Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Po bloku: „Smaug z Bełchatowa”

Po bloku: „Smaug z Bełchatowa”

fot. archiwum

„Zabijam kogo zechcę, nikt nie śmie mi się sprzeciwić. Moja zbroja dorównuje twardością dziesiątkom tarcz. Moje zęby są jak miecze, szpony jak włócznie, gdy potrząsam ogonem, rozlega się grzmot, moje skrzydła wzbudzają huragan, a oddech niesie śmierć!"

Tak mówił Smaug Złoty, smok spod Samotnej Góry, który po eksterminacji krasnoludów zgromadził w swej pieczarze nieprzebrane skarby, i był niekwestionowanym panem Ereboru, panem, któremu nikt nie śmiał się sprzeciwić. Jednak zbytnia pewność siebie okazała się zgubna dla smoka: zapomniał, że jego łuskowaty i kryształowy pancerz (powstały z wbitych w smoczą skórę szlachetnych kamieni) ma lukę koło lewej łapy. I kiedy zdecydował się wypełznąć z jaskini i zaatakować miasto Dal, legł od strzały Barda Łucznika.

Przyznam się, że historia jednego z najpotężniejszych smoków Śródziemia w Trzeciej erze żywo przypomina mi historię jednego z najpotężniejszych siatkarskich klubów nad Wisłą w czasach nam współczesnych. Jakże bo: jest i samotna góra, widoczna z daleka (choć usypana przez człowieka, nie przestaje być imponująca), są i krasnoludy (zwłaszcza pod względem finansowym) które od lat usiłują przeciwstawić się dominacji bełchatowskiego smoka, i od lat są bezlitośnie bite w ligowych potyczkach, są i nagromadzone skarby w postaci medalowego srebra i złota, polskiego i katarskiego, jest wreszcie i kryształowy pancerz, utworzony z zawodniczych klejnotów i klejnocików pozbieranych w kilku renomowanych ligach. Jest nawet głos smoka, czyli prezes P., deklarujący jego absolutną dominację i siłę, która wreszcie pozwoli mu na zdobycie miasta Dal, to jest, chciałem powiedzieć, wygranie Ligi Mistrzów. Ba, nawet barwy te same….

No i, zupełnie jak w historii gnębiciela Ereboru, jak tylko bełchatowski Smaug wypuści się poza obręb swoich włości, od razu znajduje się jakiś Bard Łucznik, który wymierzoną w słaby punkt hegemona strzałą kładzie go na miejscu. I jest tylko jedna różnica: o ile Smaug został położony raz i na zawsze, o tyle jego bełchatowski odpowiednik wraca lizać rany, aby za rok znowu spróbować szczęścia.



W ubiegłym roku w charakterze pogromcy smoków wystąpiła Iskra Odincowo, w bieżącym CAI Voleibol Teruel. I powiem szczerze, że sytuacja ta zaczyna mnie denerwować. Denerwować dlatego, że nie należę do grona zazdrośników, którzy z radością witają niepowodzenia kogoś, komu powodzi się lepiej niż mnie (lub mojej drużynie). Owszem, irytuje mnie zadęcie towarzyszące poczynaniom bełchatowian (ogłaszanie zespołu dobrem narodowym, tryumfalne fetowanie tytułu klubowego wicemistrza świata i inne takie) ale było nie było Skra jest drużyną polską i chciałbym, aby również na arenie międzynarodowej osiągnęła jak największe sukcesy, godne czempionów Europy i drugiego teamu świata. Tymczasem w konfrontacji z przeciwnikami nie z własnego podwórka regularnie dopada ją niewytłumaczona niemoc. Co jest zatem grane, co jest ową luką w smoczym pancerzu, podatną na strzały nieprzyjacielskich łuczników?

Na tak postawione pytanie nie jest łatwo odpowiedzieć. Wydawało mi się, że w tym sezonie skład bełchatowskiego zespołu jest tylko ciutkę gorszy od ideału. Zaangażowanie w charakterze zmiennika Mariusza Wlazłego Jakuba Nowotnego uważam za pomysł świetny (jako zmiennik młodego lidera gra zawodnik bardzo doświadczony, o wysokiej klasie, ale z racji wieku i wynagrodzenia nie pozostający w konflikcie z tymże liderem o palmę pierwszeństwa). Eksplozja talentu Bartka Kurka nastąpiła w momencie najwłaściwszym z właściwych, skrzydłowymi wysokiej klasy można by obdzielić ze trzy zespoły, środek to dwóch żelaznych reprezentantów Polski plus doświadczony Radek Wnuk o imponujących parametrach fizycznych, libero, no, hm, Piotr Gacek ale też reprezentant …. Gdzie ta cholerna luka?

Mnie osobiście wychodzi, że najsłabszym elementem Skry jest jednak, mimo wszystko rozegranie. Widać wyraźnie, że kiedy zespołowi z Bełchatowa „siedzi" przyjęcie, wszystko jest pięknie i cacy, hulają skrzydła i atak z szóstej strefy, skuteczny jest Marcin Możdżonek i Daniel Pliński i nawet brak lub niepełna dyspozycja atakującego nie czyni specjalnej różnicy. Natomiast jeżeli przeciwnik utrudni zagrywkę (zwłaszcza flota, stanowiącego, jak się okazuje, śmiertelną broń pogromców smoków) to rozgrywający nie są w stanie zniwelować słabości przyjęcia jakością rozegrania. Nie mówię tego z jakąś tendencyjną złośliwością, ale co by się nie powiedziało, to Maciej Dobrowolski jest rozgrywającym niewątpliwie solidnym, ale średnim, ale Miguel Falasca. .. No cóż. Trzydzieści sześć lat na karku, jeden, dość przypadkowy sukces reprezentacyjny, krzywa wydolności i sprawności wyraźnie dołująca, w chwili stresu meczowego boleśnie przewidywalny i do tego niedokładny. Oczywiście, nie w każdym spotkaniu, ale jednak szala wagi spotkań dobrych i złych przechyla się zdecydowanie na korzyść tych drugich. Jeżeli Skra myśli o podbiciu Europy (i to nie tylko jednorazowym, jak tuszę), będzie chyba musiała uszczknąć coś niecoś ze swych zasobów i postarać się o kogoś nowego na tę pozycję. Kogo? O tym może innym razem.

Drugą słabością Skry, niech mi to będzie wybaczone, jest jednak chyba osoba szkoleniowca. Jacek Nawrocki, przy całym szacunku, jest jednak tylko i wyłącznie trenerem miary krajowej, bez przetarcia międzynarodowego (ani jako zawodnik, ani jako trener). Oczywiście, po roku, dwóch, trzech, takie przetarcie uzyska, bo jest i ambitny, i pracowity. Ale Skra potrzebuje sukcesu już. Już teraz. I to nie na miarę krajową. Powiem szczerze, że wypoczynkowe odpuszczenie kilku zawodnikom meczu w Lidze Mistrzów (zamiast na praktycznie nic nie znaczącym etapie rozgrywek krajowych – na przykład w meczu z osłabioną Delektą) uważam za błąd kardynalny, błąd, który oby nie miał dalszych konsekwencji. Oczywiście, odszczekam wszystko jeżeli moje wnioski okażą się nieprawdziwe, ale na razie tak uważam. I basta.

Można by jeszcze dalej: o nadmiernych obciążeniach (w tym na własne życzenie – sławetna eskapada katarska, o wysokiej podatności na kontuzje poszczególnych zawodników, o nadmiernej presji wyniku, ale na tym co powiedziałem, poprzestanę. Liczę, że hiszpańska porażka to tylko małe zadrapanie na smoczym pancerzu, i w następnych spotkaniach Skra pokaże swoje szpony jak włócznie, zęby jak miecze i oddech niosący śmierć przeciwnikom, ale nie zawadzi obejrzeć się w lustrze własnych wątpliwości. Bo tylko tak można dostrzec lukę we własnym pancerzu, lukę, której nie dostrzegł Smaug Złocisty. Dostrzec i załatać, aby nie polec po raz kolejny z rąk bliżej nieznanego łucznika.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2009-12-04

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved