Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Na szczęście już po świętach

Po bloku: Na szczęście już po świętach

fot. archiwum

Przyznam, że w tym roku celowo wyłączyłem się z tak zwanego świątecznego klimatu, który w przypadku siatkówki polega głównie na działalności kulinarnej, to jest odgrzewaniu wątpliwej świeżości kotletów. Dania odgrzewane nie należą bowiem do moich ulubionych.

Odgrzewanie kotletów polega na namolnym i nużącym przypominaniu tego wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy, przy czym aby przypominanie owo uczynić bardziej strawnym, podlewa się je różnego rodzaju sosami. Mamy więc w charakterze sosu a to plebiscyt („osiągnięcie roku”, „wpadka roku”, „niepowodzenie roku”, „gracz roku”, itd., itp., do „kiwki w środkową strefę boiska roku” włącznie), a to kalejdoskop wydarzeń (właściwie w każdym medium taki sam, różniący się jedynie w przypadku mediów elektronicznych muzyką, a w przypadku mediów drukowanych grafiką), a to podsumowania roku czynione przez ekspertów (stanowią coś pośredniego pomiędzy dwoma uprzednio wymienionymi formułami, z tą różnicą, że wygłaszają je osoby różnej płci i wieku, ale zawsze w sposób bardziej lub mniej nudny). Niezależnie jednak od sosu kotlety są wciąż takie same, i po jakimś czasie ich permanentnego serwowania potencjalny konsument ma ich, jak to się mówi, „potąd” („potąd” to mniej więcej wysokość jabłka Adama w przypadku panów lub podniebienia miękkiego w przypadku pań), co grozi nieobliczalnymi konsekwencjami natury fizjologicznej, zważywszy, że w okresie świątecznym nosi się na ogół co najlepsze ubiory. Ja osobiście przeżyłem chwile grozy oglądając po raz sto dwudziesty ósmy Final Four mężczyzn anno 2008, i tylko w porę zaaplikowane antidotum w postaci doustnej dawki stężonego roztworu alkoholu etylowego uchroniło mnie przed najgorszym.

Nie chcąc zatem być kolejnym nudziarzem, postanowiłem kategorycznie, że odezwę się dopiero wtedy, kiedy minie zapał podsumowań, przypomnień, syntez i analiz przekrojowych, słowem, kiedy wrócimy do rzeczywistości. Ponieważ odbyła się poświąteczna kolejka ligowa uznałem, że dzięki Bogu święta i Sylwestra mamy już za sobą, i można wreszcie nie zajmować się tym, co już było, ale tym, co mianowicie jest. A jest, powiedziałbym, co najmniej ciekawie, i to zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym tego słowa.

Ciekawe pozytywnie jest z pewnością oglądanie rozgrywek Plus Ligi. I to bynajmniej nie dlatego, że prezentuje ona nagle jakiś oszałamiająco wysoki poziom. Nie, poziom jest, i owszem, przyzwoity, ale nie jeszcze nie ma mowy o jakichś specjalnych fajerwerkach. Ciekawe jest pojawienie się na ligowych parkietach bardzo dużego zastępu interesujących młodych zawodników, o których niedawno mało kto słyszał, i to nie tylko w słynącej z promowania młodych talentów Częstochowie, ale i w Warszawie, Bydgoszczy, Bełchatowie, Rzeszowie… Naigrawałem się niedawno z wypowiedzi pana prezesa P. o zastępie młodych, zdolnych zawodników mających zastąpić naszych dotychczasowych żelaznych reprezentantów i stwierdzić muszę, że choć nazwiska cytowane przez pana prezesa jakby nie te, to jednak pewien ożywczy trend zauważyć się daje. Kusior, Buszek, Jarosz, Wrona, Drzyzga, Gunia, Bartman, Nowakowski – pokolenie bezczelnych dwudziestojednolatków (pardon, od tygodnia dwudziestodwulatków) radzi sobie zupełnie nieźle i daj tylko Boże, aby byli właściwie prowadzeni, boć przecie takiej ręki do marnowania talentów jak polska ze świecą szukać we świecie całym. Przyznam, że będę z dużym zainteresowaniem obserwował rozwój karier tych, których wymieniłem, jak również tych, których nie wymieniłem (za co przepraszam), ponieważ od nich właśnie zależeć może, czy nasze siatkarskie marzenia kiedyś się spełnią.



Ciekawe negatywnie było z kolei widowisko p.t.: „Damski mecz gwiazd” czy może „Gwiazdorski mecz dam”, które miało miejsce w miniony weekend. Przyznam, że w pierwszej chwili wręcz mnie zafascynowało, mimo że siatkówką żeńską pasjonuję się w stopniu raczej minimalnym. No bo jakże: włączyłem telewizor, patrzę, na placu jest pięć zawodniczek w pomarańczowych (lub coś koło tego) koszulkach i jedna chyba w czarnej. No, normalne, myślę sobie, pięć sztuk plus libero. I nagle, ni z juszki ni z pietruszki, ta panienka w czerni idzie na zagrywkę i, proszę sobie wyobrazić, zagrywa! Co jest grane, zastanawiam się, jak tylko Acosta zrezygnował z funkcji prezesa to jakiś Chinol zmienił przepisy? I czemu właściwie ja, taki wielki znawca, nic o tym nie wiem? Już byłem bliski kompletnego załamania psychicznego gdy znalazłem rozwiązanie, proste do bólu – uczestniczki wielkiej i szeroko nagłaśnianej siatkarskiej fety grały w koszulkach klubowych…. W związku z powyższym mam przesłanie do szanownego kierownictwa PlusLigi kobiet: jeżeli w dobie kryzysu nie stać organizatorów charytatywnego spotkania określanego mianem spotkania gwiazd na jednorazowy zakup dwudziestu czterech sztuk koszulek (które można by na przykład, po opatrzeniu podpisami zawodniczek, zlicytować na jakiejś dobroczynnej aukcji), to, w trosce o zdrowie psychiczne widzów należałoby mimo wszystko zadbać o jaką – taką jednolitość boiskowych strojów w inny sposób. Sądzę, że najlepszym wyjściem byłoby zwrócenie się do Zakładu Oczyszczania Miasta lub do policji: gustowne, odblaskowe kamizelki w kolorze pomarańczowym lub żółtym, wypożyczone za tanie pieniądze, nie tylko prezentowałyby się niezwykle twarzowo w świetle jupiterów, ale jakież efekty dawałyby w przyćmionym świetle na prezentacji składów! Zdecydowanie polecam na przyszłość.

I wreszcie nie tylko ciekawym, lecz niewątpliwie pasjonującym negatywnie jest nieustanny spektakl prezentowany nam przez PZPS, który oficjalnie nosi nazwę „konkurs na selekcjonera” a który coraz bardziej przypomina „łapankę selekcjonera”. Jakoś tak się bowiem składa, że choć PZPS pożąda na inkryminowanym stanowisku wyłącznie trenerskich gwiazd, to trenerskie gwiazdy bynajmniej nie pożądają współpracy z PZPS. Więcej: jak tylko pada jakieś głośne nazwisko w charakterze potencjalnego kandydata, to jego właściciel w te pędy rzuca się w objęcia pierwszej z brzegu federacji siatkarskiej, jakby za wszelką cenę chciał uniknąć ewentualnego wyboru na szefa biało – czerwonego teamu (dyla dał już Velasco, Rezende, Mac Cutcheon, a teraz za rosyjskim braterskim uściskiem zatęsknił Bagnoli). Może to z obawy, że każą im się uczyć polskiego? Jednym słowem, mówiąc słowami Horacego: wielkie góry się rozstępują i rodzi się mała mysz, bo na placu boju pozostało już chyba tylko dwóch kandydatów, którzy kryteria klasyfikacyjne gwiazd trenerskich światowego formatu spełniają (jak na razie) w stopniu raczej minimalnym. I powiem w zaufaniu: mam to w nosie. Pamiętam bowiem, kiedy trenerem reprezentacji został niejaki Hubert Wagner, który nie był ani gwiazdą zawodniczą, ani trenerską, nie miał sukcesów w trenowaniu ani zespołów klubowych, ani reprezentacyjnych, nie miał trenerskiego doświadczenia ani krajowego, ani zagranicznego. I pogonił całą światową czołówkę, która wszystkie nie posiadane przez niego atuty miała jak najbardziej. Dlatego sądzę, że należy skończyć z ględzeniem o jakichś tam gwiazdach, a zatrudnić kogoś, kto ma wizję swojej pracy i pożąda sukcesu. Im mocniej, tym lepiej. Dodam, że nawet niekoniecznie na drodze jakiejś dziwacznej procedury, nazywanej konkursem. A jeżeli już, to kandydata nie trzeba szukać daleko. Tyle.

Rok dopiero się zaczął, moiściewy, a proszę: ile ciekawych historii dzieje się w siatkówce. Miejmy nadzieję, że tak będzie przez pozostałe miesiące, jako też, że będą to rzeczy ciekawe pozytywnie. Czego sobie i Wam, Drodzy Czytelnicy, z Nowym Rokiem życzę.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2009-01-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved