Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > historia siatkówki > Dzisiaj srebro, jutro złoto – historia polskiej siatkówki, cz.2

Dzisiaj srebro, jutro złoto – historia polskiej siatkówki, cz.2

Przed polską reprezentacją zawsze przeciwnicy czuli respekt. Jednak były i czasy, w których nie odgrywała ona wielkiego znaczenia na świecie. Ostatni sukces - srebrny medal z Japonii sprawił, że polskiego zespołu znowu boją się wszyscy.

Następne lata były dla naszej siatkówki już znacznie mniej udane. Były jeszcze co prawda srebrne medale zdobywane na Mistrzostwach Europy (pięć razy z rzędu – w 1975, 1977, 1979, 1981, 1983, za każdym razem przegrywaliśmy finał ze Związkiem Radzieckim), ale na kolejnych turniejach olimpijskich nasz zespół zawodził. W 1980 roku w Moskwie było tylko czwarte miejsce, na Mistrzostwach Świata biało-czerwonym również się nie wiodło. Z czasem było coraz gorzej i pod koniec lat 80., a także na początku następnej dekady, nasza reprezentacja narodowa znajdowała się na marginesie światowej siatkówki.

W 1995 roku udało nam się zająć piąte miejsce na Mistrzostwach Europy. Od tego momentu zaczęliśmy odbudowywać swoją pozycję na światowych parkietach. W 1996 roku po szesnastu latach przerwy reprezentacji Polski udało się awansować na Igrzyska Olimpijskie. Zespół Wiktora Kreboka w Atlancie spisał się jednak bardzo słabo, przegrywając wszystkie spotkania. Ugrał tylko jednego seta, z Argentyną, i zajął w klasyfikacji końcowej jedenaste miejsce. W tamtym turnieju grali już zawodnicy, których i dziś możemy oglądać w reprezentacji, i to w ważnych rolach – Piotr Gruszka i Paweł Zagumny. Nie byli jednak kluczowymi graczami zespołu, za takich należałoby uznać przyjmującego Krzysztofa Stelmacha i środkowego Witolda Romana.



Ważnym wydarzeniem dla polskiej siatkówki było wywalczenie złotego medalu Mistrzostw Świata Juniorów przez zespół Ireneusza Mazura w 1997 roku w Bahrajnie. Tamten zespół dostarczył do reprezentacji Polski bardzo wielu zawodników, takich jak Paweł Papke, Marcin Prus, Dawid Murek czy Sebastian Świderski. Dwaj ostatni po dziś dzień są ważnymi ogniwami drużyny narodowej.

Rok później Polacy zadebiutowali w Lidze Światowej, zajmując w niej dziesiąte miejsce. Od tej pory występują w tych rozgrywkach nieprzerwanie, a ich największym sukcesem było czwarte miejsce w edycji 2005 (więcej o występach Polski w Lidze Światowej w dziale „Historia”).

Niestety, rosnąca popularność siatkówki w naszym kraju w drugiej połowie lat 90. nie przekładała się na wyniki zespołu. Nie udało nam się awansować na Igrzyska Olimpijskie w 2000 roku, mimo że turniej kwalifikacyjny odbywał się na naszym terenie, w Katowicach. Po fantastycznym spotkaniu z Holandią, wygranym 3:1 w decydującym meczu ulegliśmy 1:3 Jugosławii, mimo, że w czwartym secie prowadziliśmy już 23:17. Siatkarze z Bałkanów kilka miesięcy później wywalczyli tytuł mistrzów olimpijskich.

Udało się nam za to dostać na Mistrzostwa Europy w roku 2001, po raz pierwszy od sześciu lat. Na turnieju w Ostrawie zespół prowadzony przez Ryszarda Boska zajął wówczas jeszcze uważane za dobre piąte miejsce. Po mistrzostwach Boska zastąpił Waldemar Wspaniały, który przygodę z reprezentacją zaczął od przegranych eliminacji do Mistrzostw Świata 2002. Na naszym własnym podwórku pokonali nas Francuzi i to oni wywalczyli awans na tą imprezę. W światowym czempionacie jednak zagraliśmy, a to dzięki prezydentowi FIVB, Meksykaninowi Rubenowi Acoscie, który z dosyć dziwnych powodów wykluczył z mistrzostw Koreę i wolne miejsce przyznał właśnie Polsce.

Turniej w Buenos Aires zaczęliśmy bardzo dobrze, od trzech zwycięstw w pierwszej fazie turnieju, nad Kanadą, jednym z kandydatów do medalu – Włochami (3:2), a także nad Chorwacją. W drugiej rundzie trafiliśmy na Rosję, Portugalię i Hiszpanię. Ze „Sborną” przegraliśmy po ciężkim boju 2:3 a potem niespodziewanie ulegliśmy 1:3 Portugalii. Ta porażka oznaczała dla nas koniec marzeń o awansie do ćwierćfinału. Zwycięstw nad Hiszpanami 3:1 było naszym pożegnalnym meczem na mistrzostwach. Polska została w nich sklasyfikowana na miejscach 9-12. Ekipa Waldemara Wspaniałego mogła na tym turnieju osiągnąć zdecydowanie więcej. W przypadku awansu do ćwierćfinału zagrałaby z Brazylią, z w owym czasie większość meczów z „Canarinhos” wygrywaliśmy, a tamtejsza prasa nazywała biało-czerwonych „koszmarem”. Przyszedł jednak jeden zły dzień, dzień który musiał przyjść, który poskutkował w ten sposób, że przegraliśmy z o wiele słabszą od siebie drużyną. W Argentynie graliśmy w składzie: Grzegorz Wagner na rozegraniu, Paweł Papke na ataku, Piotr Gruszka i Dawid Murek na przyjęciu, Marcin Nowak i Jarosław Stancelewski na środku oraz Krzysztof Ignaczak na libero. Ważnymi rezerwowymi byli Sebastian Świderski, Piotr Lipiński i Arkadiusz Gołaś.

Na ME w 2003 roku w Niemczech zajęliśmy podobnie jak dwa lata wcześniej piąte miejsce. Potem, w maju 2004 roku wygraliśmy turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich w Atenach wbrew wielu przeciwnościom, stwarzanym głownie przez gospodarzy – Portugalczyków, których w decydującym meczu pokonaliśmy 3:2, biorąc tym samym rewanż za porażkę na Mistrzostwach Świata w 2002 roku.

Igrzyska zespół prowadzony przez Stanisława Gościniaka rozpoczął od mocnego uderzenie – w fantastycznym stylu pokonał broniących tytułu Serbów 3:0. Potem było już jednak gorzej – porażki z Grecją i Francją postawiły nas pod ścianą. By awansować do ćwierćfinału musieliśmy pokonać nadzwyczaj dobrze radzącą sobie Argentynę, prowadzoną do boju przez weteranów – Marcosa Milinkovicia i Jorge Elguetę. Wygrywaliśmy w tym meczu już 2:0, ale rywale zdołali wyrównać. Ostatecznie po tie-breaku to my byliśmy górą. W ćwierćfinale mieliśmy spotkać się z Brazylią.

Giba, Ricardo, Andre Nascimento i spółka nie dali nam w tym spotkaniu szans, choć przez dwa pierwsze sety walczyliśmy dzielnie. Przegraliśmy jednak wyraźnie, 0:3 i zakończyliśmy olimpiadę na miejscach 5-8. Podstawowa szóstka w naszym zespole podczas tego turnieju wyglądała następująco – Andrzej Stelmach na rozegraniu, na przyjęciu Dawid Murek i Sebastian Świderski, na środku Arkadiusz Gołaś i Robert Szczerbaniuk, Piotr Gruszka na pozycji atakującego oraz jako siódmy na libero Krzysztof Ignaczak. Czterech z tych graczy stanowi o sile reprezentacji Polski również dziś, dwóch (Szczerbaniuk, Stelmach) znajduje się nieco w cieniu. Jeden niestety już od nas odszedł.

W roku 2005 PZPS rozstrzygnął trwający dość długo konkurs na nowego selekcjonera kadry. Został nim Argentyńczyk Raul Lozano. Poprowadził biało-czerwonych do czwartego miejsca w Lidze Światowej 2005 i zajął z nimi piątą lokatę na Mistrzostwach Europy w Rzymie. Na tej drugiej imprezie dysponował jednak niepełnym składem – z powodów dyscyplinarnych z kadry wyrzuceni zostali Krzysztof Ignaczak, Łukasz Kadziewicz i Andrzej Stelmach, a niedługo przed mistrzostwami kontuzji doznał pierwszy rozgrywający Paweł Zagumny. W tej sytuacji mało kto liczył na medal tej imprezy, choć piątego miejsca nie uznano także za sukces.

W lipcu na turnieju w Rzeszowie udało się wywalczyć awans na Mistrzostwa Świata, choć nie było to łatwe zadanie. W pierwszym meczu pokonaliśmy Estonię 3:1, a o wszystkim miało zadecydować drugie spotkanie z Bułgarią. Nasi zawodnicy zagrali bardzo dobrze i dosyć pewnie zwyciężyli 3:1. Ostatni mecz z Rosjanami nie miał już żadnego znaczenia, gdyż obydwa zespoły były już pewne awansu. Polacy do końca walczyli o zwycięstwo, ale przegrali 2:3.

W Lidze Światowej 2006 nasza reprezentacja spisywała się dobrze, choć brak awansu do turnieju finałowego w Moskwie wskutek gorszego od Serbii i Czarnogóry bilansu małych punktów był dla nas bolesnym ciosem. Niepokojące były za to mecze z Japonią – choć wszystkie wygraliśmy, to aż dwa kończyły się tie-breakami.

Na siatkarskim mundialu wątpliwości już nie było – Polacy nie dali Japończykom szans pokonując ich 3:0. W takim stosunku wygrali zresztą wszystkie pięć meczów pierwszej fazy grupowej (kolejno z Chinami, Argentyną, Egiptem, Portoryko i Japonią). W drugiej rundzie 3:0 ograli jeszcze Tunezję, Kanadę, a nawet Serbię i Czarnogórę, z którą w Lidze Światowej przegraliśmy przecież trzy razy. Jednak najbardziej pamiętny będzie dla nas mecz z Rosją, gdzie po dwóch pierwszych setach przegranych do 19 zdołaliśmy się podnieść i w niezwykle dramatycznych okolicznościach zwyciężyć 3:2. Bohaterami tego spotkania było dwóch rezerwowych – Piotr Gruszka i Grzegorz Szymański.

W półfinale przyszło nam zmierzyć się ze znakomicie grającą w Japonii Bułgarią. W pierwszym secie Biało-czerwoni grali znakomicie, ale w drugim stracili sporą przewagę i po zaciętej końcówce przegrali 26:28. W kolejnych dwóch partiach trwała zacięta walka o nasza drużyna nie raz była w trudnej sytuacji, zdołała jednak wygrać dwa razy 25:23 i cały mecz 3:1. W półfinałowym boju kontuzji doznał jednak nasz libero Piotr Gacek, czego konsekwencje ponieśliśmy w finale, przegranym gładko z Brazylią 0:3. Srebrny medal i tak był naszym wielkim sukcesem – na ceremonię rozdania medali Polacy wyszli w koszulkach z numerem 16 i nazwiskiem Arkadiusza Gołasia, który tragicznie zginął 16 września 2005 roku.

Dla polskich kibiców polscy siatkarze byli bohaterami. Na lotnisku witały ich tłumy, kilkanaście tysięcy fanów przyszło też powitać ich na warszawskim placu Zamkowym. Od tego dnia polską reprezentację obowiązuje hasło „Dzisiaj srebro, jutro złoto”. I na to złoto czekamy. Liczyliśmy na nie już w tegorocznej Lidze Światowej, ale niestety się nie udało. Po serii czternastu kolejnych zwycięstw – 12 w fazie grupowej i dwóch w turnieju finałowym, w półfinale po zaciętym boju ulegliśmy Brazylii 1:3. W meczu o trzecie miejsce Polakom zabrakło już motywacji do walki. Przegrali z Amerykanami, których dwa dni wcześniej ograli 3:0, i zakończyli turniej w Katowicach dopiero na 4. miejscu.

Trener Raul Lozano od początku swojej pracy z kadrą stara się nauczyć naszych graczy lepszej organizacji gry. Ta z pewnością jest jednym z mankamentów polskiego zespołu. Styl gry reprezentacji trudno scharakteryzować. Na pewno nie gramy schematycznie, choć do brazylijskiej fantazji jeszcze nam trochę brakuje. Dobrze gramy środkiem w ataku, ale już z blokiem jest nieco gorzej. Nasi przyjmujący wbrew nazwy swojej pozycji są lepsi w zdobywaniu punktu niż w odbiorze zagrywki. Czasem nazywa się nas, może nieco na wyrost „Brazylijczykami Europy”, gdyż usiłujemy grać szybką, kombinacyjną siatkówkę z szybkimi wystawami na skrzydło i atakami z drugiej linii. Może to określenie jest jeszcze nieco na wyrost, ale miejmy nadzieję, że już niedługo.

W ostatnich 10 latach dwukrotnie zdobywaliśmy tytuł Mistrza Świata Juniorów. Wszyscy liczą na to, że medale będzie dla nas zdobywał zespół składający się z dwóch pokoleń młodzieżowych mistrzów – z 1997 i 2003 roku trenowany przez przedstawiciela włoskiej szkoły trenerskiej Raula Lozano. Pierwszy medal już jest, a najbliższe lata mogą przynieść kolejne. Marzymy o złocie Igrzysk Olimpijskich. Kto wie, może uda się na powtórzyć sukces z 1976 roku?

źródło: wp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
historia siatkówki

Więcej artykułów z dnia :
2007-09-04

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved