Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Przypadki rodziny S.”

Po bloku: „Przypadki rodziny S.”

fot. archiwum

Rodzina S. była na pozór rodziną jakich wiele. Jednak tryb życia i pewne, dodatkowe okoliczności sprawiały, że w bloku, w którym mieszkała, mówiło się o niej bardzo dużo, co rodzinie S. nawet pochlebiało. Ale mówiło się różnie, co z kolei rodzinie S. przeszkadzało.

Małżeństwu S. powodziło się dosyć dobrze, byli sympatyczni i ogólnie (z naciskiem na „ogólnie”) lubiani, jednak za zamkniętymi drzwiami mieszkania czasami działy się rzeczy, które budziły zaniepokojenie lokalnej społeczności. Chodziło konkretnie o to, że dochodzące z lokalu zajmowanego przez S. dźwięki rozbijanego szkła, podniesione głosy (artykułujące określenia powszechnie uznanych z obelżywe) jak również stuk przewracanych mebli mąciły często spokój nocny spracowanych sąsiadów. Od czasu do czasu miały miejsce również wydarzenia szczególnie spektakularne, takie jak nagłe objawienie się na podwórku wyrzuconego oknem fotela czy ugodzenie w czoło mrożonym kurczakiem zaskoczonego sąsiada, który nieopatrznie przechodził przed chwilowo otwartymi drzwiami państwa S. Ponieważ, jak powiedziałem, rodzina pomimo wszystko cieszyła się sympatią, ten i ów z lokatorów próbował wpłynąć pozytywnie na trwającą sytuację, z dobroci serca doradzając zmianę postępowania lub nieco inne podejście do funkcjonowania modelu rodziny. Każdorazowo jednak rady te spotykały się ze zdecydowanym odporem. Każdy z członków rodziny S. twierdził, że ich problemy dotyczą wyłącznie ich, a w domu panuje idealna harmonia, czego dowodem miały być coniedzielne wspólne wyjścia do kościoła, które istotnie miały miejsce (choć czasem pani S. przysłaniała kokieteryjnie przekrzywionym kapeluszem podbite oko, a pan S. podniesionym kołnierzem maskował misterne mozaiki zadrapań na szyi).

Dziś państwo S. mieszkają osobno, w czym niemałą zasługę mają zarówno tzw. aparat represji w osobach policjantów wezwanych wreszcie przez wiecznie niewyspanych współlokatorów, których znużyło wreszcie puszczanie mimo uszu hałaśliwych objawów harmonii malżeńskiej, jak i sąd, który orzekł rozwód kochającej się tak harmonijnie pary. Ale ważne jest, że kiedy rodzina S. była jeszcze podstawową i uświęconą komórką społeczną, oparła się wszystkim podszeptom, radom i naciskom, dzielnie wytrzymując presję, choć dziś każdy z małżonków nie pozostawia na drugim suchej nitki, obwiniając się wzajemnie o wszystko, co najgorsze..

Historia rodziny S. wypłynęła z zakamarków mej pamięci zupełnie niedawno, po przeczytaniu kilku wypowiedzi na łamach prasy codziennej oraz internetowych forach. Wypowiedzi dotyczących polskiej reprezentacji w siatkówce. Wiadomo nie od dziś, że wedle pewnej części komentatorów, oraz dużej części internautów jako też samych zainteresowanych, przedmiotowa reprezentacja stanowi właśnie rodzinę, i jako taka winna podlegać szczególnej ochronie nie tylko jako fundament polskiej rzeczywistości, ale jako najbardziej uświęcona relikwia. Niedopuszczalne są więc wszelkie podkopujące ów fundament czynności, takie jak na przykład: wygłaszanie krytycznych uwag pod adresem poszczególnych zawodników, ocena poziomu prezentowanej gry, przejawianie troski o przygotowanie fizyczne graczy lub o atmosferę w zespole jak również analiza szans na sukcesy w poszczególnych turniejach rangi międzynarodowej oparta nie na chęciach, ale na realiach. Wedle tej reguły wszystkie sprawy reprezentacji są sprawami wyłącznie tejże reprezentacji, i jako takie winny być rozstrzygane we własnym, rodzinnym gronie, bez udziału wścibskich i przemądrzałych specjalistów, żurnalistów, a zwłaszcza cyklistów (którzy, jak wiadomo, wraz z żurnalistami byli odpowiedzialni za wiele klęsk z gatunku narodowych). Dopuszczalne jest jedynie składanie hołdów oraz wiara w zwycięstwo (w tym w zwycięstwo ostateczne), ze szczególnym naciskiem położonym na wznoszenie okrzyków „Forza biało- czerwoni” i „Polacy, nic się nie stało”. Ja jednak sądzę, że nie jest to dobre rozwiązanie.



Nawet jeżeli przyjąć założenie, że reprezentacja polskich siatkarzy stanowi dobro ogólnonarodowe, to tym bardziej każdy z obywateli winien mieć prawo głosu w dyskusji nad jej losami, właśnie z tego powodu, że owo dobro pośrednio przynależy również do niego. A o ile pamiętam, w konstytucji RP zapisano kiedyś zapis o wolności słowa, i choć ów zapis, lekkomyślnie niegdyś wprowadzony, stanowi nieustanny przedmiot irytacji ludzi uwielbiających sytuację, że wszyscy myślą dokładnie tak jak oni, to przecie nadal obowiązuje, pozwalając na formułowanie i wygłaszanie poglądów własnych, niekoniecznie zgodnych z poglądami uznanymi a prori za jedynie słuszne. Można się zatem z owymi poglądami nie zgadzać, można z nimi polemizować, można, metodą kreowania faktów, udowadniać ich fałszywość, ale nie można ich zakazać. Tym bardziej że, trawestując pliniuszowską sentencję, nie ma opinii tak głupich, aby nie można było w jakiś sposób z nich skorzystać.

Oczywiście, jak to w życiu, wiele z wygłaszanych opinii i uwag wygłaszanych jest z pobudek niekoniecznie szlachetnych, a wynikających z prostej zawiści, poczucia niespełnienia czy wreszcie z ogólnej zgorzkniałości życiowej, nakazującej reprezentowanie postawy, że „im lepiej, tym gorzej”. Wielu jest również komentatorów, którzy nie zawsze prezentują dobrą znajomość tematu, reprezentujących podejście, które ja nazywam „prokeschowskim” (od nazwiska krakowskiego krytyka teatralnego, Prokescha, który, pisząc recenzję premiery „Wesela” wyłącznie na podstawie zasłyszanych opowieści określił je jako barwną wizję poety na motywach weselnych, kończącą się wesołym oberkiem). Ale wiele jest również opinii powodowanych autentyczną troską i chęcią pomocy w budowie silnej pozycji polskiej siatkówki, opinii, choć często krytycznych, to jednak krytycznych konstruktywnie, poddających pod rozwagę rozwiązania odmienne od stosowanych lub proponujące modyfikację rozwiązań istniejących. Takie opinie nie powinny pozostawać głosem wołającego na puszczy. Nie powinny tym bardziej, że w dużej mierzy wygłaszają je ludzie, którzy, jak to się mówi, nie wypadli sroce spod ogona, ale których kariera zawodowa i osiągnięcia sportowe uprawniają zabierania głosu jak najbardziej. Uważam bowiem, że zdobycie złotych medali mistrzostw świata czy olimpiady jako też kilku srebrnych medali mistrzostw kontynentu uprawnia do posiadania własnego zdania w sposób niewątpliwy. To samo dotyczy szkoleniowców, których głos pomimo tego, że nie zdobyli najwyższych szczytów, winien być wysłuchany choćby z tego powodu, że dysponują ogromnym doświadczeniem i częstokroć ich porażki nie były winą jedynie ich samych, a w dużej mierze wynikały z niezależnych od nich okoliczności. Nie powinni być również traktowani pogardliwym milczeniem lub wręcz otwartą wrogością niezależni dziennikarze i komentatorzy, których z natury rzeczy trudno posądzać o działania w złej wierze, choćby z tego powodu, że żaden z nich do objęcia stanowiska szkoleniowca kadry nie pretenduje, podobnie jak nie otrzymuje porękawicznego od powołanego do kadry tego, a nie innego zawodnika.

Oczywiście, trzeba oddzielać ziarno od plew, ale nie należy próbować dyskredytować lub zgoła zakazywać pojawiania się niewygodnych dla siebie opinii. Trzeba bowiem pamiętać, że zamknięcie się w wieży z kości słoniowej prowadzi nieuchronnie do utraty kontaktu z rzeczywistością i do wykształcenia w sobie syndromu patentu na jedyną mądrość. A wówczas jakiekolwiek zmiany, czy to na lepsze, czy to na gorsze odbywają się w sposób nie ewolucyjny, a wymuszony. I wtedy nie jest ważne, kto je wymusza: czy Polski Komitet Olimpijski, czy Polski Związek Piłki Siatkowej, czy wreszcie policja i sąd, tak jak w przypadku rodziny S. Ważne, że pozostaje wtedy żal, niesmak, wrogość i kolejne przepaście do zasypania. Przepaście zaś, jak powszechnie wiadomo, są antytezą szczytów.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Więcej artykułów z dnia :
2008-06-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved