Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Podsumowanie sezonu 2006/2007 – Jastrzębski Węgiel

Podsumowanie sezonu 2006/2007 – Jastrzębski Węgiel

Siatkarze Jastrzębskiego Węgla po raz drugi z rzędu zostali wicemistrzem Polski. Duża w tym zasługa Tomaso Totolo, który wniósł do zespołu powiew świeżości. Choć w trakcie sezonu wielu zdążyło postawić kreskę na klubie ze Śląska.

Runda zasadnicza

Po ubiegłorocznej finałowej porażce ze Skrą wszyscy w Jastrzębiu liczyli na wielki rewanż, a biorąc pod uwagę wzmocnienia zespołu, także na udany sezon. Nie były to oczekiwania bezpodstawne biorąc pod uwagę, że w szeregach wicemistrza Polski grac mieli trzej wicemistrzowie świata – Daniel Pliński, Łukasz Kadziewicz i Grzegorz Szymański. Do tego jastrzębskim działaczom udało się pozyskać ikonę polskiej reprezentacji – Dawida Murka, a także wieloletniego rozgrywającego bułgarskiej kadry – Nikolaya Ivanova. Z Australii trafił do Jastrzębia młody przyjmujący – Igor Yudin. Pojawiły się pogłoski o możliwym przejściu do wicemistrza Polski Kubańczyka -Osmany Juantorena Portuondo, jednak ostatecznie do transferu nie doszło, a sprawa kubańskiego przyjmującego nabrała tajemniczego charakteru. Nowi gracze mieli zastąpić tych, którzy opuścili szeregi Jastrzębia – Plamena Konstantinova, Iwaylo Stefanova, Lassepeteri Laurillę, Marcina Wikę oraz Arkadiusza Terleckiego, zaś pieczę nad zespołem miał w dalszym ciągu sprawować trener Ryszard Bosek.



Przygotowania do sezonu 2006/2007 były dla drużyny Jastrzębskiego Węgla mocno utrudnione, zważywszy na udział zawodników stanowiących trzon zespołu w mistrzostwach świata. W pierwszym oficjalnym sparingu rozegranym podczas Dni Raciborza wicemistrz Polski wystąpił w mocno okrojonym i eksperymentalnym składzie (J. Bednaruk, P. Siezieniewski, M. Stępień, G. Surma, P. Banach, P. Rusek). Tak osłabieni jastrzębianie ulegli Mostostalowi Azoty Kędzierzyn Koźle 0:3. Kolejny sprawdzian zespół ze Śląska przeszedł 21 września, kiedy to zmierzyć mu się przyszło z mistrzem Polski – Skrą Bełchatów. W tym meczu wzięli udział jastrzębscy reprezentanci Polski, jednak na boisku widoczny był brak zgrania i wspólnych treningów. Spotkanie nie należało do porywających, a do prawdziwych pojedynków tych drużyn miało dojść dopiero w późniejszym okresie. Jastrzębianie jeszcze dwukrotnie wzięli udział w towarzyskich meczach, mających przygotować ich do sezonu. W Pawłowicach zremisowali z DHL Ostrawa 2:2, zaś w Rudzie Śląskiej rozegrali charytatywny mecz na rzecz rodzin ofiar tragedii w kopalni Halemba, gdzie bez problemów pokonali miejscową drużynę.

Pierwszym poważniejszym sprawdzianem formy miał być II Memoriał im. Arkadiusza Gołasia, w którym wzięły udział trzy czołowe drużyny PLS-u – Jastrzębski Węgiel, PZU AZS Olsztyn i AZS Częstochowa. Po porażkach z AZS Częstochowa 1:3 i 2:3 z PZU AZS Olsztyn, drużyna Jastrzębskiego Węgla zajęła w tym turnieju trzecie miejsce. Memoriał stanowił jednak tylko preludium do rozgrywek Polskiej Ligi Siatkówki, które wicemistrzowie Polski rozpoczęli od wyjazdowego spotkania z beniaminkiem – Delectą Bydgoszcz. Przed meczem pojawiła się obawa, że z powodu drobnej kontuzji nie zagra w nim Daniel Pliński, ale jastrzębianie wybiegli na parkiet w bydgoskiej Łuczniczce w najmocniejszym składzie, ku uciesze blisko pięciotysięcznej rzeszy kibiców. Mecz okazał się być ciekawym widowiskiem, a ambitnie walczącemu beniaminkowi udało się urwać śląskiej drużynie seta i lekko podenerwować utytułowanego przeciwnika. W najważniejszych momentach nie do zatrzymania był jednak jastrzębski atakujący – Grzegorz Szymański, który zwłaszcza skutecznymi kontratakami przyczynił się do zwycięstwa swojej drużyny.

Ale w następnej kolejce czekało jastrzębian nie lada wyzwanie – w Bełchatowie spotkali się z drużyną mistrza Polski. Naprzeciw siebie stanęło pięciu wicemistrzów świata i jeden brązowy medalista. Już to mogło zwiastować wysoki poziom sportowy tego meczu, o którym śmiało można było powiedzieć – mecz „na szczycie”. Określenie to okazało się niezwykle trafne, obie drużyny stworzyły w hali Energia znakomite widowisko, stojące na bardzo wysokim poziomie. Nie bacząc na fakt, iż spotkanie rozgrywano dzień przed wigilią Świat Bożego Narodzenia, zawodnicy postanowili podarować kibicom długi, ale i piękny świąteczny prezent. O zwycięstwie Skry przesądził dopiero tie break, w którym gospodarze zachowali więcej zimnej krwi i zwyciężyli do 10.

W trzeciej kolejce, tuż po krótkiej świątecznej przerwie, jastrzębianie po raz pierwszy w tym sezonie wystąpili przed swoimi kibicami w hali w Szerokiej. Przed meczem przedstawiciele Klubu Kibica kwiatami i pamiątkowymi statuetkami podziękowali za emocje swoim wicemistrzom świata, a po chwili jeden z nich – Grzegorz Szymański zdobył pierwszy punkt spotkania. Mecz z beniaminkiem z Radomia zgodnie z oczekiwaniami nie przyniósł zbyt wielu emocji, a gospodarze łatwo pokonali zespół Jadaru 3:0. Znakomicie funkcjonował jastrzębski blok, a w ataku ponownie brylował Grzegorz Szymański. Po meczu trener Bosek komplementował swoich zawodników za to, iż mimo teoretycznie łatwiejszego przeciwnika, podeszli do spotkania w pełni skoncentrowani i zmobilizowani. O wiele trudniejsze zadanie miało czekać jastrzębski zespół w następnej kolejce, kiedy to podejmowali u siebie drużynę z Olsztyna. Jednak na to spotkanie kibice i zawodnicy musieli poczekać aż do końca stycznie, z uwagi na udział obu drużyn w Pucharze CEV.

Zgodnie z kalendarzem natomiast jastrzębianie w piątej kolejce udali się na podbój Częstochowy. Mecz okazał się być znakomitym, momentami porywającym i bardzo emocjonującym widowiskiem, w którym sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Pierwszy set, po nie najlepszym początku padł łupem gości. W drugim jastrzębianom udało się zmarnować czteropunktową przewagę i na własne życzenie przegrać tą partię. Trzeci set od początku do końca toczył się pod dyktando częstochowian, czwartego na własne życzenie przegrali gospodarze, zaś w tie breaku stalowymi nerwami wykazali się zawodnicy z Jastrzębia, do których należało ostatnie słowo w tym meczu. Zwycięstwo wicemistrzów Polski było o tyle cenniejsze, że odniesione na gorącym i niełatwym dla przeciwnika terenie. Kolejne spotkanie przyszło jastrzębianom rozegrać w dzień urodzin Przemka Michalczyka. Zwycięstwo nad zespołem J.W. Construction AZS Politechniki Warszawskiej miało być prezentem dla kolegi, podobnie jak jego symboliczny udział w spotkaniu. Tymczasem po łatwym zwycięstwie gospodarzy w pierwszym secie, w kolejnej partii to warszawianie mieli w górze cztery piłki setowe. Jednak przy stanie 21:24 w polu zagrywki stanął Łukasz Kadziewicz i po chwili to jastrzębianie mieli piłkę setową, którą wykorzystali blokując Maciejewicza. Trzeci set był już tylko formalnością, a atakiem z krótkiej zakończył go Daniel Pliński.

Wydawało się, że Jastrzębski Węgiel łapie wiatr w żagle. W wyjazdowym spotkaniu z Gwardią Wrocław jastrzębianie zdeklasowali rywala, pozwalając mu na zdobycie zaledwie 41 punktów w trzech setach. Wrocławianie nie byli w stanie przebić się przez jastrzębski blok, byli bezradni wobec zagrywek i ataków przeciwnika, a wicemistrzowie Polski pokazali, że grając na luzie, ale z odpowiednia koncentracją, nie mają problemów z pokonaniem słabszego rywala. Po tym zwycięstwie Jastrzębski Węgiel awansował na trzecie miejsce w tabeli i wszystko wydawało się zmierzać w odpowiednim kierunku. Po dwóch zwycięstwach nad PZU AZS Olsztyn w Pucharze CEV wszyscy oczekiwali kolejnego sukcesu. Tymczasem w zaległym meczu PLS jastrzębianie ulegli na własnym parkiecie drużynie z Olsztyna 1:3. Mecz mógł się podobać publiczności, a o zwycięstwie gości zadecydowały dwa elementy. O ile w ataku przeważał zespół gospodarzy, o tyle blok zdecydowanie był po stronie Olsztyna, dodatkowo jastrzębianie oddali zespołowi z Warmii i Mazur siedem punktów więcej po własnych błędach.

Mało kto przypuszczał, że tym samym rozpoczęła się czarna seria wicemistrzów Polski. Faworyzowani jastrzębianie po słabym meczu ulegli na własnym parkiecie drużynie z Rzeszowa 0:3, a w szeregi kibiców, działaczy i komentatorów wdarł się niepokój, co dzieje się z zawodnikami JW. Drużyna spotkała się z prezesem klubu, który zapewnił swoich graczy o wsparciu zarządu, ale i przedstawił swoje oczekiwania.

Zwycięstwo nad zamykającą tabelą Delectą było niejako obowiązkiem zespołu z Jastrzębia i mimo iż po dobrym meczu gospodarze bez żadnych wątpliwości zwyciężyli 3:0, nie można było jeszcze mówić o odrodzeniu się Jastrzębskiego Węgla. Tym bardziej, że w następnym meczu doszło do kolejnej sensacji z udziałem śląskiego zespołu. W Radomiu gospodarze nieoczekiwanie pokonali jastrzębian 3:2 i sprawili, że w drużynie wicemistrzów Polski zawrzało, bo oto pojawiło się widmo zajęcia dopiero piątego miejsca po rundzie zasadniczej. Wszyscy szukali przyczyn takiego stanu rzeczy, winą obarczano zawodników i niesnaski między nimi. Ale i trener Bosek nie uniknął krytyki za swoją „miękką rękę” w stosunku do jastrzębskich gwiazd. Kary finansowe nałożone przez klub miały zmobilizować drużynę, jako że czekały ją kolejne trudne pojedynki.

Czwarte w tym sezonie spotkanie z PZU AZS Olsztyn pokazało, że problemy Jastrzębskiego Węgla są poważne. Dość gładka porażka 0:3 była, jak się okazało, kolejnym „gwoździem do trumny” trenera jastrzębian, który po tym meczu oddał się do dyspozycji zarządu. Sami zawodnicy powtarzali, że zdają sobie sprawę ze swoich słabości i że robią wszystko, aby sytuację poprawić. Okazja ku temu pojawiła się już podczas najbliższego meczu, który JW. rozegrał na swoim parkiecie, zaś przeciwnikiem był Wkręt Met Domex AZS Częstochowa. Gospodarze bardzo długo mobilizowali się przed tym spotkaniem i rozpoczęli je z dużym animuszem. Okazało się jednak, że tej mobilizacji wystarczyło im tylko na dwa sety, a zgodnie ze starą siatkarską prawdą, kto nie wygrywa 3:0… Porażka w tie breaku była bolesna zarówno dla zawodników, jak i dla kibiców. Po raz kolejny jastrzębianie schodzili z parkietu ze spuszczonymi głowami i na cztery kolejki przed końcem rundy zasadniczej pozostawali piątą drużyną w tabeli. Dwa dni później zarząd klubu poinformował o rozwiązaniu umowy z trenerem Ryszardem Boskiem .

Do zaległego meczu z Mostostalem Kędzierzyn Koźle zespół z Jastrzębia przystąpił pod wodzą nowego szkoleniowca, którym został Włoch Tomaso Totolo. Debiut trenerski był niezwykle udany, gdyż wicemistrzowie Polski dość łatwo pokonali kędzierzynian w ich własnej hali i z większym spokojem mogli się przygotowywać do kolejnych spotkań. Najbliższe z nich odbyło się w Warszawie, gdzie miejscowa Politechnika przy pełnych trybunach podejmowała Jastrzębski Węgiel. Mimo ambitnej postawy stołecznych zawodników, goście nie mieli większych problemów z odniesieniem zwycięstwa i zdobyciem cennych w ich sytuacji trzech punktów. Dla jastrzębian był to bardzo pracowity okres, gdyż w ciągu dwóch tygodni musieli rozegrać dwa zaległe spotkania. O ile mecz z Kędzierzynem był spacerkiem, o tyle spotkanie we własnej hali z mistrzem Polski stanowiło nie lada wyzwanie. I nie końca udało się mu sprostać. Po bardzo zaciętym meczu gospodarze ulegli Skrze Bełchatów 1:3, ale jak zgodnie podkreślali zawodnicy i trenerzy obu drużyn, oba zespoły rozegrały wyśmienite zawody, stojące momentami na bardzo wysokim poziomie.

Pod okiem trenera popularnego „Totolotka” gra jastrzębian osiągnęła pewną jakość, co pozwoliło śląskiej drużynie pewnie pokonać na własnym parkiecie Gwardię Wrocław i na dwie kolejki przed końcem rundy zasadniczej umocnić się na trzeciej pozycji w tabeli. W przedostatniej kolejce przyszła pora na rewanż za nieoczekiwana porażkę w pierwszej rundzie – Jastrzębski Węgiel wyjechał do Rzeszowa, aby tam zapewnić sobie miejsce gwarantujące rozstawienie w Pucharze Polski. Zdeterminowani jastrzębianie tylko w pierwszym secie pozwolili gospodarzom na rozwinięcie skrzydeł. Później na parkiecie dominowali zawodnicy z Jastrzębia, a wśród nich szczególnie wyróżniali się niezwykle skuteczny w ataku ze środka Daniel Pliński oraz rozgrywający Nikolay Ivanov, który atakami z drugiej piłki co rusz zaskakiwał przeciwnika. Trzy kolejne partie zakończyły się bezapelacyjnym zwycięstwem wicemistrzów Polski i faktem stało się zajęcie przez Jastrzębski Węgiel trzeciego miejsca w tabeli.

Przypieczętowaniem tego sukcesu, a zarazem zapowiedzią fazy play off był ostatni mecz rundy zasadniczej, w którym drużyna z Jastrzębia podejmowała Mostostal Azoty Kędzierzyn Koźle. Goście zapowiadali ambitną walkę, ale sil i możliwości wystarczyło im tylko na wygranie pierwszego seta. Zwycięstwo 3:1 ustawiało gospodarzy w roli faworytów przed pierwszą rundą play off, w której przyszło im się zmierzyć właśnie z Mostostalem.

Play off

Gdy przed konfrontacją z Mostostalem kapitan Jastrzębskiego Węgla – Daniel Pliński zapowiadał, że obie drużyny mają równe szanse na zwycięstwo w tej parze, wielu uważało te słowa za daleko idącą kurtuazję. Tymczasem czas miał pokazać, że reprezentacyjny środkowy wiedział, co mówi.

Po pierwszym spotkaniu w Jastrzębiu i łatwym zwycięstwie gospodarzy 3:0 wydawało się, że wicemistrzowie Polski w spacerowym tempie przejdą pierwszą rundę play off. Tymczasem już dzień później Mostostal pokazał, że nie zamierza poddać się bez walki i po zaciętym meczu kędzierzynianie zwyciężyli 3:1. Po przeniesieniu rywalizacji do Kędzierzyna cała siatkarska Polska przecierała oczy ze zdumienia, bo oto po zwycięstwie Mostostalu 3:1 w trzecim meczu, gospodarze stanęli przed ogromną szansą wyeliminowania faworyzowanych jastrzębian z walki o medale. Zespół ze Śląska znalazł się na skraju przepaści, gdy w czwartym spotkaniu Kędzierzyn miał w górze piłkę meczową, prowadząc w tie breaku 14:13. Zdaniem wielu komentatorów był to moment, kiedy po jastrzębskiej stronie siatki narodziła się prawdziwa drużyna. Przy stanie po 14 niewiarygodną obroną popisał się Łukasz Kadziewicz, a trudną piłkę z kontry skończył Dawid Murek. Po chwili Kadziewicz okrzyknięty bohaterem tie breaka zaserwował asa i uratował swój zespół od widma walki o miejsca 5-8.

W decydującym meczu w Jastrzębiu gospodarze bezapelacyjnie potwierdzili swoją wyższość pewnie zwyciężając 3:0 i awansując tym samym do półfinału, gdzie czekała już na nich drużyna PZU AZS Olsztyn.

Pierwsze dwa spotkania w olsztyńskiej hali Urania miały pokazać w jakiej formie są oba zespoły i kto będzie faworytem w tym starciu. Ku zdziwieniu miejscowych kibiców oraz licznych ekspertów i komentatorów, po dwóch meczach Jastrzębianie prowadzili w tej konfrontacji 2:0. Zawodnikiem pierwszego meczu został wybrany wracający do wysokiej formy Paweł Siezieniewski, który był nie do zatrzymania dla olsztyńskiego bloku. Drugiego dnia mecz był jeszcze bardziej zacięty, a gospodarze za wszelką cenę chcieli odnieść we własnej hali choć jedno zwycięstwo. Po pierwszym secie wydawało się, że ta sztuka się uda. Olsztynianie byli bardzo skuteczni w ataku a mocną zagrywką uprzykrzali życie przyjmującym Jastrzębia. Jednak w drugiej odsłonie goście zwarli szeregi i po zaciętej walce wygrali ją na przewagi i doprowadzili do remisu. Kolejne dwa sety przebiegały już pod dyktando drużyny z Jastrzębia i to ich kibice mogli się cieszyć z dobrego występu swoich ulubieńców, którzy wracali do Jastrzębia ze sporą zaliczką dwóch wygranych meczów. Nieoceniona rolę kibiców podkreślał tuż po meczu środkowy wicemistrzów Polski – Łukasz Kadziewicz, który dziękował im za to, że przejechali całą Polskę, żeby wspierać swoją drużynę oraz za wiarę w zespół, gdy wszyscy inni już zwątpili w końcowy sukces.

Trzeci mecz, rozegrany w hali w Szerokiej pokazał jednak, że olsztynianie tanio skóry nie sprzedadzą. Jedno z najlepszych spotkań w tym sezonie rozegrał Sinan Tanik, który kończył właściwie wszystkie piłki. Jastrzębianie słabo przyjmowali zagrywkę, co z kolei skutkowało gorszym rozegraniem i brakiem skutecznego ataku. Bezradność gospodarzy bezlitośnie wykorzystali zawodnicy z Warmii i Mazur, którzy gładko zwyciężyli 3:0 i przedłużyli swoje szanse na awans do finału.

Okazało się, że to było wszystko na co stać olsztynian w tym sezonie. W czwartym i ostatnim spotkaniu Jastrzębie zagrało mądrze, spokojnie a co najważniejsze – skutecznie. Wicemistrzowie Polski rozbili zespół trenera Mazura przede wszystkim blokiem i zagrywką. Po ostatnim gwizdku w jastrzębskiej hali zawrzało. Płakał trener Totolo, zawodnicy oszaleli ze szczęścia, kibice zdzierali gardła dziękując drużynie i śpiewając, że „już w tym sezonie Jastrzębie znowu na tronie”. Świętowano nie tylko awans do finału, ale i zdobyte właśnie prawo gry w Lidze Mistrzów. Najważniejsze boje były jednak jeszcze przed Jastrzębskim Węglem…

Faworytem spotkań finałowych bez wątpienia był zespół Skry Bełchatów. Obrońcy tytułu byli najrówniej grającą drużyną i nieliczni wątpili w łatwe zdobycie przez nich kolejnego tytułu. Tymczasem pierwszy mecz finałowy pokazał, że każdy wynik w tej konfrontacji jest możliwy. Jastrzębie pokonało w Bełchatowie Skrę 3:0 i zdecydowanie przeważało na parkiecie, zaś zawodnikiem meczu został Dawid Murek, który w najważniejszym momencie ligi doszedł do swojej wysokiej formy. Po drugim, bardzo wyrównanym spotkaniu, wygranym przez bełchatowian 3:1, rywalizacja przeniosła się na gorący teren jastrzębski. Tam mimo gorącego dopingu nadkompletu publiczności Jastrzębie uległo Skrze w trzecim finałowym meczu 1:3 i to bełchatowianie byli o krok od obrony tytułu. Z bardzo dobrej strony w tym spotkaniu pokazał się Mariusz Wlazły, zaś Evgeni Ivanov swoją serią zagrywek w drugim secie rozstrzelał jastrzębskich przyjmujących. Następnego dnia do Jastrzębia zjechały tłumy oficjeli przekonanych, że już tego dnia dojdzie do wręczania medali. Ale zawodnicy Jastrzębskiego Węgla udowodnili, że nie przypadkiem znaleźli się w finale mistrzostw Polski. Na boisko w szóstce gospodarzy wybiegł Dawid Murek, który z powodu bólu pleców nie był w stanie dokończyć meczu poprzedniego dnia. Podczas czwartego meczu prowadził jednak jastrzębian niczym prawdziwy wódz. Kroku dotrzymywał mu rozgrywający znakomite spotkanie Łukasz Kadziewicz, który prezentował wysoką skuteczność zagrywki, ataku i bloku. To właśnie środkowy jastrzębski efektownym blokiem na Janne Heikinnenie zakończył mecz, co oznaczało, że o mistrzostwie Polski zadecyduje piąty mecz w Bełchatowie.

Finałowy mecz zgromadził tłumy kibiców, dziennikarzy i działaczy. Każdy chciał na własne oczy zobaczyć, jak się zdobywa mistrzostwo, oczekiwano dobrego, wyrównanego spotkania. Dwa pierwsze sety faktycznie były niezwykle zacięte i kończyły się na przewagi. Więcej spokoju w końcówkach zachowali obrońcy tytułu i to Skra prowadziła 2:0. W trzecim secie jastrzębianie powoli tracili wiarę w końcowy sukces, a gdy po atomowych zagrywkach Wlazłego gospodarze odskoczyli na kilka punktów stało się jasne, że Skra tego meczu już nie odda. Jastrzębie przegrało 0:3 i po raz drugi z rzędu musiało przełknąć gorycz porażki w finale i zadowolić się srebrem. Kapitan Jastrzębskiego Węgla Daniel Pliński na pomeczowej konferencji prasowej przyznał, że bolesne jest zdobywanie kolejnego srebra, bo przecież wicemistrz jest pierwszym przegranym. Dodał jednak, że gdyby w najgorszym momencie sezonu ktoś zaoferował jego drużynie srebro, zapewne wzięliby je w ciemno. Trener Totolo podziękował swoim zawodnikom za walkę i za postęp, który zrobili pod jego opieką.

Niedługo po finale mistrzostw Polski okazało się, że trener Totolo nie pozostanie na następny sezon w Jastrzębiu. Śląski klub postanowili opuścić również Daniel Pliński, Łukasz Kadziewicz, Grzegorz Szymański, Przemysław Michalczyk i Jakub Bednaruk. Przed działaczami Jastrzębskiego Węgla stanęło zatem ogromne wyzwanie, żeby mimo odejścia czołowych zawodników zbudować zespół, który będzie w stanie powalczyć w PLS i w Lidze mistrzów.

Czy temu zadaniu sprostają, przekonamy się już jesienią.

Puchar Polski

Wicemistrzowie Polski swój udział w rozgrywkach pucharu Polski rozpoczęli bez kadrowiczów. Mimo to zgodnie z decyzją Polskiego Związku Piłki Siatkowej udział w turnieju finałowym mieli zapewniony ze względu na liczbę czterech reprezentantów grających na mistrzostwach świata (Grzegorz Szymański, Daniel Pliński, Łukasz Kadziewicz w barwach Polski oraz Igor Yudin w reprezentacji Australii).

Rywale grupowi Jastrzębskiego Węgla nie należeli do czołówki krajowej. Gwardia Wrocław, Avia Świdnik oraz Resovia Rzeszów stawiły jednak jastrzębianom duży opór. Już pierwsze spotkania z Resovią pokazały, że Jastrzębski daleki jest od poziomu, jakiego oczekiwano. Trudno było się temu dziwić skoro na atak przesunięty został nominalny rozgrywający, Jakub Bednaruk a dodatkowo zespół zagrał bez zawodnika libero, gdyż Paweł Rusek zmuszony był zapełnić lukę w przyjęciu zagrywki. Dwie porażki w Rzeszowie pociągnęły za sobą kolejne, mimo dwóch zwycięstw odniesionych nad Avią Świdnik (3:0 i 3:0) jastrzębianie nie mieli większych szans w starciu z Gwardią. Dwie porażki 1:3 tym razem w hali Orbita to był dopiero początek całego pasma nieudanych spotkań. Kolejnych dwóch przegranych zespół Ryszarda Boska doznał na własnym terenie w starciu z Resovią. Tydzień później wygrał, co prawda dwumecz z Avią, ale w ostatniej kolejce zmagań grupowych podzielił się zwycięstwami z wrocławską Gwardią. Trzecie miejsce w grupie było odzwierciedleniem aktualnych możliwości składu, w którym w pierwszej szóstce znaleźli się Iwanow (rozegranie), Bednaruk (atak), Rusek i Siezieniewski (przyjęcie), Kamiński i Stępień (środek).

Mimo wspomnianych jednak wcześniej zasad ustalonych przez PZPS zespół znalazł się w gronie ośmiu najlepszych zespołów. Finał rozegrany w Kielcach był już zupełnie inną historią. Zmienił się przede wszystkim skład. Do zespół dołączyli wicemistrzowie świata oraz powracający po kontuzji Dawid Murek. Drużynę prowadził już inny szkoleniowiec. Ryszarda Boska zastąpił na tym stanowisku Włoch, Tomaso Totolo. Jastrzębianie gładko wygrali pierwszy mecz z wrocławską Gwardią 3:0, ale w półfinale na ich drodze stanęła bełchatowska Skra. Mimo walki i zaangażowania jastrzębskich zawodników nie byli oni w stanie przeciwstawić się dobrze poukładanemu i tworzącemu, monolit zespołowi z Bełchatowa. Porażka 1:3 wykluczyła drużynę z dalszej fazy turnieju finałowego.

Puchar CEV

Równocześnie z rozgrywkami Polskiej Ligi Siatkówki zespół Ryszarda Boska rozpoczął zmagania w europejskich pucharach. Drużyna otrzymała prawo gry w pucharze CEV. Już na początku stycznia tego roku zespół pojechał do Belgii, gdzie w niewielkim miasteczku Averbode rozegrał trzy mecze z drużynami Axion Averbode, OK Varazdin oraz Lase-R Ryga. Polski zespół był zdecydowanym faworytem tego turnieju, co potwierdził swoją postawą na parkiecie, tracąc w trzech spotkaniach zaledwie dwa sety (po jednym w meczu z Lase-R Ryga i Axion Averbode). Schody zaczęły się, gdy jasne stało się, że w 1/8 finałów jastrzębianie zmierzą się w bratobójczym pojedynku z zespołem PZU AZS-u Olsztyn. Już pierwszy mecz na Szerokiej zwiastował emocje. Jastrzębski wygrał co prawda 3:2, ale po zaciętej i wyrównanej walce. Bardzo dobre recenzje po tym spotkaniu zebrał rozgrywający jastrzębian, Nikolaj Iwanow. Rewanż w olsztyńskiej hali Urania był praktycznie kopią pierwszego pojedynku. Znów pięciosetowy mecz zakończył się zwycięstwem Jastrzębskiego Węgla. Mimo, że w opinii wielu to Olsztyn był faworytem w tym dwumeczu, to jednak zespół ze Śląska wykazał się ogromnym duchem walki i odpornością psychiczną.

Gdy już tylko jeden krok dzielił podopiecznych Ryszarda Boska od final four, kolejnym rywalem na drodze do finałów okazała się włoska Piacenza. Zespół, który w swoim składzie posiadał takich zawodników jak Nikola Grbić, Sergio czy Hristo Zlatanov na pewno nie sprawił, że Jastrzębski był w tym pojedynku faworytem. Wręcz przeciwnie, zaczęto mówić o prawdziwym pechu polskiego zespołu. Wyprawa jastrzębian do Piacenzy zakończyła się tak jak zresztą przewidywano porażką, jednak podkreślano, że zespół zagrał bardzo ambitnie i mógł z podniesionym czołem wracać do kraju. Tydzień później, w Walentynki, Piacenza zawitała do Jastrzębia. Awansu do finału wywalczyć się nie udało, ale na Szerokiej kibice zobaczyli zacięty, pięciosetowy mecz, zakończony zwycięstwem Jastrzębskiego 3:2. Awansu do finału nie było, ale Jastrzębski pozostawił po sobie bardzo dobre opinie.

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Więcej artykułów z dnia :
2007-07-05

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2018 Strefa Siatkówki All rights reserved