Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > historia siatkówki > Halina Aszkiełowicz-Wojno: Zawsze coś się działo

Halina Aszkiełowicz-Wojno: Zawsze coś się działo

Halina Aszkiełowicz-Wojno jest ikoną w polskiej siatkówce kobiet. W rozmowie z dziennikarzem Gazety Wrocławskiej wspomina swoją zawodniczą karierę. - Kiedyś, po ciężkim treningu w górach, tańczyłyśmy boso w kawiarni w Zakopanem...

Piszą o Pani – córka Stanisława i Janiny Kadziewicz. Cóż to za Kadziewicze, bo obecny nasz reprezentant również pochodzi z okolic Olsztyna?

Do tej pory tego nie wyjaśniłam, choć planowałam. Miałam nadzieję spotkać Łukasza na ostatnim zjeździe z okazji 80-lecia PZPS-u, jednak jego Trefl był wtedy zajęty. Wiem tylko, że moja mama jeździła w te strony, z których on pochodzi. A w ogóle to moi rodzice urodzili się w tej samej wiosce pod Wilnem. W 1946 roku, jako trzeci rzut repatriacyjny, wysłano ich do Poznania, lecz pociąg zatrzymał się w Słupsku. Zobaczyli, że miasto nie jest zniszczone, że jest gdzie mieszkać, więc zostali. I tam zaczęłam grać w siatkówkę, najpierw w Czarnych, a następnie w tamtejszym WKS-ie Słupia. Klub to był wojskowy, zatem i dyscypliny uprawiano bardziej wojskowe, jak choćby piłkę ręczną, wtedy jeszcze 11-osobową. Na żeńską siatkówkę pieniędzy nie było. Pamiętam jednak, że wojsko jakoś wspomagało rodziców. Jako darowiznę – raz na jakiś czas – rzucało nam do piwnicy worek ziemniaków. Trochę to było śmieszne, ale i miłe. Na Dolny Śląsk puszczono mnie więc bez żalu.



I z Dolnego Śląska, w ramach rzutu olimpijskiego, trafiła Pani na igrzyska w Meksyku. Inne to było granie, bo systemem każdy z każdym, bez fazy pucharowej. Nie brakowało emocji?

Na pewno był to system najbardziej sprawiedliwy, pod warunkiem że nikt nikomu się nie podkładał. Tylko osiem drużyn i dwa tygodnie grania. Wtedy rządziły Japonia i ZSRR. Nie było co marzyć o ich pokonaniu, nawet po najlepszej walce. Dziś mamy grupy i fazę pucharową, ale to konieczność. Po prostu zespołów jest więcej.

Na igrzyska niekiedy trudniej się dostać, niż później zdobyć w nich medal. Polki dostały się trzykrotnie, medalu nie przywiozły tylko z Pekinu.

W Pekinie dziewczyny poniosły trzy porażki w stosunku 2:3. My miałyśmy więcej szczęścia, bo wygrywałyśmy po pięciu setach. Np. z Koreą Płd., rywalem nam nieznanym, bo przecież wtedy nie wyjeżdżało się na Zachód. Grano tylko w obrębie demoludów. 3:2 pokonałyśmy też Meksyk, prowadzony zresztą przez polskiego trenera. Nami opiekował się Benedykt Krysik.

Dokładnie rzecz ujmując, poprowadził Was po brąz, który biało-czerwone przywiozły też cztery lata wcześniej z Tokio.

W Japonii żeńska siatkówka debiutowała na igrzyskach, podobnie jak judo – narodowy sport tego kraju. Ja miałam wówczas 17 lat i choć jeździłam już na zgrupowania kadry, to jednak głównie się siatkówki uczyłam. Wtedy grały jeszcze zawodniczki, które w 1952 roku zdobyły w Moskwie wicemistrzostwo świata. W Meksyku stawka już się nieco wyrównała, choć pamiętajmy, że wtedy nie korzystano jeszcze z materiałów wideo. Z Peru i USA udało się jednak wygrać. Podobnie z Czechosłowacją, i to 3:0, choć one grały wówczas bardzo dobrze. Tym cenniejsze okazało się to zwycięstwo, że przed igrzyskami regularnie przegrywałyśmy z nimi 2:3.

Zresztą, sytuacja była wówczas nieciekawa. Grałyśmy przecież niedługo po wjeździe naszych wojsk za południową granicę. I one miały do nas o to żal, co wcale mnie nie dziwi. Też bym miała. A to były naprawdę nasze serdeczne koleżanki, często się spotykałyśmy na cyklicznych turniejach. W Meksyku korzystałyśmy nawet z ich masażysty i lekarza, bo naszych władz nie było stać na taki luksus. Dziś wygląda to zupełnie inaczej.

Wyjazd do Meksyku w tamtych szarych czasach nie był jednak przeżyciem wyłącznie sportowym.

Ja tam się nauczyłam pokory. Wcześniej wydawało mi się, że jesteśmy pępkiem świata, tymczasem w Meksyku wciąż nas pytali, gdzie ta Polska leży. Niektórzy myśleli, że w Afryce, inni, że gdzieś na Dalekim Wschodzie. Mało kto miał świadomość, że jesteśmy sąsiadami takich potęg jak Niemcy i ZSRR. Pamiętam, że przylecieliśmy na igrzyska już dwa tygodnie przed rozpoczęciem, co nie było bez znaczenia. Miasto leży przecież na wysokości ponad 2200 m n.p.m. Powietrze jest tam rzadkie, lecz siatkówce aż tak bardzo to nie przeszkadzało. U nas jest przecież akcja, a po niej zawsze spokój. Czas na głębszy oddech. Co innego biegi, gdzie tego czasu nie ma. Badeński musiał po osiągnięciu mety korzystać z aparatu tlenowego, bo nieciekawie z nim było. Wspominam też te igrzyska jako bardzo serdeczne. Masa była zwiedzających, a wewnątrz wioski znajdowała się wioska kobieca z żeńskimi służbami mundurowymi i żeńską obsługą. My miałyśmy wstęp wszędzie, mężczyźni natomiast do naszej wstępu nie mieli. Mimo to, jak mówię, było serdecznie. Kontrola niesamowicie została wzmożona dopiero po makabrycznych wydarzeniach w Monachium cztery lata później.

Dziś Meksyk kojarzy się przede wszystkim z fenomenalnym rekordem świata (8,90) Boba Beamona. Co ciekawe, w sobotę 40. rocznica tego skoku w XXI wiek.

I ja tego Beamona widziałam z bliska, już po tym skoku. To, czego on dokonał, dotarło do nas, siatkarek, dopiero wtedy, gdy jego wyczyn porównałyśmy z naszym boiskiem. Połowa ma przecież 9 metrów. W ogóle miałyśmy w Meksyku możliwość trenowania na powietrzu, więc przyglądałyśmy się często lekkoatletom. Nasza sztafeta 4×400 m całymi godzinami ćwiczyła przekazywanie pałeczki.

W Pani ekipie grała m.in. Barbara Hermel, który wyszła za Andrzeja Niemczyka. Medalistką z Tokio była natomiast Danuta Kordaczuk, późniejsza żona Huberta Wagnera. Wybitni trenerzy polowali na wybitne zawodniczki?

Zdarzało się. To naturalne, że gdy się wszędzie razem wyjeżdża, to może się tak skończyć. Obaj nie błyszczeli może jako zawodnicy, ale doskonale siatkówkę rozumieli i potrafili umiejętnie przekazać to, co chcieli. Pamiętam, że przed MŚ w Burgas (1970) Wagner chętnie zaglądał na nasze treningi, przekazując informacje. Dowiedziałam się, jak na krótką chodzić, jak do zawodniczki się ustawić, na co zwracać uwagę przy siatce. Samej trudniej byłoby do tego dojść. A gdy chodzi o takie małżeństwa, w nich jednak musi iskrzyć. Bo to się wszystko przenosi do domu. Związek Wagnera przetrwał, Andrzej był w trzech związkach. Legalnych, oczywiście. O innych się nie wypowiadam.

Pani też wyszła za trenera, tyle że judo.

Pracował w Szkolnym Związku Sportowym. Przyjeżdżał na kontrole do MKS-ów i po prostu spotkaliśmy się w środowisku. To życie rodzinne najgorzej nam nie wyszło, a trójka dzieci poszła w nasze ślady. Np. Ania została siatkarką, występowała m.in. w Gwardii, a teraz jest zawodniczką i trenerką w Volley Oslo. Iwona grała w koszykówkę w USA, tam skończyła studia i daje sobie radę. Kiedyś, kiedy grałyśmy mecz na wyjeździe z Płomieniem Sosnowiec, dała się we znaki sędziemu. Była malutka, w trakcie meczu podeszła do niego i zaczęła krzyczeć: „prose pana, ja jus tu nie chce być. Mama ma jus psestać grać”. Arbiter przerwał grę, zapytał, czyje to dziecko, a ja musiałam przepraszać.

I w końcu przestać grać. Co było po karierze?

Trochę jeszcze pograłam. Na dwa sezony (78/79-79/80) trafiłam do Bergamo i do Potenzy, poniżej Neapolu. Tam trzęsienie ziemi zniszczyło naszą halę i wróciłam do Polski. Urodziłam syna, którego bardzo chcieliśmy. Wcześniej, po macierzyństwie z Iwoną, „olimpijką” (rocznik 72 – WoK), wróciłam nawet do kadry, ale – mimo pomocy mamy i siostry – nie było łatwo pogodzić te nowe obowiązki z występami. Trzeba mieć twardy charakter, by bez skrupułów poświęcić się sportowi kosztem dziecka. Później pracowałam w zakładach energetyki i w budżetówce. W urzędzie rejonowym na Podwalu i w urzędzie marszałkowskim. Dziś jestem na emeryturze i mile sport wspominam. Zawsze coś się działo. Kiedyś po ciężkim treningu w górach tańczyłyśmy boso w kawiarni w Zakopanem. Muzyka nas porwała. Kiedyś…

Halina Aszkiełowicz

Urodziła się 4 lutego 1947 roku w Słupsku. Absolwentka wrocławskiej WSE (1970) i Akademii Ekonomicznej. Grała m.in. w Polonii Świdnica i Odrze Wrocław. 2-krotna medalistka ME (srebro w Izmirze 1967 i brąz w Reggio Emilia 1971). Brąz igrzysk w Meksyku, gdzie Polki pokonały Peru, Meksyk, Czechosłowację, Koreę i USA. Wyszła za Adama Wojnę. Ma dwie córki i syna.

* Autor – Wojciech Koerber – POLSKA Gazeta Wrocławska

źródło: Gazeta Wrocławska, naszemiasto.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
historia siatkówki

Więcej artykułów z dnia :
2008-10-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved