Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Krajobraz po bitwie”

Po bloku: „Krajobraz po bitwie”

fot. archiwum

Już za kilka dni rozpocznie się największa w czteroleciu bitwa, popularnie zwana olimpiadą w Pekinie. Rozstrzygnięcia, które w niej zapadną nie są jeszcze znane. Ale znany jest mniej więcej krajobraz, który ujrzymy po jej zakończeniu.

Kiedy po piątym miejscu na igrzyskach w Atenach PZPS podjął decyzję z zerwaniu z wieloletnią praktyką wykorzystywania polskiej myśli szkoleniowej i zatrudnił fachowca spoza granic zakreślonych Odrą i Bugiem a także granitowymi szczytami Tatr i rozkołysanymi falami Bałtyku motywem przewodnim tejże decyzji była chęć pchnięcia polskiej siatkówki na zupełnie nowe tory, ba, dokonanie w niej wręcz rewolucji zarówno w zakresie merytorycznym, jak i mentalnym. Zatrudniony szkoleniowiec o uznanym nazwisku (co prawda, uznanym głownie w jednym kraju i to wyłącznie w kategorii „kluby”) miał zagwarantować uzyskanie standardów światowych w zakresie metodyki szkoleniowej, organizacji, fizjologii oraz taktyki. Młodzi adepci kierunków trenerskich mieli czerpać pełnymi garściami ze skarbnicy wiedzy argentyńskiego selekcjonera i grzać się w ogniu jego charyzmy i geniuszu na organizowanych permanentnie seminariach, konferencjach, kursach, spotkaniach i przenosić ową wiedzę niżej, do miast i miasteczek, gdzie jak grzyby po deszczu miały powstawać lokalne ośrodki szkolenia, będące niewyczerpanym źródłem nowych talentów, zasilających hojnie wszystkie możliwe reprezentacje.

Dziś, niezależnie od wyniku osiągniętego na igrzyskach olimpijskich, natrętnie narzuca się moim myślom słynne powiedzenie rosyjskiego premiera Czernomyrdina, który ongiś powiedział, że wszyscy chcieli jak najlepiej, a wyszło tak, jak zwykle. Bo jakież były efekty kadencji trenera Lozano w zakresie, nazwijmy to, pozasportowym? Z szumnie zapowiadanych seminariów, konferencji oraz innych kanałów przekazywania wiedzy w charakterze podstawowego kanału informacyjnego ostała się jedynie prasa, relacjonująca z lubością przepychanki słowne pomiędzy Argentyńczykiem o polskimi trenerami, właścicielami klubów oraz działaczami, wysoko postawionych notabli PZPS nie wyłączając. Zbawca polskiej siatkówki okazał się kłótliwym, kompletnie pozbawionym odporności na krytykę i zdolności koncyliacyjnych facetuszką, który regularnie wykorzystywał wszelkie luki swego menedżerskiego kontraktu aby urywać się do Argentyny, do swojej atrakcyjnej małżonki oraz młodocianych dziatek, w nosie mając plany PZPS w zakresie zrobienia czegokolwiek więcej poza wypełnianiem obowiązków szkoleniowych. Ba, nawet w tym ostatnim zakresie robił wyłącznie to, co konieczne, olewając całkowicie obserwacje rozgrywek ligowych i ograniczając się do podpowiedzi swego asystenta oraz do oglądania kaset wideo, które, jak wiadomo, dostarczają wszelkiej niezbędnej wiedzy, zwłaszcza jeżeli mają nagraną ścieżkę dźwiękową.

Nie doszło do żadnej współpracy z trenerami klubowymi, do żadnego, uzgodnionego obustronnie, zindywidualizowania treningów dla reprezentantów, żadnych prób przybliżenia szerszemu gremium nowych metod interpretacji statystyk, nowych metod w przygotowaniu fizjologicznym, nic z tych rzeczy (jeżeli doszło, to wie o tym bardzo niewiele osób). Jedynym przejawem jakichkolwiek działań spoza podstawowego zakresu obowiązków selekcjonera było znalezienie lekarza dla Michała Bąkiewicza, co wydaje mi się działaniem grubo poniżej deklarowanych oczekiwań. Na tle innego zagranicznego szkoleniowca, Leo Beenhakkera postać Lozano wypada bardzo blado, o ile nie żałośnie blado. W odróżnieniu od tego pierwszego argentyński guru nie znalazł ani chwili czasu, aby choć raz spotkać się z młodzieżą, przeprowadzić konsultacje z kadrą B, pojawić się na imprezie o ciężarze mniej sportowym, a bardziej promocyjnym (przy czym mam na myśli nie promocję sponsora reprezentacji, ale promocję dyscypliny). A przecież dla młodych ludzi spotkanie takie mogłoby być inspiracją do dalszej pracy, która przyniosłaby może owoce w przyszłości w postaci kolejnego pokolenia starającego się osiągnąć laury najwyższe. Niestety, nic z tych rzeczy…



Nawet w zakresie podstawowych obowiązków przypisanych trenerowi kadry nie osiągnięto moim zdaniem zakładanych celów, ponieważ z powodu permanentnej nieobecności selekcjonera nie prowadzono żadnych szerokich konsultacji z wyróżniającymi się zawodnikami ligi a tym samym uczyniono bardzo niewiele w zakresie budowy tzw. zaplecza. Raul Lozano oparł się w swej koncepcji sukcesu na zawodnikach uznanych i sprawdzonych przez swych poprzedników (wystarczy popatrzeć na pierwszą szóstkę reprezentacji), nie zadając sobie w ogóle trudu mozolnego wyłuskiwania z ligi nieoszlifowanych brylantów (że użyję takiego wyświechtanego określenia), o ich szlifowaniu nawet nie wspominając. Odnosi się wrażenie, że nowe twarze w kadrze są nie tyle efektem rozeznania jej sztabu szkoleniowego, ale raczej namolnych wezwań mediów domagających się powoływania tychże nowych twarzy. Podobnie ze szkoleniowcami: to nie Lozano wyszukał wśród młodych, zdolnych szkoleniowców swych potencjalnych współpracowników, ale raczej to oni wyszukali się sami, rzuceni przez los z ławek asystentów na głębokie wody ekstraklasy (mowa tu o Mariuszu Sordylu i Radosławie Panasie). Bo co by nie powiedzieć, Alojzego Świderka młodym można nazwać tylko przy bardzo dużej ilości dobrej woli.

Jakiż więc będzie ów wspomniany na wstępie krajobraz po bitwie? Wiemy już, że kontrakt z trenerem Lozano należy do przeszłości. I niezależnie od wyniku sportowych zmagań zostaniemy z systemem szkolenia, poziomem wiedzy i umiejętności, poziomem statystyk i analiz oraz organizacji dokładnie w takim samym miejscu, w jakim byliśmy przed czterema laty. Znów wrócimy (tym razem ze znacznie mocniejszymi argumentami) do nawoływania do osadzenia na selekcjonerskim posterunku wyłącznie Piasta (Jagiellonowie lub Sasi nie wchodzą absolutnie w grę), znów zaczniemy mówić o konieczności konsekwentnego przygotowania następców, unowocześniania szkolenia, poszerzania bazy (a może i nadbudowy), o współpracy, konsultacjach, seminariach, i tak dalej, i tym podobnie. A za kolejne cztery lata, zajmując zasłużone piąte miejsca w różnych ważnych imprezach międzynarodowych wypowiemy przytoczone już słowa premiera Czernomyrdina. Bo wyjdzie tak, jak zwykle. Chyba, że PZPS pójdzie po rozum do głowy i po raz pierwszy w historii pomyśli choć przez chwilę o tym, co będzie jutro. I nie chodzi tu bynajmniej o obsadę fotela prezesa FIVB.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-08-05

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved