Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Rozsądny optymizm

Po bloku: Rozsądny optymizm

fot. archiwum

No i, proszę państwa, nowy rok zaczął się dla siatkówki (męskiej zwłaszcza) pod znakomitymi auspicjami: w Lidze Mistrzów trzy zwycięstwa, w rankingu najlepszych siatkarzy trzech zawodników z drużyny mistrza Polski, no, cud, miód, i ultramaryna można powiedzieć, ale...

Ale euforystyczne nastroje nie mogą tak do końca odbierać zdrowego rozsądku. Pomimo głoszonych wszem i wobec deklaracji o niewiarygodnej zaiste sile mistrza Belgii przypomnieć trzeba, że ten sportowy mocarz budowany specjalnie pod europejskie puchary ani razu (podkreślam: ani razu) nie przebił się do finałowej czwórki Ligi Mistrzów, a ostatni tryumf w pucharowych zmaganiach (zdobycie pucharu Top Teams) osiągnął ni mniej, nie więcej, tylko osiem lat temu, to jest wtedy, kiedy na parkietach hasało prawie inne siatkarskie pokolenie. Dlatego radość z sukcesu Skry może być, i powinna być, oceniana raczej przez pryzmat należytego wykonania obowiązku, niż oszałamiającego sukcesu, czyli tak, jak to uczynił pewien ziemianin wydając referencje swojej pomocy domowej: „Pracowała, bo musiała, nie kradła, bo nie mogła". Oczywiście, biorąc poprawkę na wszystkie kłopoty kadrowe mistrza Polski, których przezwyciężanie znacząco zwiększa wartość każdej kolejnej wygranej.

Przy okazji, chciałbym tutaj dać odpór coraz bardziej powszechnemu podszczypywaniu (w tym przez paru znanych komentatorów) bełchatowskiego klubu za próby zorganizowania u siebie finałowego turnieju Final Four LM, a tym samym uzyskania prawa do zagrania w nim bez konieczności przebijania się przez fazę pucharową. Imperialiści, ręce precz od Korei! Ja też bym wolał, żeby Skra uzyskała awans w sportowej walce, najlepiej w porywającym stylu, zmiatając z parkietu kolejnych przeciwników, ale uważam, że z punktu widzenia właśnie zdrowego rozsądku, logiki i perspektywicznego myślenia, którego wymagać należy od zarządów wszystkich jednostek biznesowych (klubów sportowych nie wyłączając) działania władz energetyków są posunięciem wyjątkowo mądrym, by nie powiedzieć jedynym. Jeżeli uwzględnić opóźniające się powroty na parkiet kontuzjowanych zawodników (czego żadną miarą przewidzieć się nie dało, bo zdrowie ludzkie jest z samej swej natury rzeczą nieprzewidywalną) i przemęczenie graczy kluczowych, to sukces organizacyjny w postaci uzyskani prawa do organizacji FF da rzeczy bezcenne: czas i zmniejszenie liczby gier. Czas na dojście do optymalnej formy, i ograniczenie dochodzącego do kresu wytrzymałości organizmów graczy wysiłku fizycznego. I jeżeli nawet ktoś upierdliwy będzie utrzymywał, że Skra sama sobie zrobiła pod górę, wojażując do Kataru na mistrzostwa klubowe w kategorii atakowania z drugiej linii, to odpowiem mu tak: nawet jeśli, to wyłącznie na 33%. Idiotyczne ustawienie terminarza rozgrywek ligowych i pucharowych oraz równie idiotyczny w zakresie miejsca i czasu Puchar Wielkich Mistrzów tworzą pozostałe 66%, czyli, powiedziałbym, zdecydowaną większość.

Dlatego obserwując wczoraj zażartą, ba, momentami heroiczną (nie waham się użyć tego słowa) walkę oddychających rękawami Stephane’a Antigi, Daniela Plińskiego i Bartka Kurka mówię: stop! Albo chcemy mieć polskie sukcesy w rozgrywkach pucharowych, albo nie. Jeżeli tak, to przestańmy się wykrzywiać na kogoś, kto chce zwiększyć ich prawdopodobieństwo. Bo zależy ono nie tylko od siły sportowej graczy, ale również od sprawności i mądrości działaczy, niezależnie od tego czy ich lubimy, czy nie.



Z rozsądkiem należy również podejść do sukcesów pozostałych zespołów, w tym Jastrzębia i Resovii. Wydaje się, że wygrana Jastrzębia z mistrzem Niemiec, choć cenna, jest chyba mocno spóźniona i stanowi klasyczny przypadek teorii, kiedy wygrywa się bitwy, ale przegrywa się wojny. Przecież celem każdego zespołu nie jest wygranie, choćby w najpiękniejszym stylu, jednego spotkania, ale najpierw wyjścia z grupy, a potem pójście tak daleko jak to jest możliwe. A Jastrzębie zdecydowanie spaliło start, przegrywając (za łatwo) z Panathinaikosem, który, w mojej ocenie, był na tym etapie rozgrywek w jego zasięgu. Wiadomo, że grupa, do której trafił górniczy klub jest grupą bardzo silną, ale wygrana z Grekami u siebie dawałaby jakie – takie szanse końcowego sukcesu. Teraz, mimo mojego całego patriotyzmu, szanse nań oceniam jako mocno iluzoryczne.

Resovia, hm… Resovia stanowi bardzo miłe zaskoczenie, choć chyba jednak wynika ono tylko z fatalnej postawy rzeszowian w pierwszych meczach ligowych. Przecież skład tej drużyny oraz obecność na trenerskiej ławce Lujbo Travicy, starego fachmana, który oprócz pięknej karty zawodnika i trenera zasłynął tym, że umiał okiełznać braci Grbić, pozwalał (biorąc oczywiście na rozsądek) spodziewać się rzeczy wcale niemałych. Podobnie więc jak w przypadku Skry osiągnięcia Resovii winno się traktować raczej jako spełnienie pokładanych uzasadnionych nadziei niż jako wnoszenie się na poziom powyżej swoich możliwości, Ale widać wyraźnie, że zespól jest na krzywej wznoszącej i może w dalszej części rozgrywek istotnie dostarczyć nam wielu przyjemnych przeżyć. Choć mój obrzydliwy rozsądek po cichutku szepcze, czy środkowi z talii Asseco to kaliber wystarczający do przebicia pancerza kolejnych potencjalnych przeciwników i radzi, aby pełnym optymizm przesunąć na termin późniejszy. Co niniejszym czynię.

Bo choć Grecy mawiali, że kochać i jednocześnie zachować rozsądek nie jest dane nawet Jowiszowi, to przecie jednym z warunków szczęścia jest właśnie zdrowy rozsądek, jeżeli wierzyć Wolterowi.

Napisz do autora:
andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2010-01-07

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved