Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: Tylko krowa nie zmienia optyki

Po bloku: Tylko krowa nie zmienia optyki

fot. archiwum

Liga Światowa przez długi czas była dla mnie solą w moim oku. Dziś moja optyka patrzenia na nią uległa pewnej ewolucji. Kiedyś patrzyłem na pewne rzeczy inaczej, dziś patrzę inaczej.

Poszukiwanie przyczyn owej ewolucji (o której za chwilę) zmusiło mnie do rozważenia kilku prawdopodobnych wariantów, wśród których pojawiało się między innymi: przyzwyczajenie oczu do znajdujących się w nim ciał obcych, niedobór soli w organizmie, generalne zobojętnienie na pojawiające się wokół coraz głupsze przedsięwzięcia, połączone ze sobą jedynie pragnieniem zbicia tzw. kasy oraz inne takie. Jednak, po gruntownym wejrzeniu w głąb siebie doszedłem do wniosku, że generalną przyczyną zmiany mojej optyki postrzegania Ligi Światowej jest duża dawka promieniowania elektromagnetycznego otrzymana podczas permanentnego wgapiania się w telewizor. Co cię nie zabije, to cię wzmocni – głosi stare przysłowie – zatem pomimo wszelkich przestróg lekarzy i ekspertów przed zgubnym wpływem szklanego ekranu na wzrok, spojrzenie moje jakby się wyostrzyło, a także, powiedziałbym, złagodniało.

Ligi Światowej przez czas długi nie znosiłem serdecznie, uważając ją za instrument zaprojektowany i wdrożony wyłącznie w celu wyciśnięcia dodatkowej kasy dla FIVB zarówno od poszczególnych federacji krajowych jak i stacji telewizyjnych. Instrument, który w sposób znaczący zwiększał obciążenia dla reprezentantów krajów mających w siatkówce coś do powiedzenia i, paradoksalnie, obniżał poziom imprez o ciężarze gatunkowym uznanym od lat (mistrzostwa świata i kontynentów, olimpiady) poprzez konieczność przygotowywania dwóch szczytów formy praktycznie w każdym sezonie (a wiadomo, że dwa grzyby w barszczu to o jeden za dużo). Dziś moje przekonanie o wyłącznie komercyjnym charakterze imprezy nie zmieniło się ani na jotę (w czym utwierdzają mnie horrendalne stawki wpisowego odprowadzanego do FIVB za sam udział w imprezie oraz równie horrendalne koszty transmisji telewizyjnych), jednak moje przekonanie o bezużyteczności a wręcz szkodliwości LŚ nieco osłabło, bo w całym tym bałaganie zacząłem dostrzegać pewne pozytywy. Powiem więc dziś tylko o owych pozytywach, opowieść o wadach pozostawiając sobie na kiedy indziej.

Po pierwsze, natura nie znosi próżni, a kasę chce zarobić każdy, zatem można wysnuć przypuszczenie, graniczące z pewnikiem, że przestrzeń czasowa zagospodarowana obecnie przez Ligę Światową prędzej czy później i tak zostałaby zawłaszczona w ten czy inny sposób, ukierunkowany właśnie na pozyskanie owej kasy. Klasycznymi przykładami na poparcie tej tezy mogą być organizowane przez CEV rozgrywki Ligi Europejskiej, udział znanych zawodników ligowych (w tym reprezentantów) w bawieniu się w piaskownicy (to jest, chciałem powiedzieć, w bardzo poważnych zawodach siatkarskich rozgrywanych na plaży) oraz wyjazdy (po zakończeniu rozgrywek ligowych) na krótkie saksy do krajów mających może niewiele wspólnego z siatkówką, ale za to znacznie więcej wspólnego z petrodolarami. Więc volens nolens przyznać trzeba, że okres regeneracji tak pożądany do niedawna przez wielu zawodników skróciłby się i tak (w tym często przy ich radosnej aprobacie), przy czym raczej z tytułu niekontrolowanych „fuch” niż z tytułu zajęć przynoszących korzyści zarówno zawodnikowi, jak i reprezentacji. Zatem wychodząc z tego założenia nie sposób nie stwierdzić, że Liga Światowa, wydłużając okres, podczas którego – zamiast krztuszenia się piaskiem lub objadania daktylami – reprezentanci ćwiczą i grają pod okiem selekcjonera, pewne korzyści kadrom narodowym jednak daje.



Po drugie, restrykcyjne przepisy FIVB w zakresie terminów i warunków zgłaszania składów drużyn (zapewniające, że niektórych spotkań nie gra się juniorami lub oldbojami, więc poziom utrzymuje się raczej w górnej strefie stanów średnich) powodują, że rozgrywki LŚ są znakomitą okazją do konfrontowania umiejętności poszczególnych reprezentacji z partnerami bardzo atrakcyjnymi lub co najmniej atrakcyjnymi. Zwalnia to federacje z konieczności samodzielnej organizacji niezbędnych spotkań sparringowych, a co za tym idzie, z konieczności uzgadniania terminów, mozolnych namawiań do udziału, negocjacji itp. Z polskiego punktu widzenia zaleta ta jest szczególnie ważna, ponieważ dotychczasowe doświadczenia w tej mierze fundowane nam przez kolejnych menedżerów reprezentacji bywały czasami dość traumatyczne. Wystarczy wspomnieć na przykład o obsadzie niektórych memoriałów im. Huberta Wagnera, zapowiadanych zawsze jako „małe mistrzostwa świata” a rozgrywanych zazwyczaj jako „mistrzostwa małego województwa”. Istotny jest tutaj również fakt, że terminy poszczególnych stadiów imprezy znane są z dużym wyprzedzeniem, co umożliwia rozsądne planowanie zarówno treningowe, jak i logistyczne.

Po trzecie, nie sposób nie dostrzec, że wyśmiewany uprzednio (w tym również przeze mnie) i dokonywany przez FIVB dobór uczestników całej imprezy, zapewniający udział krajom uchodzącym za siatkarsko egzotyczne kosztem marek stosunkowo nieźle uznanych na świecie (a na pewno znajdujących się wyżej w klasyfikacji tejże samej FIVB) sprawił, że owi siatkarscy outsiderzy zyskali szansę wyrwania się na szersze wody z zaklętego kręgu rozgrywek lokalnych. Tym samym siatkówka w tych krajach mogła odetchnąć szerszą piersią, zapoznać się z metodyką gry wielkich tego świata, zobaczyć, że sale siatkarskie mogą być czasami pełniejsze niż stadiony piłkarskie, przyjrzeć się technice siatkarskich gwiazd. Skutki tych nowych możliwości przechodzą najśmielsze oczekiwania: przez wszystkie długie lata, w trakcie których obserwowałem to, co dzieje się w światowej siatkówce nie miał miejsca tak szybki i masowy wzrost poziomu gry. Owszem, miały miejsce przypadki incydentalne – Włochy, USA, Holandia. Ale były to, podkreślam, wyjątki na tle. Masowy wzrost poziomu obserwowany obecnie jest zjawiskiem nowym, a Liga Światowa ma w nim niepodważalny udział, czego dowodzi fakt, że właśnie w tych rozgrywkach wzięliśmy baty od Egiptu, z którym po prostu nigdy byśmy się nie spotkali.

Po czwarte i ostatnie wreszcie, wykoncypowane przez FIVB nierozerwalne połączenie LŚ i telewizji dało siatkarskim kibicom obecnego pokolenia możliwości, o których jeszcze niedawno można było tylko pomarzyć. Jest rzeczą bez precedensu, że nie ma żadnych trudności z zobaczeniem w akcji wszystkich (podkreślam: wszystkich) zespołów stanowiących o sile światowej siatkówki, że można zobaczyć ich bezpośrednie zaplecze, że można być jednocześnie (w ciągu jednego dnia) w Brazylii, Egipcie, Rosji czy USA. Drzewiej, panie dziejaszku, jeśli zobaczyło się w telewizji meczyk – dwa na rok, to człowiek był szczęśliwy. Kiedy Polska była trochę na boku światowej siatkówki, to było się skazanym wyłącznie na ligę krajową i tzw. publikatory, to jest słowo pisane, któremu trzeba było wierzyć, jako że redaktor je piszący jako jedyny miał szansę zobaczyć to, o czym pisał (choć też nie zawsze). Dziś każdy może wyrobić sobie własny pogląd, robić własne analizy, dzielić się przemyśleniami… Ech, łzy się kręcą… Cóż się dziwić, że popularność siatkówki tak bardzo rośnie – zasiano, to i wschodzi. A na pewno ziarnem w dużej mierze była właśnie Liga Światowa.

Kończę. Powie ktoś: postarzał się nam prześmiewca, odchodzi od bronionych niegdyś tez, akceptuje rzeczy dotąd, wydawałoby się, nieakceptowalne. Polubił Ligę Światową, którą krytykował przez całe lata. Niech mówi. Kiedyś patrzyłem na pewne rzeczy inaczej, dziś patrzę inaczej. Bo, trawestując znane powiedzenie, tylko krowa nie zmienia optyki. A od pewnego czasu wiem, że nie jestem krową. Krowy nie siwieją na starość.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-07-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved