Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Gra w Chińczyka”

Po bloku: „Gra w Chińczyka”

fot. archiwum

Młodzi czytelnicy, o ile w ogóle wiedzą, co to takiego gra w Chińczyka, to na pewno nie wiedzą, że gra ta nosiła alternatywną nazwę „Człowieku, nie irytuj się”. No, pasuje jak ulał.

Przybliżając nieco temat należy powiedzieć, że gra w Chińczyka była planszową grą świetlicową mocno rozpowszechnioną w czasach zamierzchłych, to jest jakieś dwadzieścia – trzydzieści lat temu, kiedy jeszcze istniały świetlice z telewizorami i kawą parzoną marki Orient i Super (wymieniam te marki dlatego, że na rynku funkcjonowały tylko one). Grając w Chińczyka można było, w oczekiwaniu na film z Simonem Templerem, bez irytacji przetrwać długie relacje z uroczystych otwarć kwaszarni kapusty lub równie interesujących posiedzeń Biura Politycznego. Dziś w Chińczyka gra się jedynie od czasu do czasu, głównie przy okazji międzynarodowych imprez siatkarskich. Zasady trochę się zmieniły, ale plansza funkcjonuje w dalszym ciągu (9×18 m), podobnie jak świetlice w których się grywa, choć stały się one jakby nieco większe, bo mieszczą spokojnie po kilka, o ile nie kilkanaście tysięcy ludzi. Funkcjonuje również owa wymieniona przeze mnie alternatywna nazwa gry w Chińczyka, nawołująca do czasowego odstąpienia od irytacji. Funkcjonuje zaś szczególnie, kiedy w Chińczyka grają Polacy.

Ostatnio rozegrana w ramach eliminacji Ligi Światowej partia co prawda zakończyła się remisem, jednak poziom irytacji związany z jej obserwowaniem przewyższał znacznie poziom prezentowanych na planszy emocji, więc hamowanie się od negatywnych reakcji było jak najbardziej na miejscu. Boiskowe męki biało-czerwonych w grze z rywalem, co by nie powiedzieć, dość nisko notowanym pod względem prezentowanych umiejętności powodowały bowiem, przynajmniej u mnie, wzrost ciśnienia oraz wyraźne dolegliwości wątrobowe i to bynajmniej nie z powodu jakiegoś zagrożenia słabym wynikiem w było nie było komercyjnej imprezie. Główną przyczyną mego podłego nastroju były natrętnie narzucające się mej świadomości niezbyt wesołe wnioski i niezbyt różowe wizje.

OK., Liga Światowa w tym roku jest, przynajmniej w wersji prezentowanej przez najróżniejsze tzw. czynniki, jedynie przetarciem przed najważniejszym turniejem czterolecia, to jest Igrzyskami Olimpijskimi. Tym Igrzyskom, w imię pożądanego na nich sukcesu, podporządkowana jest obecna i miniona działalność zarówno PZPS, jak i sztabu szkoleniowego polskiej reprezentacji. Zatrudniono super fachowca ze stażem z ligi włoskiej, udzielając mu ogromnego zaiste kredytu zaufania, z tejże ligi zaimportowano fizjologów i statystyków. Wedle gromko głoszonych planów, miało to doprowadzić do gruntownego liftingu zapyziałego polskiego szkolenia i rozszerzenia jego frontu, aby w efekcie uzyskać szeroką grupę zawodników zdolnych do walki z najlepszymi tego świata nie tylko na tych igrzyskach, ale także na co najmniej kilku kolejnych. Co z tych planów wyszło?



Jak do tej pory wymiernym efektem, odmienianym przez wszystkie przypadki, jest zdobycie wicemistrzostwa świata. Fakt ten nie podlega dyskusji, pomimo złośliwych opinii o tym, że półfinał dostaliśmy od Rosjan w prezencie w ramach ekspiacji za stłumienie powstania styczniowego. Cóż jednak stało się potem? Potem ponieśliśmy straszliwą klęskę w mistrzostwach Europy, przegraliśmy (pomimo pobrzękiwania szabelką) Ligę Światową i dostaliśmy sromotne baty w eliminacjach kolejnych mistrzostw kontynentu, czego nawet nie może przesłonić uzyskany w międzyczasie rzutem na taśmę awans do Pekinu. Słowem, walka z najlepszymi tego świata per saldo wychodzi nam raczej średnio.

Cóż dalej? Na półtora miesiąca przed owym Pekinem męczymy się niemiłosiernie z rywalami, z którymi do tej pory rozprawialiśmy się lewą ręką i z zamkniętymi oczami, zaś owe głoszące mocarstwowe plany czynniki pobekują przy tej okazji, że stan ten jest spowodowany wyrównywaniem się światowego poziomu siatkówki. To prawda, poziom światowej siatkówki istotnie się wyrównuje, ale, na Boga, przecież właśnie po to angażowaliśmy Lozano, aby ten efekt zniwelować przez znaczące podniesienie poziomu siatkówki we własnym kraju. Dorównać i wyprzedzić – taki był podobno cel, a na pewno takie uzasadnienie tego słynnego angażu. Tymczasem przy okazji gry w Chińczyka okazuje się, że zaplecze reprezentacji jest boleśnie słabe, a do gry na poziomie międzynarodowej czołówki predestynowanych jest 6 – 7 zawodników, co z lekkim sercem przyznaje sam wiceprezes ds. szkolenia (!) PZPS. Jeżeli dodać, że z tej wymienionej grupy 6 – 7 zawodników co najmniej połowa to deklarujący permanentne dolegliwości trzydziestolatkowie (Zagumny, Świderski, Ignaczak), jeżeli dodać, że co najmniej kilku młodych zdolnych w ostatnim okresie wykazuje wyraźne oznaki nie progresu, a regresu formy (Możdżonek, Grzyb), jeżeli dodać, że nie zdołaliśmy się dorobić zmiennika dla jedynego klasowego atakującego (Wlazły), którego stan zdrowia jest przedmiotem niemal ogólnonarodowej troski, to trudno się dziwić że beznadziejna gra w Chińczyka wprawia ludzi umiejących myśleć w nastrój pewnego psychicznego zdołowania.

Nie twierdzę, że na olimpiadzie w Pekinie nie jesteśmy w stanie osiągnąć dobrego wyniku, bo przy sprzyjających okolicznościach jest to możliwe (za sprawą właśnie owych 6 – 7 zawodników), choć osobiście napomykanie o szansach medalowych uważam za grubą przesadę. Jednak niepokoi mnie, co będzie dalej. Dalej, to znaczy po olimpiadzie, niekoniecznie nawet tej jednej. Najpierw egipski, a potem chiński występ biało czerwonych stanowi bowiem dla mnie oznakę, że szumne zapowiedzi o przełomie, który miał jakoby za sprawą PZPS i Lozano nastąpić w całej polskiej siatkówce (powtarzam z naciskiem: w całej) są w dużym stopniu zbieżne z zapowiedziami pojawienia się gruszek na wierzbie, składanymi ongi przez jednego ze znanych (choć ostatnio jakby mniej) polityków.

Już teraz zatem należy głęboko się zastanowić, jak zmierzyć się z przyszłością. Jeżeli, wpatrzeni w pekińskie parkiety zapomnimy o tym to boję się, że za najbliższe dwa – trzy lata pozostanie nam tylko gra w Chińczyka, i to wyłącznie klasycznego. Niestety.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-06-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved