Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Tajemnice szatni i alkowy

Po bloku: Tajemnice szatni i alkowy

fot. archiwum

No, powiem wam, to na dłuższą metę nie do wytrzymania jest. Jak tylko nikt nie pilnuje interesu, to wszystko się od razu sypie, rozłazi się w szwach a nawet, powiedziałbym, ewoluuje w niekontrolowanym kierunku.

Słowem, z dobrze poukładanego, wydawałby się niedawno, biznesu, robi się, mówiąc językiem przedwojennych ujeżdżalni, smark i woda.

Wystarczyło, że tylko na trochę wyjechałem z kraju, a tu pod moją nieobecność posłowie kłócą się o alimenty, minister wprowadza kuratora do PZPN, banki się chwieją a Komisja Europejska żąda upadłości stoczni. Po prostu kompletny brak kontroli nad sytuacją. W siatkówce nie inaczej: jeszcze niedawno PZPS, zawodnicy i były selekcjoner obcałowywali się medialnie, a obecnie obrzucają się wzajemnymi oskarżeniami najcięższego kalibru, które rodzą podejrzenia że to, co działo się tak naprawdę w reprezentacji za kadencji południowoamerykańskiego Napoleona, odbiega nieco od obrazu przedstawianego dotychczas powszechnie.

Wiadomość o przepychankach słownych pomiędzy byłym trenerem Lozano i niektórymi kadrowiczami powziąłem byłem w Moskwie, konkretnie w kafejce przy placu Czerwonym. I choć zepsuła mi ona całkowicie całkiem przyjemną kontemplację widoku cerkwi Wasyla Błogosławionego, urozmaiconą degustacją kolejnych produktów petersburskiego browaru Bałtika (notabene długoletniego sponsora tamtejszych siatkarskich zespołów), to skłoniła mnie ona równocześnie do zastanowienia się nad pewnym istotnym problemem. Mianowicie, czy słuszne jest ogólnie panujące (a przynajmniej deklarowane) przeświadczenie, że wszelkie problemy czy to drużyn klubowych, czy to drużyn reprezentacyjnych winny być skrzętnie ukrywane w zaciszu szatni i powinny obchodzić wyłącznie trenera i zawodników, bez możliwości poinformowania o nich nie tylko opinii publicznej, ale nawet jednostek sprawujących nadzór nad danym zespołem, czyli zarządów klubów i związków sportowych?



Przyznam, że w ostatnim okresie mam w tym zakresie coraz więcej wątpliwości. Ot, choćby omawiany przykład reprezentacji siatkarzy. Według często i chętnie składanych deklaracji obu stron współpraca na linii trener – zawodnicy stanowiła jedną wielką sielankę, opartą na wzajemnym zaufaniu i stosunkach nieomalże rodzinnych, w układzie: dobry, mądry ojciec i posłuszne, zapatrzone w niego dzieci. I po upływie krótkiego czasu okazuje się, że owe dzieci to grupa leniów, którzy pod byle pozorem uchylają się od pełnienia swoich obowiązków, a sympatyczny tata to w gruncie rzeczy tyran, który, zapatrzony we własne ego i kieszeń wyciska ze swoich pociech siódme poty nie dbając ani o ich kondycję fizyczną, ani o psychiczną. Jeżeli przyjąć, że opcja prezentowana obecnie (to znaczy od czasu, kiedy obie strony opuściły już wspólnie zajmowaną szatnię) jest prawdziwa, to na naszą klęskę na mistrzostwach Europy i niepowodzenie na olimpiadzie należy spojrzeć w zupełnie innym świetle. W tym świetle przyczyny naszych porażek nie sprowadzają się, tak jak nam wmawiano dotychczas, wyłącznie do sił wyższych (kontuzje, gradobicia, wylewy rzek, wybuchy wulkanów, globalne ocieplenie) ale do głębokich rozdźwięków w łonie samej drużyny, napięć na linii szkoleniowiec – zawodnicy oraz do bardzo istotnych różnic w zakresie motywacji obu stron. A to zupełnie inna para kaloszy.

Należy zatem zastanowić się, czy gdyby prawda o panującej w zespole sytuacji była znana wcześniej, można byłoby podjąć działania zmierzające w kierunku naprawy zaistniałej sytuacji. A mówiąc językiem prostym, czy można założyć, że na ME nie doznalibyśmy rozpaczliwej klęski, a na IO weszlibyśmy do czwórki? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo problem jest złożony. Ale niezależnie od jego złożoności mogę postawić dolary przeciwko orzechom, że na pewno nie byłoby gorzej. Z całą pewnością zaś uniknęlibyśmy żenujących scen, które miały miejsce po zwolnieniu fotela selekcjonera przez Raula Lozano. Padłoby znacznie mniej gorzkich słów i znacznie mniej wzajemnych oskarżeń. A to już dużo. Bardzo dużo. Wszelkie bowiem animozje i oskarżenia zostawiają trwałe ślady na psychice i duszy, które mają to do siebie, że nigdy nie goją się trwale, ale otwierają się przy kolejnej tego typu sytuacji. I na pewno nie sprzyja to koncentracji i chęci do pracy, które są absolutnie niezbędne, jeżeli marzy się o odnoszeniu sukcesów najwyższych, to jest nie na miarę miasta i gminy, ale świata.

Przeświadczenie, że problemy drużyny mogą być rozwiązane wyłącznie w szatni jest, według mnie, przejawem głębokiej pychy, zakłada bowiem, że każdy spoza wąskiego kręgu wtajemniczonych jest kompletnym kretynem, i to kretynem pełnym złej woli, ponieważ jego jedynym celem jest nie pomoc, ale zakodowana w genach chęć szkodzenia i pogoni za sensacją. Nie zakłada natomiast, że istnieją ludzie, którym często leży na sercu nie tyle osiąganie własnych korzyści, ile dobro dyscypliny, z którą częstokroć byli związani przez całe swoje życie, a którzy naprawdę posiadają wiedzę i umiejętności, z których grzechem byłoby nie skorzystać. Działania wielu trenerów i zawodników przypominają często działania głęboko nieszczęśliwego małżeństwa, które nijak nie może rozwiązać swoich intymnych problemów i które drży przed traumą każdej wspólnie spędzonej nocy, ale które jednocześnie zapiera się tylnymi łapami przed pójściem do poradni małżeńskiej lub seksuologa zakładając fałszywie, że nie tylko nie potrafią im tam pomóc, ale że ich wstydliwie ukrywane problemy ujrzą światło dzienne i staną się przedmiotem publicznej dyskusji oraz przedmiotem kpin i naigrawań. Zatem utrzymuje się wszelkimi siłami fałszywy obraz szczęśliwej pary, aż do burzliwego rozwodu, podczas którego na rozprawie sądowej obie strony z lubością wywlekają na światło dzienne tak dotychczas skrywane sekrety, mając na celu jak najgłębsze poniżenie partnera, a tym samym maksymalne zredukowanie własnej odpowiedzialności.

Sądzę zatem, że należy raz na zawsze zerwać z fatalną praktyką ukrywania pod korcem trudności i problemów rodzących się w łonie zespołów sportowych. Pokazanie ich w świetle nawet nie jupiterów opinii publicznej, ale zwykłej nocnej lampki stosownych władz danego związku na pewno nie przyniesie szkody, aczkolwiek na pewno trochę zaboli. Per saldo jednak ból zawiedzionych nadziei i nie spełnionych marzeń na pewno będzie większy. Podobnie jak stres związany z wizytą w kameralnym gabinecie lekarza na pewno jest mniejszy niż stres związany z zeznaniami na obszernej i nieprzyjaznej sali sądowej. Opinię tę dedykuję zarówno władzom związków sportowych (ze szczególnym uwzględnieniem PZPS) jak i przyszłemu terenowi reprezentacji biało czerwonych.

A tak na marginesie: powiem nieskromnie, że jak tylko wróciłem do Polski po kilkutygodniowym plątaniu się po Czechach, Słowacji, Niemczech i Rosji, sytuacja natychmiast wraca do normy: senat USA uchwala plan ratunkowy dla banków, minister Drzewiecki przyjacielsko rozmawia z PZPN a stocznie obmyślają plan ratunkowy. Słowem, przez kilka najbliższych miesięcy krokiem nie ruszę się z kraju. Po prostu nie mogę ryzykować.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-10-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved