Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Lubię kłótnie, psiakrew!

Po bloku: Lubię kłótnie, psiakrew!

fot. archiwum

Przyznam szczerze, uwielbiam się kłócić. Mówię to wprost i bez ogródek, nie ubierając przy tym samego pojęcia kłótni w niezwykle piękne słowa typu: „konstruktywna wymiana poglądów” albo „rzeczowa dyskusja” czy inne tam takie...

Dlatego wypowiedź pana Mirka Porosy była balsamem na moje zbolałe serce, ponieważ już od pewnego czasu nie miałem okazji do ukochanego zajęcia, kontentując się jego namiastką w postaci banalnych sporów małżeńskich.

Właściwie, czyniąc zadość rutynowym obowiązkom felietonisty, powinienem napisać coś na temat rozpoczynającej się ligi, przeanalizować składy, określić notowania i podać swoje typy na mistrzostwo Polski – temat i na czasie, i komfortowy, i podany na talerzu. Jednak tak już mam, że nigdy nie mogę się oprzeć temu, co lubię najbardziej, więc temat ligi odkładam na potem, aby pospierać się trochę z mym adwersarzem.

Od razu na wstępie przyznaję, że pana Mirka Porosy, podobnie jak on mnie, nie znam osobiście. Powiem więcej: bez specjalnej skruchy przyznaję również, że nie słyszałem dotąd nigdy o zespole siatkarzy Ryerson Rams oraz programie rozwoju siatkówki w Ryerson University. Może dlatego, że jak na razie program ów rozwinął kanadyjską siatkówkę dosyć średnio, o czym może świadczyć choćby miejsce Kraju Klonowego Liścia w oficjalnym rankingu FIVB. Mniejsza zresztą z tym. Wypowiedź pana Porosy była dla mnie niezwykle cenna, bo rzuciła snop światła na skryte marzenia niektórych ludzi, którzy „robią” profesjonalnie w siatkówce. Wydaje mi się, że modlić się tylko należy, aby była to część możliwie jak najmniejsza. Najmniejsza dlatego, że marzenia owe zakładają uzyskanie patentu na mądrość wyłącznie przez grupę wybrańców, dla całej reszty pozostawiając jedynie możliwość pokornego przyjmowania do wiadomości decyzji i działań owej grupy. To jest do zrozumienia, kochania i popierania. Bez prawa krytyki, nawet konstruktywnej, i prawa do własnego zdania.



Doskonałym zaiste pomysłem na zrealizowanie marzeń owego areopagu licencjonowanych posiadaczy jedynej słuszności jest, aby o siatkówce merytorycznie mogły wypowiadać się jedynie osoby, które co najmniej przez pięć ostatnich lat zajmowały się pracą trenerską na wysokim poziomie. Rozumiem, podążając za tokiem myślenia mego antagonisty, że pozostali wielbiciele siatkówki (w tym zasłużeni, a obecnie chwilowo nie pracujący w zawodzie trenerzy, mistrzowie olimpijscy i świata, dziennikarze sportowi, działacze, oraz mający ochotę dyskutować o siatkówce kibice) mogą co najwyżej mówić i pisać w kategoriach, które można sprowadzić do dwóch popularnych sloganów, to jest do: „Polska, biało–czerwoni” oraz „Polacy, nic się nie stało”. Pewne wątpliwości budzi co prawda określenie kryteriów owego wysokiego poziomu (bo trudno stwierdzić, czy na przykład były trener kadry budujący od podstaw zespół drugoligowy reprezentuje jeszcze ów poziom, czy już nie) podobnie jak wytypowanie ciała, które takowe kryteria będzie ustalać i weryfikować. Uważam jednak, że są to szczegóły techniczne i mogą zostać bardzo szybko rozwiązane. Przy okazji ustali się również sankcje dla tych, dla których w siatkówce nie powinno być miejsca, to jest reprezentujących dyletanctwo, średniactwo, malkontenctwo i pseudo-fachowość. Dodatkowymi sankcjami będzie również można objąć ludzi, którzy, „mając udostępnioną możliwość trafiania poprzez media ze swoimi opiniami do szerokich gremiów, zamiast obiektywnej oceny sytuacji, serwują czytelnikom swoje myśli przepojone emocjami”, co kubek w kubek odpowiada definicji niezależnych felietonistów, dla których właśnie serwowanie owych myśli jest zawodem wykonywanym. Można na przykład objąć ich zakazem druku, dożywotnim banem internetowym, zakazem wypowiedzi publicznych – co kto woli. Wtedy dopiero będziemy mieli nieustającą szczęśliwość i harmonię, nie zakłócaną przez dziennikarzy i cyklistów.

A może być jeszcze lepiej, jeżeli, według przedstawionych założeń, trenerzy stworzą wzajemnie popierający się i hermetyczny układ, opierając się na sewrskim wzorcu środowiska lekarskiego. Zaiste, trudno o lepsze, nomen omen, lekarstwo na wszelkie bolączki dyscypliny. Konia z rzędem temu, kto chciałby udowodnić któremuś z szacownych eskulapów błąd w sztuce zważywszy, że prawo do oceny zaistnienia owego błędu mają wyłącznie jego koledzy po fachu. Ciągnące się latami procesy (vide głośny proces o błąd w sztuce lekarskiej wytoczony przez byłego ministra sprawiedliwości), regularnie oddalane skargi pacjentów którym a to pozostawiono w żołądku jakieś zapomniane nożyczki, a to obcięto nie to co trzeba, a to zaaplikowano wewnętrznie to, co się stosuje wyłącznie na zewnątrz, niemoc powołanych przez NFZ rzeczników praw pacjenta to zaiste najlepszy z możliwych do przyjęcia wzorów, gwarantujący absolutny i pełny komfort pracy, bez szans na przeprowadzenie jakiegokolwiek rozliczenia. Przyjęcie tego wzoru oznacza, że zdegustowani brakiem wyników danego szkoleniowca kibice i dziennikarze mogą pisać podanie do przysłowiowego składu węgla lub odwoływać się do ośrodka inseminacji bydła (dawniej: pisać na Berdyczów), ponieważ ich opinia o wątłych kwalifikacjach tego czy owego trenera przez jego kolegów potwierdzona być nie może, ba, może za to stanowić podstawę do wspomnianych przeze mnie powyżej dotkliwych sankcji, usuwających raz na zawsze chorą narośl ze zdrowej tkanki siatkarskiej społeczności.

Jeżeli pomysły takie istotnie lęgną się w głowach ludzi, zawodowo trudniących się procesem szkolenia, ale i jednocześnie i wychowywania innych ludzi, którzy często potem przejmują pałeczkę w sztafecie siatkarskich pokoleń, to istotnie trzeba albo jak najszybciej umierać, albo przerzucić się na opiniowanie smaku kiszonej kapusty z kwaszarni krajowych, które jeszcze nie zdążyły zawiązać korporacji, wobec czego panuje wśród nich zdrowa i nieskrępowana konkurencja, nie grożąca póki co utratą praw zawodowych po wyrażeniu opinii o kiepskiej jakości degustowanego warzywa. Bo prowadzą one dokładnie w przeciwnym kierunku, w którym zmierza współczesny świat, to jest w kierunku pełnego dostępu do informacji, transparentności procesów i swobodnego wyrażania swych opinii i sądów. Jeżeli, trzymając się nomenklatury lekarskiej, istotnie lepiej jest zapobiegać niż leczyć, to wyrażona w dobrej wierze opinia lub rada z pewnością nie może zaszkodzić dobru dyscypliny, ale często może pomóc w uniknięciu już na wstępie sytuacji, które potem pojawiają się w raportach byłych szkoleniowców jako główne przyczyny ich niepowodzeń. Przyczyny, gdzie na ogół jednego nie można się doszukać: wskazania popełnionych błędów własnych.

Wołanie o transparentność nie jest bynajmniej nagonką na pracujących po 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodni szkoleniowców (nawiasem mówiąc, polecałbym wygospodarowanie nieco czasu bodaj na podstawowe potrzeby wynikające z fizjologii). Jest próbą przekonania niektórych z nich, że nie każdy, kto wyraża opinię o dyscyplinie jest czyhającym na ich stanowisko zawistnym konkurentem. Że nie tylko możliwa, ale i częsta jest sytuacja, że opiniodawcą kieruje po prostu chęć pomocy, podpowiedzi, czy choćby tylko zwrócenia uwagi na to, co jego zdaniem, nie do końca pomaga rozwojowi ulubionej dyscypliny. A pomocy nigdy odrzucać nie należy. Żadnej.

Andrzej Karbownik

Inżynier metalurg, szef strategii i rozwoju jednej z polskich hut.
Były zawodnik i trener wielu mało znaczących zespołów siatkarskich.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-10-10

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved