Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Dwie szale wagi

Po bloku: Dwie szale wagi

fot. archiwum

No, to wreszcie mamy jasność: na pewno trenerem polskiej reprezentacji zostanie jeden z najwybitniejszych specjalistów w tej branży na świecie. Do wyboru zostało bowiem praktycznie dwóch kandydatów. Jeden z nich to Daniel Castellani, natomiast drugi Grzegorz Wagner.

Kiedym ostatnio napisał, że niejaki Daniele Bagnoli ponad polski bigos przedkłada zdecydowanie rosyjskie pielmienie, wobec czego jego szanse na objęcie stanowiska biało – czerwonych należy uznać za iluzoryczne, członkowie fan klubu włoskiego szkoleniowca ochrzcili mnie mianem intelektualnego frustrata. I już gotów byłem załamać się moralnie, co poniekąd uzasadniłoby nadane mi miano, kiedy z pomocą przyszli mi sami Rosjanie, potwierdzając ustami wysoko postawionych osób słuszność moich ocen. Choć więc ostatecznie wyszło na moje, wcale mnie to nie satysfakcjonuje, a wręcz, powiedziałbym, napawa przygnębieniem.

Nie może bowiem nie napawać przygnębieniem sytuacja, kiedy po szumnych zapowiedziach i potrząsaniu sarmacką karabelą z mocarstwowych ambicji pozostały jeno pogniecione wycinki prasowe obwieszczające niewiarygodne wręcz zainteresowanie wszystkich najwybitniejszych uczonych mężów siatkówki konkursem ogłoszonym przez PZPS. Co prawda, niektórzy z wymienionych uczonych mężów właśnie z wypowiedzi członków PZPS dowiedzieli się o swoim zainteresowaniu, ale mniejsza z tym. Oczekiwania były rozbudzone ponad wszelką miarę, balon nadmuchany do granic wytrzymałości. I co? Można tylko westchnąć i zacytować hasło z jednej ze staropolskich encyklopedii: „Koń, jaki jest, każdy widzi…”.

Ktoś, kto kiedyś parał się head hunterką wie doskonale, że naprawdę wybitny specjalista ma to do siebie, że bardzo się szanuje. Szanuje przede wszystkim swój prestiż zawodowy co sprawia, że jak ognia unika sytuacji, która może sugerować że, jak to mówią, rozmienia się na drobne. Wie, ile jest wart i oczekuje, że inni też to wiedzą i doceniają. Zatem namówienie kogoś takiego do udziału w jakimkolwiek konkursie wymaga delikatnych i przemyślanych działań: pokazania prestiżu przedmiotowego konkursu, przedstawienia wszystkich możliwych korzyści (z możliwą do uzyskania kwotą wynagrodzenia włącznie), uwypuklenia rangi konkurentów (dla połechtania ambicji zawodowej) oraz szeregu innych, o których nie wspomnę. Nigdy, ale to nigdy nie prawi się farmazonów o potencjalnych kandydatach o ile się wcześniej nie upewni na drodze dyplomatycznej (i to na długo przed ogłoszeniem jakiegokolwiek konkursu) że dany kandydat weźmie w nim udział. Jeżeli się tego nie zrobi, lepiej ustroić dobrą minę do złej gry i nie ogłaszać żadnego konkursu, aby uniknąć kompromitacji (na przykład takiej, jaka miała miejsce ostatnim razem, kiedy to Zoran Gajić, wymieniany przez działaczy PZPS bez zmrużenia okiem jako jeden z kandydatów, stanowczo oświadczał w rosyjskiej prasie, że w żadnym polskim konkursie udziału nie brał). A my co? Szast, prast, ogłoszonko w internecie, dokumenciki i certyfikaty na stół i będziemy mogli przebierać w światowych gwiazdach trenerki jak w ulęgałkach. Tfu, do diabła!



Mógłbym tak dalej, ale moją opinię o poziomie organizacyjnym feralnego pomysłu PZPS sformułowałem już wcześniej, nie ma sensu się więc powtarzać. Ważne jest, że w ramach pozyskiwania gwiazd nie udało się nam pozyskać nie to ze gwiazd ale choćby planet, ani nawet ich księżyców. Do obu kandydatów mam wiele sympatii, ale, na Boga, niech wreszcie przestanie się wmawiać złaknionej tryumfów polskiej opinii publicznej, że Daniel Castellani jest gwiazdą światowej trenerki. Możemy go wybrać selekcjonerem (jest na to kilka argumentów), ale do gwiazdy na miarę Rezende, Velasco, Anastasiego, czy nawet Alekny brakuje mu ho, ho, ho, a może jeszcze więcej. Przecież jego wszystkie sukcesy trenerskie (czyli głównie drugie miejsca w mistrzostwach Ameryki Południowej) to właściwie sukcesiki na miarę lokalną, i to bez przerwy za plecami jedynej klasowej drużyny tego kontynentu, czyli Brazylii. Do sukcesów reprezentacji Argentyny ze swoich zawodniczych czasów nawet się nie zbliżył, znaczących drużyn klubowych nie trenował, a Skra Bełchatów (jak na razie) błyszczy jedynie na naszym krajowym podwórku. Nie ujmuję mu wiedzy i umiejętności, ale: znaj proporcję, mocium panie – chciałoby się powiedzieć niektórym zagorzałym jego entuzjastom.

Grzegorz Wagner na szczęście nie robi z siebie gwiazdy, ponieważ nią po prostu nie jest. Przyjmując nomenklaturę z macierzy analitycznej Boston Celtic Group należy ochrzcić go mianem wielkiego znaku zapytania. Ale wedle tejże samej firmy BCG znak zapytania często przekształca się w gwiazdę, jeżeli się w niego zainwestuje. Bardzo mnie bawi, kiedy podstawowym kryterium blokującym jego ewentualny sukces w wyborze jest zarzucany mu brak doświadczenia. Gdyby to kryterium miało znaczenie decydujące trzydzieści siedem lat temu, to nie byłoby ani mistrzostwa świata, ani olimpijskiego złota, o kilku srebrnych medalach ME nie wspominając. Wielki Jerzy Hubert miał 32 lata, kiedy obejmował rozbitą i rozgoryczoną po igrzyskach olimpijskich w Monachium drużynę (odszedł z niej wtedy m.in. rozżalony brakiem sukcesów Zdzisław Ambroziak). Drużynę złożoną z samych swoich kolegów, młodszych o 2 – 5 lat. Obejmował ją bez żadnego (powtarzam: żadnego) doświadczenia nie tylko w drużynie klubowej, reprezentacyjnej czy jakiejkolwiek innej, bowiem karierę zawodniczą skończył w tymże samym 1972 roku. Ale miał wizję i charyzmę, a przede wszystkim żądzę – tak, to dobre określenie, żądzę – zrobienia wyniku. I to mu się udało. Nie twierdzę, że syn pójdzie w ślady ojca. Ale wiem, że odziedziczył wiele z jego cech i uważam, że gdy zawiodły nas gwiazdy lepiej postawić na czarnego, narowistego konia niż spokojnego siwka, który może wiele nie popsuje, ale na pewno też wiele nie naprawi. Tak sądzę. Ale ja się może po prostu nie znam?

Wiem jedno: w zaistniałej sytuacji przy wyborze nowego selekcjonera kadry należy zważyć wszystkie okoliczności. Zarówno te, o których dane jest wiedzieć nam, zwykłym obserwatorom, jak i te, które kryją się za ścianami gabinetów prominentów PZPS. Zważyć na szali chęć doraźnego sukcesu i możliwość osiągnięcia sukcesów przyszłych. Zważyć i dokonać mądrego wyboru. Lepiej bowiem skompromitować się tylko raz, proszę mi wierzyć. A szale wagi są tylko dwie.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2009-01-13

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved