Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Ponad 20 lat z gwizdkiem Sylwestra Strzylaka

Ponad 20 lat z gwizdkiem Sylwestra Strzylaka

fot. archiwum

Od wielu lat uznawany jest za jednego z najlepszych sędziów piłki siatkowej w Polsce. Wspólnie z siostrą prowadzi biuro podróży Alfa Star. Pełni funkcję prezesa Okręgowego Związku Piłki Siatkowej w Radomiu, a ostatnio został wybrany do Zarządu PZPS. Mowa o pochodzącym z Radomia Sylwestrze Strzylaku.

Jest pan chyba jedną z niewielu osób w siatkarskim świecie, która ma tyle obowiązków.

Sylwester Strzylak:Rzeczywiście, tych funkcji trochę jest, ale radzę sobie. To tylko kwestia dobrej organizacji. Mnie, jak do tej pory, udaje się zaplanować swoje obowiązki tak, aby jedne nie kolidowały z innymi .

Zacznijmy od sędziowania. Od wielu lat należy pan do ścisłej krajowej czołówki, a w minionym sezonie był pan najlepszy. To chyba powód do dumy?



Numer jeden w rankingu sędziów kwalifikatorów to znaczące wyróżnienie, ale nie pierwsze, bo najwyższą średnią otrzymałem już po raz drugi. Od kiedy wprowadzono oceny kwalifikacyjne, nigdy nie schodzę poza pierwszą piątkę. To efekt mojej ciągłej pracy nad sobą. Do dziś gram w siatkówkę, co chyba w tym zawodzie najważniejsze, czuję to, co robią zawodnicy. Muszę dodać, że Janusz Soból, mój kolega z pary, był w tej klasyfikacji drugi .

Czy to prawda, że z Januszem Sobolem sędziujecie razem od 1986 roku?

Tak, wtedy zdaliśmy w Krakowie egzamin na sędziego szczebla centralnego i tak się zaczęło. Wcześniej z Januszem graliśmy w trzecioligowym AZS Radom. Nie ukrywam, że w decyzji o naszym przekwalifikowaniu się z zawodnika na sędziego pomogli właśnie arbitrzy, którzy nie raz nas skrzywdzili. Z Januszem tworzymy mocną parę. Dlaczego? Bo dobraliśmy się charakterami. Nigdy przez tyle lat nie próbowaliśmy sobie udowodnić, który z nas jest lepszy. Dla nas zawsze najważniejsze było, aby po meczu podziękował nam za sędziowanie nie tylko ten, co wygrał, ale też ten, co przegrał. To dla każdego sędziego olbrzymia satysfakcja .

Każdy mecz wiąże się ze stresem.

Jeżdżąc na mecze odpoczywam psychicznie, ale nie w trakcie pojedynku. Każde ligowe spotkanie wiąże się z pewną dawką adrenaliny. Meczom towarzyszy presja publiczności, presja mediów i to, co najważniejsze – walka zawodników. Obecna siatkówka jest grą łatwiejszą. Jak zaczynałem, przepisy były trudniejsze, można było więcej rzeczy gwizdać. Teraz jest duża liberalizacja przepisów, nawet można odbić piłkę nogą. Zmiany przepisów, systemu liczenia punktów były podyktowane przede wszystkim uatrakcyjnieniem pojedynku i ograniczeniem czasowym dla telewizji. Dawniej na przykład przez 5 minut trwania meczu mogło być 0:0, a teraz po każdej akcji jest punkt .

Pamięta pan najdłuższe spotkanie w swojej karierze?

Bywało wiele meczów, które kończyły się dopiero po czterech godzinach.

A te najtrudniejsze pojedynki?

Z Januszem mieliśmy dużo takich pojedynków, ale dawaliśmy radę Przez 22 lata wspólnego sędziowania tylko raz musieliśmy się konsultować. To był mecz na szczycie Jastrzębie – Częstochowa. Paweł Woicki, wtedy rozgrywający częstochowskiego zespołu, był tyłem do mnie i nie widziałem, czy odbił piłkę prawidłowo. Publiczność zaczęła krzyczeć, zawodnicy z Jastrzębia protestować. Poprosiłem Janusza do siebie, ale on też miał problem, bo Woickiego zasłonił inny zawodnik. W tej sytuacji nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić i zarządziliśmy powtórzenie akcji. To było najlepsze wyjście z sytuacji. Mimo, że jesteśmy uważani za jednych z najlepszych sędziów, jesteśmy tylko ludźmi i też popełniamy błędy. Co prawda mamy do pomocy sędziów liniowych, ale oni nie zawsze wytrzymują presję kibiców i siatkarzy zespołu gospodarzy. A wracając do trudnych pojedynków, najcięższe mecze miałem w Mielcu, łatwo nie było też w Nysie i oczywiście w Andrychowie. Kibicom z tych miejscowości było bardzo ciężko pogodzić się z porażką swoich pupili. W całej mojej karierze nie zdarzyło się, żebym musiał wyjeżdżać z danego miasta w eskorcie policji (śmiech) .

A czy zdarzyło się, że podczas meczu musiał pan liczyć tylko na siebie?

Zawsze oczekuję współpracy. Sędziowie liniowi, którzy pochodzą z terenu zespołu gospodarza, często nie wytrzymują presji. Z Januszem mamy taką zasadę, sędziemu liniowemu przy trudnej piłce pozwalamy się pomylić raz. Jeżeli z jego strony błąd jest ewidentny, to oczywiście zmieniamy decyzję .

Pewnie jak wielu sędziów ma pan swoich „ulubieńców”?

Staram się nie mieć uczulenia na nikogo. Nie mogę dać ponieść się emocjom, choć często zawodnicy prowokują. Mam pewien komfort, bo siatkarze mają do mnie zaufanie. Mam u nich duży autorytet. Nie zdarzyło mi się, aby w ostentacyjny sposób negowali moje decyzje, choć mnie też zdarzają się pomyłki. Oni wiedzą, że jak sędziuję, to będzie sprawiedliwie i koncentrują się na grze. Staram się im nie przeszkadzać. Sędzia powinien być w tle. A kartki? Zawsze staram się panować nad nerwami siatkarzy. Zaczynam od nawiązania kontaktu wzrokowego, pogrożenia palcem. Chodzi mi o to, żeby on wiedział, że ja to widzę, że czuję grę razem z nim. Jeśli nie pomaga, to trzeba sięgnąć po kartkę. Najlepiej zrobić to na początku meczu, wtedy oni wiedzą, że mają zająć się wyłącznie grą .

Świetnie radzi pan sobie w kraju, czemu nie zagościł pan na zagranicznych parkietach?

Pewnie i tam bym sobie poradził, ale w uzyskaniu międzynarodowych uprawnień przeszkodził mi język obcy. Oblałem egzamin z angielskiego, a potem nie mogłem już startować, bo dopadł mnie limit wiekowy .

Niedawno został pan wybrany do Zarządu Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Jaką rolę przewidział pan w nim dla siebie?

Najbardziej interesuje mnie siatkówka młodzieżowa. Muszą znaleźć się pieniądze na szkolenie dzieci, młodzieży i na dobrych szkoleniowców. Najmłodszych powinni uczyć podstaw najlepsi trenerzy, by od samego początku nabrali prawidłowych nawyków. Mam wizję na pozyskanie pieniędzy, nowych sponsorów. Siatkówka jest na topie i trzeba to wykorzystać. W dotychczasowym szkoleniu nie możemy się opierać na dwóch ośrodkach, czyli Szkołach Mistrzostwa Sportowego w Spale i w Sosnowcu. Takich ośrodków musi być więcej. Trzeba dać szansę innym. Dzięki takiej polityce jest szansa na odkrycie wielu talentów. Niepokoi mnie polityka polskich klubów. Juz w tej chwili cała armia ludzi z zagranicy zabiera miejsce naszej młodzieży. Nie mam zastrzeżeń do zawodników typu Stephane Antiga, który jest swoim autorytetem, umiejętnościami powoduje, że jest wzorcem dla młodych siatkarzy. Nie chciałbym, abyśmy doprowadzili do tego, co jest w klubach ekstraklasy koszykarzy, w których Polacy stanowią wyłącznie dodatek. Nie chciałbym, aby za kilka lat nasze drużyny narodowe miały w swoich szeregach przeciętnych zawodników, a polska siatkówka należała do średniaków .

* rozmawiała Ewa Nadgrodkiewicz – Magazyn Siatkówka

Cały wywiad w grudniowym numerze Magazynu Siatkówka 528.gif

źródło: Magazyn Siatkówka

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2008-12-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved