Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Król Jagiełło bił Krzyżaki, i pan Kmita chce być taki”

Po bloku: „Król Jagiełło bił Krzyżaki, i pan Kmita chce być taki”

fot. archiwum

Nie ukrywam, że po ostatnim gwizdku sędziego spotkania Jastrzębskiego Węgla z tureckim Arkasem poczułem smutek, chyba podobnie jak większość polskich kibiców. Jednak okazuje się, na szczęście, że smutek nie jest udziałem wszystkich. I to tylko mnie pociesza.

Uczucie smutku jest uczuciem paskudnym, przynajmniej u mnie. Staję się opryskliwy, zły, odczuwam gwałtowną niechęć do robienia czegokolwiek – no, dopóki mi nie przejdzie to mam, a ze mną moje otoczenie, przechlapane. Dlatego przeczytany w Gazecie Wyborczej felieton pana Kmity był balsamem na moje zbolałe serce, ponieważ dowiódł niezbicie, że to, co ja uważałem za powód do smutku, jest ewidentnym powodem do radości. I to radości żywiołowej, euforystycznej, wręcz wszechogarniającej.

Okazało się bowiem, że weekend, w którym poległo Jastrzębie, był weekendem wyjątkowo miłym, jako że, według słów autora, pomimo porażki w najsłabiej obsadzonym europejskim pucharze jastrzębianie w finale zagrali naprawdę dobrze, co jest właśnie owym obligatoryjnym powodem do radości dla polskich kibiców. I to powodem kolejnym, ponieważ również innych powodów mamy w zanadrzu co niemiara. Po pierwsze, świetne występy pucharowe Skry i Częstochowy, pod drugie, stale rosnący poziom naszej ligi i po trzecie wreszcie, skłaniająca do oblizywania palców z zachwytu rywalizacja o mistrzostwo Polski w siatkówce męskiej (niewiernym Tomaszom polecam lekturę, przytoczyłem tu dosłowne sformułowania zawarte w felietonie). Słowem, precz z utyskiwaniami, czarnowidztwem, wybrzydzaniem – hasłem obowiązującym jest: siędę na konika, podkręcę wąsika, dobędę pałasza, wiwat, Polska nasza. Co skonstatowawszy, zrobiłem po lekturze felietonu to, co autor prawdopodobnie zrobił przed jego napisaniem, to jest dałem sobie w szyję. Z radości.

Dawanie sobie w szyję ma jednak to od siebie, że po początkowej radosnej euforii pojawia się refleksja, spotęgowana dodatkowo negatywnym wpływem na ogólne samopoczucie pozostającego we krwi aldehydu octowego, będącego produktem niecałkowitej przemiany spożytego uprzednio alkoholu etylowego. Pod wpływem tejże refleksji zadałem sobie pytanie, wracające niejako do początku moich rozważań, to jest czy rzeczywiście ostatnie występy pucharowe naszych zespołów jako też poziom naszej ligi mogą stanowić zarówno dla mnie, jak i dla innych polskich kibiców powód do radości. I sądzę, że jeżeli spojrzeć na problem na trzeźwo, to chyba nie do końca.



Czołowe zespoły PLS, w licytacjach niektórych specjalistów (zwłaszcza związanych z PLS bezpośrednio) aspirującej do drugiej lub trzeciej co do siły ligi świata, w konfrontacji z czołowymi zespołami innych lig (w tym o znacznie mniejszych aspiracjach) nie osiągnęły moim zdaniem znaczących sukcesów, oscylując w granicach zawierających się pomiędzy kompromitacją (Resovia) albo przyzwoitością (AZS Częstochowa). Tematu Resovii i AZS Olsztyn poruszał nie będę, każda z tych drużyn zasługuje bowiem na odrębne potraktowanie (o czym niebawem). Pozostanę więc przy trzech pozostałych zespołach. W Lidze Mistrzów obie drużyny nasze przebiły się jedynie do ćwierćfinału, ponosząc w nim bezdyskusyjne i dotkliwe porażki. I nie wiem doprawdy, na czym polegały ich znakomite występy. Jeżeli mierzyć je miarą pojedynczych spotkań, od biedy można powiedzieć, że tak było. Ale zważywszy, że jedyną miara prawdziwej znakomitości jest zwycięstwo w danej kategorii rozgrywek to przyznać trzeba, że nasi przedstawiciele odnotowali sukcesy bardzo średnie. I co ciekawe, nie sprawdziły się tutaj do końca dwie krańcowo różne koncepcje, to jest koncepcja drużyny opartej w głównej mierze na zawodnikach młodych, w większości dopiero wchodzących na siatkarski rynek, budowanej za nieduże pieniądze, oraz koncepcja drużyny opartej na uznanych gwiazdach lub przynajmniej gwiazdkach, budowanej za relatywnie bardzo duże pieniądze. Należy więc sądzić, że dla osiągnięcia prawdziwych, nie werbalnych, sukcesów niezbędna jest zmiana stosowanej strategii. Jaka? Nie wiem. Nie znając możliwości finansowych klubów, dostępności transferowej zawodników, celów stawianych przez sponsorów nie jestem w stanie podać gotowej recepty. Natomiast znalezienie takiej recepty jest niezbędne, jeżeli naprawdę chcemy zaistnieć w elicie siatkarskiej Europy. Bo na razie egzystujemy na jej obrzeżach, czego nie zmienią entuzjastyczne enuncjacje działaczy klubowych i niektórych dziennikarzy.

Jastrzębie, teoretycznie rzecz biorąc, uzyskało sportowo najwięcej, przebijając się do finału Challenge Cup. Ale ten puchar jest nie bez kozery nazywany pucharem pocieszenia, i jest traktowany mniej więcej tak jak w piłce nożnej puchar Intertoto. Uczestniczą w nim drużyny raczej średniej marki (czasami nawet bardzo średniej). Zatem od zespołu, pretendującego do odgrywania czołowych ról w czołowej lidze Europy należałoby oczekiwać czegoś więcej, niż honorowej porażki w finale z zespołem tureckim, znanym do tej pory wyłącznie specjalistom (znajomość z racji gry w tymże zespole Piotra Gruszki pomijam). I tutaj więc obiektywne dane mogące stanowić powód do głoszenia peanów na cześć siły polskiej siatkówki uznać należy za bardzo wątłe, co przyznają nawet sami zainteresowani zawodnicy, mający wiele zastrzeżeń do swojej postawy.

Pozostaje nam więc sugerowane przez pana Kmitę oblizywanie palców w oczekiwaniu na rywalizację w mistrzostwo kraju. Cóż, z tego miejsca kategorycznie rzec mogę, że czynić tego absolutnie nie zamierzam. Pomijając przyczyny estetyczne i higieniczne, po smutnych doświadczeniach z niespotykanymi emocjami, których doznałem, obserwując zmagania w finale Pucharu Polski nie nastawiam się bowiem niestety na fajerwerki. Nie nastawiam się, bo sądzę że (o ile nie nastąpi jakiś kataklizm) jedynym znakiem zapytania fazy play – off nie będzie to, kto zdobędzie mistrzostwo Polski a jedynie to, w ilu spotkaniach zdobędzie je Skra. Tak wynika ze wszystkich możliwych analiz i przemyśleń. Liga polska jest obecnie znacznie rozwarstwiona pod względem poziomu sportowego, i, moim zdaniem, nie dostarczy nam jakichkolwiek uniesień sportowych w postaci walki do ostatniej kropli krwi, niespodzianek czy nagłych zwrotów akcji w walce o laur najwyższy. A emocjonowanie się walką o trzecie lub czwarte miejsce, przy całym szacunku dla zainteresowanych, jest nieco podobne do konsumpcji jesiotra drugiej świeżości.

Tak więc nasza rzeczywistość siatkarska odbiega chyba trochę od obrazu przedstawionego nam przez pana K. I choć rozumiem jego przesłanki (jako dyrektor sportu w stacji telewizyjnej najbardziej zaangażowanej w polską siatkówkę musi promować sprzedawany przez siebie produkt, który musi stanowić jak najwyższą wartość dla klienta) to nie rozumiem przesłania. Zaprezentowany przez niego punkt widzenia nie tylko fałszuje rzeczywistość: stanowi również znakomity drogowskaz do czegoś, co nazywa się brzydko minimalizmem. Jeżeli bowiem miejsce w szóstce europejskich drużyn jest tak ogromnym sukcesem, to po cóż silić się na więcej? Może wystarczy samo wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy najlepsi? Że we własnym przekonaniu bijemy wszystkich na każdym polu, jak Jagiełło Krzyżaków? Niestety, aby być naprawdę dobrym, trzeba to robić w rzeczywistości realnej. A ona zakląć się nie da.

P.S. Szanowny Panie Dyrektorze, o ile mi wiadomo, trener Matlak ma na imię Jerzy. Jerzy, nie Jan. No, chyba że zmienił imię pod wpływem awizowanych przez Pana problemów.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2009-03-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved