener Politechniki wygrał z chorobą. – Nie mówmy już o niej – mówił, gdy odwiedziliśmy go z Robertem Strzałkowskim w domu. – Co tam panowie w siatkówce – pytał uśmiechając się jak dawniej, snuł plany transferowe na przyszły sezon. Opowiadał o swoich planach zmodernizowania Q Volleya 3000, który zrewolucjonizowałby siatkarskie statystyki na kilkadziesiąt lat. Był żywy, radosny, jak zawsze pełen energii, nic nie zapowiadało, że „to coś" wróci. I wróciło…

Krzysztof powtarzał zawodnikom – Można z nami wygrać, ale nie można nas pokonać. Po roku walki choroba z nim wygrała… Ale nie pokonała, bo w sercach wielu przyjaciół, kolegów, kibiców pozostanie zapamiętany jako niezwykle pogodny człowiek, niepoprawny optymista, genialny strateg. Wczoraj na cmentarzu żegnaliśmy go przy utworze jednego z jego ulubionych śpiewaków operowych – Andrea Bocelliego. Na trąbce odegrano „ Time to say Goodbye". Do zobaczenia Panie Trenerze…


Wiele pięknych słów napisano już i powiedziano po przedwczesnym odejściu trenera-przyjaciela. Czytam, jak ludzie przeżywali te ostatnie wydarzenia, jak osobiście wracają pamięcią przez ten miniony rok. Chciałem, więc napisać kilka zdań, nie wspominając nic o swoich odczuciach, nie wspominając o pierwszym spotkaniu i moim subiektywnym patrzeniu na trenera, ale tak się nie da. Nie da się, bo każdy, kto go poznał, pamięta to pierwsze spotkanie i kolejne. Nie da się, bo Krzysztof Kowalczyk, mimo że widziało się go pierwszy raz w życiu, sprawiał wrażenie starego dobrego znajomego, budował tę nić sympatii. Od wczoraj dźwięczą słowa:, Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj, bo przyjaciela straciłbyś. Ale jednak żałuję, że nie znałem go lepiej. Każdy z drużyny mógł zwracać się do niego Krzysiek, dla mnie pozostał Panem Trenerem. Ja może wyglądam tak młodo, ale mam już 40 lat na karku. Czterdziestolatek to był kiedyś serial, w którym mówiło się o człowieku w średnim wieku – powiedział kiedyś o sobie. Nie wypadało, więc mówić do niego inaczej. Wypadało za to częściej podchodzić, więcej rozmawiać i słuchać, bo partnerem do dyskusji był prawdziwy naukowiec. Tą jego ukochaną nauką była oczywiście siatkówka, o której wiedział tyle ile wie profesor, a mówił tak, jakby był kolegą z ławki. Z tej skarbnicy wiedzy dalej można korzystać. Jeżeli planował rewolucję w statystykach, to o ile to możliwe niech przyjaciele Krzysztofa spróbują zrealizować ten projekt. Byłoby pięknie gdyby powstała „sektorówka" o której marzą kibice, a może uda się pójść jeszcze krok dalej…! Panie Trenerze nie zapomnimy i nie damy zapomnieć!

* Tomasz Kowalczyk – dziennikarz Polskiego Radia

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
historia siatkówki, inne

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2010-01-19

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved