Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Góry wszystko zasłaniają”

Po bloku: „Góry wszystko zasłaniają”

fot. archiwum

W Zakopanem spotyka się dwóch panów, Żółtko i Edelweiss. Żółtko: „No, co, panie Edelweiss, piękny widok, co? Edelweiss: „Piękny, piękny, panie Żółtko, tylko szkoda, że te góry wszystko zasłaniają!”

Ten stary szmonces przypomniał mi się niedawno, a konkretnie po rozpoczęciu rozgrywek siatkarskiej PlusLigi, kiedy zobaczyłem na boiskach całą plejadę zawodników zagranicznych. I owszem, dobrej klasy, ale zagranicznych. Nie nowo odkrytych krajowych talentów siatkarskich, ale cudzoziemców o bardziej lub mniej uznanej klasie. Przyczyny tego stanu rzeczy nie są bynajmniej tajemnicą: sponsor zespołu, łożący na niego kasę, i to częstokroć wcale niemałą, wymaga, aby firmowana przez niego drużyna osiągała sukcesy, to jest aby zdobywała medale, grała w pucharach a nawet, ewentualnie, od czasu do czasu jakiś puchar zdobywała. Mając jednocześnie na uwadze fakt, że cierpliwość sponsora jest w naszym kraju na ogół zjawiskiem dość krótkotrwałym, zarządcy klubów idą po trosze na skróty, wzmacniając skład pod potrzeby doraźne zawodnikami ukształtowanymi, o uznanych umiejętnościach, aktualnie dostępnymi na rynku. Kiedy zaś na rynku polskim takich zawodników zaczyna brakować, sięgają coraz chętniej po zawodników zagranicznych. I na pozór wszystko gra: zespół łapie się na podium, walczy w pucharze CEV lub Lidze Mistrzów, w telewizji baner sponsora kojarzą się z sukcesem, słowem, cele zostały osiągnięte. Cele tak wysokie jak góry. Góry, które czasami wszystko zasłaniają. Zwłaszcza standing polskiej siatkówki w projekcji długookresowej.

Chciałbym zaznaczyć, że nie jestem absolutnie wrogiem zatrudniania cudzoziemców w polskiej ekstraklasie. Przeciwnie, ze względu na fakt, że status finansowy klubów coraz częściej pozwala na zatrudnianie naprawdę doskonałych fachmanów (w przeciwieństwie do czasów jeszcze niedawnych, kiedy do polskich klubów trafiali emeryci lub zagraniczne gwiazdy lig powiatowych) poziom ligi podnosi się stale, a młodzi polscy zawodnicy mają od kogo się uczyć. Należy jednak pamiętać, że wszelka przesada jest zawsze niewskazana, o czym może dobitnie świadczyć tak zwany syndrom włoski.

Kiedy włoska siatkówka wkraczała na salony i stawała się, podobnie jak w Polsce, dyscypliną zespołową numer dwa, jeżeli chodzi o popularność i kasę (po piłce nożnej, po piłce nożnej rzecz jasna) na parkietach hasało mnóstwo znakomicie wyszkolonej i utalentowanej młodzieży, która przez długie lata rządziła i dzieliła nie tylko w Europie, ale i na świecie. Sukcesy klubowe i reprezentacyjne napędzały coraz większą kasę, dlatego do ligi włoskiej, jak do legendarnego Eldorado, ciągnęły całe zastępy siatkarskich gwiazd z całego świata. No i po cichutku, po cichutku ze składów drużyn ligowych zaczęli znikać Włosi, zastępowani przez Brazylijczyków, Serbów, Bułgarów, Hiszpanów, Niemców… Efekt? Od kilku lat niepokonana dawniej reprezentacja „Azzurich” może tylko pomarzyć o sukcesach, a jej honor na ostatniej olimpiadzie musieli ratować panowie dobrze po trzydziestce, tacy jak Vigor Bovolenta, Valerio Vermiglio czy Mirko Corsano. Przez masowe zatrudnianie cudzoziemców kosztem zawodników rodzimych i zaniedbania w szkoleniu młodzieży wytworzyła się luka pokoleniowa, którą zasypać będzie naprawdę trudno. Nie można dopuścić, aby taka sytuacja powtórzyła się w naszym kraju, a mogę suponować na podstawie pewnych objawów, że jest to możliwe.



Przykładam może być pozycja rozgrywającego, która jest oczkiem w głowie każdej reprezentacji narodowej. Wiadomo, że dobry zawodnik na tej pozycji to połowa sukcesu zespołu, a jego brak może być przyczyną porażek nawet wtedy, kiedy na innych pozycjach grają kosmiczni atleci. Przykładem może być Rosja, borykająca się od lat z takim właśnie problemem. Pozycja rozgrywającego wymaga szczególnych predyspozycji, i szczególnie długiego i mądrego procesu szkolenia. Dlatego każdy utalentowany rozgrywający powinien być szczególnie hołubiony, permanentnie doszkalany, a przede wszystkim powinien grać. Grać, grać i jeszcze raz grać. Ławka rezerwowych dla młodego rozgrywającego to powolne zanikanie jego umiejętności. Wystarczy przytoczyć przykład naszej niegdysiejszej nadziei reprezentacyjnej, Bartka Neroja, który po długoletnim grzaniu ławy w Skrze nie tylko się nie rozwinął, ale raczej w rozwoju cofnął. Tymczasem, cóż my widzimy w naszej Plus Lidze? W dziesięciu zespołach ligowych w sześciu grę prowadzą cudzoziemcy! W tym w prawie wszystkich zespołach z czołówki! To sygnał, kochani. Sygnał alarmowy, który nie powinien zostać zlekceważony, bo może doprowadzić w perspektywie do katastrofalnych skutków w postaci znaczącego obniżenia się poziomu gry narodowej reprezentacji.

Jak już powiedziałem, nie jestem wrogiem zatrudniania w lidze obcokrajowców. Apeluję jednak do decydentów klubowych, aby nie patrzyli na ich funkcjonowanie tylko przez pryzmat jednorocznego wyniku. Misją klubów jest nie tylko dawanie przyjemności sponsorom i kibicom, ale szkolenie młodzieży i zasilanie najlepszymi wychowankami reprezentacji narodowej. Trzeba o tym pamiętać, bo łatwo przy tym – jeżeli nie unikniemy popadnięcia w skrajność, którą jest w tym przypadku powolny zanik w polskich zespołach ligowych polskich zawodników – obudzić się któregoś dnia z ręką w nocniku. Pryśnie sen o potędze biało–czerwonych i spirala popularności zacznie skręcać się w drugą stronę, podobnie jak miało to miejsce z koszykówką, która nie może podnieść się z bolesnej zapaści po okresie bardzo intensywnej hossy. Więcej umiaru i dalekowzroczności, panowie. Warto czasem popatrzeć na to, co zasłaniają góry.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-10-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved