Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski mężczyzn > Raul Lozano: Odchodzę, bo stałem się zbyt niewygodny

Raul Lozano: Odchodzę, bo stałem się zbyt niewygodny

- Nie czuję ani zawodu, ani ulgi. W pewnym momencie zrozumiałem po prostu, że to jest już koniec, że nie mogę dłużej pracować z waszą reprezentacją - powiedział już były trener polskiej reprezentacji siatkarzy, Raul Lozano w rozmowie z Robertem Małolepszym i Miłoszem Marczukiem.

Ale jeszcze w Pekinie, dzień po porażce z Włochami, powiedział mi Pan, że będzie dumny, jeśli dalej będzie mógł pracować z polską reprezentacją.

Raul Lozano: Tak, ale moja wizja tego, co powinno dalej się dziać z reprezentacją, w ogóle z polską siatkówką, kompletnie rozmija się z tym, co myślą prezes Mirosław Przedpełski i szef ligi Artur Popko. Ja teraz jestem dla nich niewygodny. Prezes Przedpełski ma za miesiąc wybory. A ja nie jestem w środowisku popularny. Polityka okazała się ważniejsza.



Czyli jednak czuje pan gorycz?

To nie jest gorycz. Nasze stanowiska są całkowicie rozbieżne i tyle. Działacze twierdzą, że ze mną nie da się dyskutować. Da się, ale ja wysuwam bardzo precyzyjne argumenty. Już teraz wiem, co trzeba zrobić, by pójść dalej, by zrobić kolejny krok. Działacze widzą zupełnie co innego.

Jakie więc były założenia nowego programu, który przedstawił pan podczas ostatniej rozmowy z prezesem Przedpełskim?

Ja nie przedstawiłem już programu, chociaż byłem o to poproszony. Nie chciałem. Idąc do prezesa, wiedziałem już, że nasza dalsza współpraca nie ma sensu, że się nie dogadamy.

W czym aż tak bardzo się różnicie?

Choćby w ocenie sytuacji w lidze. Prezes mówi, że jest świetnie, a ja mówię, że jest źle. Najbardziej utalentowani polscy zawodnicy, zamiast grać, rozwijać się, trafiają na ławki rezerwowych, bo kupują ich kluby, a w zasadzie klub, który ma tylu graczy, że starczyłoby na dwie silne drużyny.

Ma Pan na myśli Skrę Bełchatów, która przed sezonem ściągnęła do siebie między innymi Bartosza Kurka, Jakuba Jarosza i Marcina Możdżonka?

Tak. Dla klubu to dobra sytuacja, ale dla polskiej siatkówki bardzo zła. Przecież w Skrze i Kurek, i Jarosz będą siedzieć na ławce. Tak jak Bąkiewicz od dwóch sezonów. Rezerwowi tej ekipy stworzyliby czwartą, piątą siłę w lidze. Walki o tytuł praktycznie nie będzie. Nikt nie zagrozi Skrze. Za to dwie z czterech drużyn, które w zeszłym sezonie były bardzo mocne, teraz nie będą się liczyć – mówię o Olsztynie i Częstochowie.

Co związek ma do tego. Przecież mamy wolny rynek?

Czy polskie państwo nie reguluje zasad produkcji żywności, czy nie ustala norm produkcji? Dla siatkówki państwem jest związek. Oni mogą wszystko. Trzeba dyskutować, próbować dogadać się, a nie udawać, że problem nie istnieje.

Co jeszcze jest złe?

Żeby była jasność, uważam – jak wszyscy – że polska siatkówka ma ogromne perspektywy. Reprezentacja jest w stanie wejść na stałe do elity, ale nie można opowiadać, jacy to jesteśmy wielcy, jaką mamy mocną, ponoć już drugą w Europie, ligę, bo to wciąż nie jest prawda. Myśląc o mistrzostwach świata w 2014 r., które odbędą się w Polsce, trzeba zrobić wszystko, by Jarosz, Możdżonek, Kurek nie siedzieli w klubie na ławce. To będzie skandal! Jeśli nie rozwiążecie tego i kilku innych problemów, za dwa, trzy lata przeżyjecie bolesny upadek.

Konkretnie jakich problemów?

Przez cztery lata mówiłem, co trzeba robić.

W środowisku panuje dokładnie odwrotna opinia. Pojawiają się zarzuty, że koncentrował się pan wyłącznie na kadrze. Że programu, jak rozwijać siatkówkę, który miał pan stworzyć, nie było?

Kłamstwo. Ja ciągle mówiłem, co trzeba robić, ale nie publicznie. W 2005 r. przekazałem szefom dziesięciopunktowy program, jak rozwinąć polską ligę. Do dziś zrealizowano dopiero osiem z tych punktów. Jeden z najważniejszych, czyli wprowadzenie jednolitej statystyki opartej na programie Data Volley, z którego korzysta cały siatkarski świat, ziści się dopiero w tym roku. Więc o czym my mówimy. Kolejny przykład – to ja postulowałem, żeby od 2005 r. w play-off nie rozgrywać meczów w halach, które nie mają nawierzchni terraflex. To są niby drobiazgi, ale decydujące o tym, czy działamy na najwyższym światowym poziomie, czy wciąż udajemy tylko profesjonalistów. Zrobiłem sześć kursów dla polskich trenerów. Dwa prowadziłem ja. Wzięło w nich udział za każdym razem po 100 szkoleniowców. Poza tym dwa razy w Polsce był Julio Velasco [najsłynniejszy argentyński trener, to on stworzył potęgę włoskiej reprezentacji – przyp. red]. Były szkolenia z Danielem Castellanim [obecny szkoleniowiec Skry] i Ferdinando de Giorgi [jeden z najlepszych włoskich trenerów, obecnie szkoleniowiec Sebastiana Świderskiego w Lube Banca Macerata].

Po tych czterech latach w Polsce czuje pan dumę czy raczej niedosyt?

Wielką dumę i ogromną wdzięczność. Dumę z mojej drużyny, zawodników. Wdzięczność Polsce, Polakom i federacji, która dała mi możliwość pracy w tak niesamowitym dla trenera siatkówki miejscu, jakim jest wasz kraj.

Najpierw Pan narzeka na działaczy, a teraz ich Pan chwali?

Oddzielmy dwie sprawy – przyszłość i przeszłość. Te cztery lata to było zdecydowanie największe i najlepsze wydarzenie w moim zawodowym życiu. Jedyne, co było złe przez ten czas, to rozłąka z rodziną. Choć wielu twierdziło, że mnie nie było, to ja spędzałem u was zdecydowaną większość czasu. W 2005 r. byłem w Polsce dziewięć miesięcy, w 2006 jedenaście, w 2007 dziewięć i pół, a w 2008, choć mamy dopiero wrzesień, już siedem i pół miesiąca. Ale dziennikarze woleli pisać, że Lozano to trener wirtualny, bo takie tytuły lepiej sprzedają się w gazetach. A niektórzy działacze chętnie to podchwycali, choć ja w Polsce przebywałem więcej niż choćby Leo Beenhakker czy Marco Bonitta.

Pańscy krytycy mówią, że przez te cztery lata wygrał Pan tak naprawdę tylko raz, w mistrzostwach świata, a w pozostałych imprezach drużyna wcale nie grała lepiej niż za pańskich poprzedników.

Wiem, tak piszą choćby w „Przeglądzie Sportowym”, ale to nieprawda. Trzy razy byliśmy przez te cztery lata w finale Ligi Światowej. Dwa razy stanęliśmy na podium. Ile razy byliście wcześniej w finale? Dwa, z tego raz tylko dlatego, że go organizowaliście. Moja drużyna bilety na finał, nawet ten w Katowicach, wywalczyła sama. Wygraliśmy też Memoriał Wagnera. Cały czas byliśmy w czołówce rankingu światowego. Jeśli to jest gówno warte, to OK. Jeśli ktoś mówi, że zdobyliśmy tylko jeden medal, robi ludziom wodę z mózgu, obraża ich inteligencję.

Pojawił się też zarzut, że zostawia Pan w Polsce spaloną ziemię. Że w kadrze nie ma następców Gruszki, Świderskiego, Murka czy Zagumnego.

Kolejna głupota. Ze składu z igrzysk w Atenach zostało przecież tylko czterech zawodników. To jest spalona ziemia? Kurek, Możdżonek, Nowakowski, Woicki, Wika. To przecież są bardzo młodzi gracze, a każdy był już na przynajmniej jednej dużej i ważnej imprezie. Oni razem z Mariuszem Wlazłym i Michałem Winiarskim będą stanowili o sile drużyny podczas mistrzostw świata w 2014 roku.

Ale z jednym zarzutem musi się pan zgodzić. Przed igrzyskami w Atenach mówiło się, że nasza drużyna może z każdym wygrać, ale też z każdym przegrać. Po czterech latach pańskiej pracy wróciliśmy do punktu wyjścia. Przed wyjazdem do Pekinu znów można było o was powiedzieć – każdego możecie pokonać, każdy, nawet Estonia, może być dla Was groźny.

Prowadzenie drużyny to jest praca cykliczna, co sezon zamykamy jakiś etap i otwieramy nowy. To, co wywalczyliśmy wcześniej, nie ma żadnego znaczenia. Startujemy zawsze od zera. Przez te cztery lata wygraliśmy ze wszystkimi największymi drużynami świata, poza Brazylią. Na najważniejszych imprezach byliśmy w formie. Także podczas igrzysk w Pekinie. Dlaczego? Bo zaprogramowaliśmy formę tak, by najwyższa była w Chinach, a nie wcześniej. Dlatego zdarzyło nam się kilka wpadek.

Dlaczego nie udało się w takim razie zaprogramować dobrego startu w mistrzostwach Europy w Rosji, gdzie mieliście walczyć o złoto, a zajęliście najgorsze od lat 12 miejsce?

A, aaa. AAAAA!!!! OK. OK. Nie wyszedł nam jeden turniej. Ten jeden, jedyny. Tak, przyznaje się. OK. OK. Życzę wam, by nowy trener, który obejmie teraz reprezentację, miał takie wyniki. Jedna wpadka na cztery lata.

[W tym momencie Raul zaczyna się śmiać, wstaje od stołu, dziękuje za wywiad i wychodzi z pokoju. Nim namówiliśmy go na powrót, minęło kilka minut i musieliśmy obiecać, że o siatkówce rozmawiać już nie będziemy].

Polubił Pan polską wódkę?

O tak. Bardzo. Podobają mi się też bardzo polskie kobiety, zwłaszcza blondynki i rude.

Jeśli kiedyś zechce pan przyjechać z przyjaciółmi do Polski, to co im będzie pan chciał pokazać?

Na pewno Kraków, Wrocław, Warszawę. Nie byłem w Gdańsku, ale słyszałem, że też jest piękny. W Krakowie spędziłem jedne z najpiękniejszych w moim życiu świąt Bożego Narodzenia. Na razie jednak to ja chcę zabrać moich polskich przyjaciół do Argentyny i pokazać kraj.

Dużo ma Pan przyjaciół w Polsce?

Niezbyt wielu. Kilkoro, oczywiście poza moimi współpracownikami. Przeszkodą w zawieraniu głębszych znajomości był język polski, którego się niestety nie nauczyłem. To był mój największy błąd.

Przez lenistwo?

Chciałem, naprawdę. Ale język polski okazał się dla mnie za trudny.

Brakowało czasu na naukę?

Nie, czas był. Ale gdzie ja byłem? Na zgrupowaniach, gdzie mówiłem niemal wyłącznie po włosku. Rozumiem wiele, ale tylko jeśli chodzi o techniczne, siatkarskie sprawy. Gdy dziennikarze zadają mi pytania, wiele z nich rozumiem bez tłumaczenia, ale odpowiedzieć nie umiem. Na ulicy z ludźmi się niestety nie dogadam.

Jaka jest największa wada Polaków?

Zazdrość czy wręcz zawiść wobec tych, którzy osiągnęli sukces. No i popadanie w skrajności. Albo kogoś kochacie, albo kogoś nienawidzicie. Albo pompujecie balon oczekiwań do granic możliwości, albo ogłaszacie klęskę tam, gdzie jej nie było. U was od euforii do depresji jest bardzo blisko. Brakuje realnego podejścia do własnych możliwości. Mówię jednak przede wszystkim o sporcie, bo o tej dziedzinie mogę wypowiadać się autorytatywnie. Polacy są też pracowici, ale nie są otwarci na zmiany. Bardzo długo trzeba was przekonywać do czegoś nowego. No i jeszcze trenerzy klubowi traktowani są jak święte krowy, a krytykuje się tylko selekcjonera. Na świecie krytykuje się wszystkich po równo.

Żurek będzie Pan gotował sobie w Argentynie?

Kocham tę zupę, kocham też pierogi, ale to polskie dania. U nas ich nie ma.

Co zabierze Pan z Polski do Argentyny?

Przede wszystkim wspaniałe wspomnienia. Z rzeczy materialnych niewiele, głównie zdjęcia. No i moją książkę wydaną w Polsce. To pierwsza w życiu, i pewnie ostatnia.

Następna może będzie w języku japońskim, bo tam chce pan teraz pracować?

Nawet jeśli będzie po japońsku, to rozdział o Polsce i tak się w niej znajdzie, i będzie jednym z dłuższych.

Czego poza rodziną najbardziej brakowało panu w Polsce?

Ja uwielbiam chodzić do teatru, kina. Z powodów językowych nie mogłem jednak tego robić. Ale dzięki temu przez cztery lata strasznie dużo czytałem. Nadrobiłem wszystkie zaległości. Czytałem wszystko: powieści, książki techniczne, romanse, nawet o diecie.

Wracając do diety. Czy w Polsce można zjeść dobrego steka z argentyńskiej wołowiny?

Tak. Choćby w warszawskim Marriotcie czy Sheratonie. Ale ja nie szukałem steków. Jest cała masa knajp, gdzie można zjeść świetne polskie jedzenie.

Wciąż pan nie płaci rachunków w polskich restauracjach?

Teraz już płacę, ale przez dobry rok po srebrnym medalu w Japonii nie zapłaciłem za ani jedną kolację, bez względu jak wysoki był rachunek. To był naprawdę świetny czas.

Ostatnie pytanie będzie jednak o siatkówce. W Pekinie do strefy medalowej zabrakło Wam niewiele. Ale jednak zabrakło. Czego?

Dwóch piłek w meczu z Włochami.

Pod wodzą Lozano reprezentacja Polski wygrała 94 mecze. Przegrała 38. Dziękujemy Raul. Wiele się przy nim nauczyliśmy. Wszyscy – siatkarze, działacze, trenerzy, dziennikarze i kibice

Z Raulem Lozano rozmawiali Robert Małolepszy i Miłosz Marczuk – POLSKA Dziennik Zachodni

źródło: Dziennik Zachodni

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
reprezentacja Polski mężczyzn

Więcej artykułów z dnia :
2008-09-22

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved