Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > I liga kobiet > Magdalena Żochowska: W sporcie nie można niczego planować

Magdalena Żochowska: W sporcie nie można niczego planować

fot. archiwum

Magdalena Żochowska jako jedyna spośród siatkarek Wisły Kraków ukończyła sosnowiecki SMS. Gdyby nie kontuzje, które przytrafiły się jej w ostatnim czasie, może oglądalibyśmy ją na parkietach ekstraklasy, a może i w reprezentacji?

Tata grał w koszykówkę, mama w siatkówkę…

 

… dziadek był trenerem, a ja i siostra trenowałyśmy siatkówkę. Nie miałam wyjścia – byłam skazana na sport (śmiech).



 

Z twoimi warunkami fizycznymi mogłaś równie dobrze grać w koszykówkę.

 

No tak, ale to mama pierwsza zabrała mnie na trening siatkówki… Wcześniej pływałam, więc sport był ze mną od początku .

 

Ty grasz dalej, ale twojej siostry nie widzimy już na parkiecie. Przegrała rywalizację z tobą?

 

Nie, nie. W ogóle nie konkurowałyśmy. Chyba tylko raz się zdarzyło, że grałyśmy wspólnie w meczu. Agata jest o trzy lata ode mnie starsza, więc nie spotykałyśmy się na parkiecie. Po prostu miała spore problemy zdrowotne. Z tego też powodu musiała zmienić kierunek studiów – z wychowania fizycznego na turystykę. Poszła w zupełnie inną stronę .

 

W wieku 15 lat dostałaś nagrodę dla „Nadziei olimpijskiej Wisły”. Wsparcie dla marzeń, czy tylko miłe wspomnienie?

 

Marzenia oczywiście są, ale rodzice uświadomili mi, że w sporcie nie można niczego planować na dłuższą metę, bo nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć. Nigdy daleko nie planowałam, a teraz – po moich różnych kontuzjach – przestałam zupełnie. Natomiast cały okres młodzieżowej siatkówki, kiedy nie było tej ciążącej na nas presji, wspominam bardzo miło. A ta nagroda była rzeczywiście wyjątkowa. Dostałam wtedy telegram od pani Józefy Ledwigowej, zawodniczki Wisły, która zdobyła dwa brązowe medale olimpijskie. To bardzo miłe wyróżnienie .

 

Później trafiłaś do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu. Chyba nie tak łatwo tam się dostać?

 

Wtedy wydawało mi się, że bardzo łatwo. Poza tym, człowiek nie zastanawiał się, co trzeba zrobić, żeby się dostać. Dostałam wtedy taka szansę… i to była szkoła przetrwania, nie tylko pod względem sportowym .

 

Taki klasztor, tyle że dla nastoletnich dziewcząt?

 

Ta szkoła nauczyła mnie bardzo dużo. Pomimo moich kontuzji i tego, że przez urazy nie mogłam pograć tyle, ile chciałam, poznałam masę fajnych ludzi. Do tej pory utrzymujemy kontakt i to nie tylko ze znajomymi z żeńskiej, ale także z męskiej szkoły – ze Spały. Zawsze wspominam tylko te dobre chwile i to, że mogliśmy tam się spotkać. W innych warunkach trudno byłoby pewnie poznać tyle osób. Gdziekolwiek bym nie pojechała, wszędzie mam jakichś znajomych .

 

Występujących w ekstraklasie, niekiedy w reprezentacji.

 

Dlatego lubię oglądać mecze, w których grają, żeby chociaż na nie popatrzeć. Rzeczywiście, bardzo dużo dziewczyn z tego okresu gra w PlusLidze czy kadrze. Począwszy od rocznika Mileny Sadurek, która kończyła szkołę, kiedy ja do niej przyszłam, po dziewczyny, które teraz grają z Pestką w kadrze, z roczników 1990-91 .

 

Ze wszystkimi utrzymujesz kontakt?

 

Z tymi starszymi raczej nie, ale z tymi, z którymi grałam, czyli rocznikami 1986-88 – tak. Przede wszystkim z Martą Haładyn, która występuje teraz w Gwardii Wrocław .

 

Współlokatorka z pokoju w internacie?

 

Nie mieszkałyśmy w jednym pokoju, ale w sumie to było tak, jakbyśmy mieszkały wspólnie. Tam 24 godziny na dobę przebywa się razem i nawet jeśli mieszka się w różnych pokojach, to na jedno wychodzi .

 

Wspólne treningi, nauka, wyjazdy i ciągle te same twarze. Wydaje się trochę męczące.

 

Wtedy może i rzeczywiście to było trochę męczące, ale teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy, to widzę, że dzięki temu stworzyła się między nami więź. Może nie była to rodzina, ale czy jest dobrze, czy źle – trzymamy się razem .

 

Obowiązywało was wiele zakazów, nakazów. Nie uwierzę, że nastolatki przestrzegały ich wszystkich…

 

Oj, wolałabym o tym nie mówić. To są takie rzeczy, które nie wychodzą poza pokój, w którym to się działo. A zasady są po to, żeby je łamać…

 

Czasem musisz zagrać przeciwko swoim koleżankom, tak jak np. w ubiegłym roku – przeciwko Marcie.

 

No, musiałam i było to trochę śmieszne. Starałyśmy się wtedy nie zwracać na siebie uwagi na boisku. To raczej trenerzy większa uwagę zwracali na naszą przyjaźń, niż my same. Kiedy nie zablokowałam Marty, która kiwała, to trener mówił: „A, bo to twoja przyjaciółka”. Na boisku o takich rzeczach się zapomina, ale po meczu, bez względu na to, która z nas wygrała, mogłyśmy normalnie rozmawiać .

 

SMS spotyka się także z dużą krytyką. Zarzuca się między innymi, że to szkoła przetrwania – te, które nie padną, będą grały dalej. A ty jak to oceniasz?

 

To nawet nie chodzi o fizyczne „wytrzymanie” tej szkoły, ale raczej o psychiczne. W tym wieku, kiedy wybucha burza hormonów, zostaje się bez rodziców. Taką rodzinę tworzą ci tam osoby zupełnie obce – pani od biologii, czy pani dyrektor. Wydaje mi się, że tak naprawdę to jest najtrudniejsze w tej szkole – przetrwanie z dala od znajomych, w wieku, w którym zaczyna się typowe życie nastolatka. My, zamiast imprezy, w sobotę miałyśmy mecz albo turniej. Ale to też miało swój urok .

 

Swoją pierwsza poważna kontuzję złapałaś właśnie w SMS.

 

Zgadza się, ale także dzięki szkole mogłam się wyleczyć. Tak naprawdę, ta kontuzja mogła mi się przytrafić wszędzie, ale szkoła stworzyła mi takie warunki, że mogłam spokojnie dochodzić do siebie. Nie musiałam, tak jak Magda Piątek, robić sobie roku przerwy po kontuzji i w sama dbać o rehabilitację. Miałam ten komfort, że na miejscu byli trenerzy odnowy biologicznej i robili wszystko, żeby mnie postawić na nogi. Teraz, w Wiśle, to samo robi nasz fizjoterapeuta, Dominik Włodarz .

 

Poza treningami była jeszcze zwykła nauka w szkole.

 

Dopiero po wyjściu ze SMS i zderzeniu się z normalną rzeczywistością, np. na studiach, zaczyna się doceniać to, co było w Sosnowcu. Tutaj trzeba biegać między szkołą a treningiem, a tam wszystko znajdowało się w jednym miejscu. Nauczyciele dostosowywali się do trenerów, trenerzy do nauczycieli, a tutaj ani wykładowcy nie dostosowują się do trenera, ani trener do wykładowców. Niestety, trzeba to wszystko jakoś pogodzić .

 

Gdyby twoje dziecko miało możliwość pójść do SMS, pozwoliłabyś mu?

 

Wydaje mi się, że samo powinno podjąć decyzję, więc niczego nie narzucałabym. Oczywiście chciałabym, żeby uprawiało jakiś sport .

 

Po maturze wróciłaś do Wisły i do szarej rzeczywistości…

 

To trochę uderza i było mi trochę ciężko. Początkowo studiowałam na Akademii Wychowania Fizycznego i nie udało mi się pogodzić treningów ze szkołą. Ale po aklimatyzacji i powrocie do normalnego świata widzę, że można to wszystko pogodzić. Trzeba tylko mieć naprawdę dobrze zorganizowany plan. Niestety, mało ma się czasu dla znajomych. Oni mogą sobie pozwolić na imprezowanie dzień w dzień, a ja codziennie wracam po treningu i padam .

 

Na AWF nie pomagali pogodzić nauki i treningów?

 

Wydaje mi się, że sama nie próbowałam tego pogodzić. Nie do końca wiedziałam, jak to zrobić. Nie miałam tam znajomych, którzy mogliby mi coś doradzić. Moje koleżanki, które studiowały na AWF, już skończyły uczelnię, więc nie za dobrze zdawałem sobie sprawę, jak tam jest. Dodatkowo, na samej uczelni jest na tyle duży „wycisk” fizyczny, że trudno pogodzić to z treningami .

 

Obecnie studiujesz na Uniwersytecie Pedagogicznym, więc po zakończeniu kariery będziesz „panią nauczycielką”?

 

Studiuje pedagogikę wychowania fizycznego i obronnego, więc poza wuefem jeszcze PO. Szczerze mówiąc, to jeszcze nie wiem. Dopiero w tym roku zaczęłam praktyki i będę musiała poprowadzić lekcje. Musze przyznać, że to dość fajne zajęcie. Poza tym, moja rodzina, nie dość, że sportowa, to jeszcze w połowie składa się z nauczycieli. Nie wiem jednak, czy będę się tym zajmować w przyszłości. Nie mam jeszcze takich dalekosiężnych planów .

 

A może zostaniesz „panią trener”?

 

Nie, nie chciałabym być trenerką. No, może na zasadzie realizowania swojego hobby, ale nie jako zawodu, bo to za duża odpowiedzialność. Wolałabym uczyć dzieci w grupach naborowych, niż później prowadzić drużynę .

 

W tej chwili udaje ci się pogodzić naukę z grą?

 

Jest ciężko, zwłaszcza na „moim”, drugim roku, bo teraz jest najwięcej zajęć, a do tego praktyki. W tym semestrze mam zajęcia od ósmej rano do 20.20, mimo że jestem na studiach dziennych. W przerwach między zajęciami muszę jeszcze wyskoczyć na treningi do klubu. Nie jest łatwo, ale jeśli się chce – udaje się to pogodzić .

 

A fizycznie nie jest ciężko? Na studiach też pewnie musicie trochę ćwiczyć.

 

Na szczęście, zaliczyłam już najtrudniejszy przedmiot, jakim dla mnie była gimnastyka, więc teraz będzie już tylko lepiej .

 

W Wiśle jest sporo młodych zawodniczek, kilka starszych, a ty „pośrodku”.

 

Raczej ta „starsza”, ale to nawet nie chodzi o takie rocznikowe rozdzielenie, ale raczej pod tym względem – czy grało się w pierwszej lidze, czy nie. Młode śmieją się, że jestem „stara” i że zupełnie nie orientuję się, co się teraz dzieje. Pestka nabija się ze mnie cały czas (śmiech). Z dziewczynami znamy się, spędzamy ze sobą sporo czasu tutaj, na Wiśle, ale tak naprawdę to nie wiem, jakie są w „normalnych warunkach”. Nie mamy czasu, żeby gdzieś tam razem „latać”, bo każda z nas ma naukę i jakieś tam inne zajęcia. Teraz mam praktyki w szkole i tam uderza różnica między obecnymi uczniami a moimi rówieśnikami .

 

Starasz się jakoś pomóc młodszym koleżankom z Wisły? Nauczyć czegoś?

 

Wydaje mi się, że te dziewczyny, choć są młodsze, to i tak w siatkówkę grają już wystarczająco długo, żeby same zdecydować, czego się uczyć od nas, „starszych”. Teraz ta drużyna to tak jakby zderzenie dwóch drużyn w jednym miejscu. Na początku było to dość ciężkie, ale wydaje mi się, że wyszłyśmy z tego obronną ręką .

 

Przechodząc do kwestii mniej przyjemnych – w tym sezonie, ile razy dojdziesz do dobrej formy – przytrafia ci się kontuzja.

 

No tak, ale muszę podziękować Dominikowi, który co jakiś czas stawia mnie na nogi i musi się nieźle nade mną namęczyć, żeby coś ze mnie jeszcze było .

 

Nie czujesz czasem presji związanej z oczekiwaniem na twój powrót do drużyny? Ile razy złapiesz kontuzje, rozpoczyna się odliczanie i podkreślanie, jak wiele mogłaby dać twoja obecność.

 

Nie wiem, jak to wygląda od strony drużyny, ale mogę powiedzieć ze swojej perspektywy, że gdyby Karolina Surma odpadła, czułabym się znacznie mniej pewnie. Z drugiej jednak strony, te młode dziewczyny mogą zagrać super, lepiej od nas starszych. Tutaj nie ma znaczenia wiek, ale wiadomo, że tej starszej, bardziej doświadczonej, na której spoczywa większa odpowiedzialność, łatwiej się gra, kiedy ma koło siebie drugą, też doświadczoną zawodniczkę. Nawet kiedy siedzi ona na ławce, bo wiadomo, że jest ktoś, kto może wejść i pomóc .

 

Tobie niekiedy przypadała rola tej, która ma wejść i pomóc.

 

Cieszę się, że mogę pomóc drużynie, ale dla mnie, jak chyba dla większości zawodniczek, stresujące jest wchodzenie z ławki. Niby z tej perspektywy wszystko lepiej widać i teoretycznie po wejściu powinno się wiedzieć, gdzie się ustawić, gdzie zaatakować, ale z drugiej strony – jest się mniej rozgrzanym. Bardziej jednak denerwuję się, kiedy wchodzę z ławki, niż kiedy rozpoczynam mecz na boisku .

 

A jakie to uczucie – oglądać koleżanki z trybun?

 

Wtedy jestem jeszcze bardziej zestresowana, niż gdybym to ja miała grać. Na boisku tego stresu aż tak się nie czuje, czy raczej – czuje się go w inny sposób. Trzeba grać i człowiek nie ma czasu na zastanawianie się, czy jest zestresowany .

 

* Rozmawiała Marezna Czernek (Strefa Siatkówki)

źródło: inf. własna, siatkowka.tswisla.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
I liga kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2009-03-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved