Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Piotr Dudek: Sędzią jesteś takim, jaki był twój ostatni mecz

Piotr Dudek: Sędzią jesteś takim, jaki był twój ostatni mecz

- Jeśli sędzia szanuje zawodników i ich wysiłek to oni w tych najtrudniejszych momentach mu pomagają - mówi Piotr Dudek, międzynarodowy sędzia siatkarski z Żołyni koło Leżajska, który we wrześniu będzie arbitrem podczas mistrzostw Europy mężczyzn w Rosji.

Ma 46 lat, jest żonaty i mieszka w Żołyni. Na co dzień jest nauczycielem mechatroniki w Zespole Szkół Technicznych w Leżajsku. Od dziewięciu lat jest międzynarodowym sędzią siatkarskim, a „przygodę z gwizdkiem” rozpoczynał jeszcze w szkole średniej. We wrześniu, jako jedyny sędzia z Polski, będzie prowadził spotkania mistrzostw Europy mężczyzn, które odbędą się w Moskwie i Sankt Petersburgu.

Marcin Lew: Jest Pan jednym z trzech polskich sędziów, którzy mają okazję prowadzić spotkania w tegorocznej Lidze Światowej. To chyba duże wyróżnienie?



Piotr Dudek: Na pewno jest to wyróżnienie. Z tym, że jest to impreza komercyjna, podobnie jak kobiece Grand Prix. Na takiej imprezie można się jednak pokazać. Tutaj dobre sędziowanie meczów i pokazanie się z dobrej strony członkom międzynarodowej federacji piłki siatkowej [FIVB – przyp. red.] może zaowocować ewentualnymi późniejszymi powołaniami na inne imprezy.

Ostatnio otrzymał Pan też nominację do prowadzenia spotkań podczas wrześniowych mistrzostw Europy mężczyzn w Moskwie. To pierwsza taka impreza seniorska?

Jeśli chodzi o imprezę seniorską typu mistrzostwa Europy to tak. To jest na pewno duży sukces. Jest to jednak kontynuacja tego, co już wcześniej dostawałem do sędziowania: finał Ligi Europejskiej dwa lata temu w Kazaniu, Final Four Top Teams w Grecji, czy Final Four Pucharu CEV w Grecji, gdzie sędziowałem mecz o pierwsze miejsce. Z tego co się orientuję, to już od dawna nikt z Polaków nie sędziował tego typu imprezy jako sędzia pierwszy. W ogóle jeśli chodzi o Final Four, to polscy sędziowie są jakoś pomijani.

Wcześniej sędziowałem też finał Mistrzostw Europy kadetek w Zagrzebiu jako sędzia pierwszy, finał mistrzostw Europy juniorek jako sędzia drugi. Wynika z tego, że w hierarchii CEV-u [europejska federacja siatkówki – przyp. red.] władze federacji obdarzają mnie coraz większym zaufaniem. Jest to duży sukces, nie tylko mój, ale też środowiska sędziowskiego na Podkarpaciu, skąd się wywodzę i gdzie nauczyłem się sędziować. Nie można bowiem powiedzieć, że coś się osiąga samemu.

Liga Światowa to chyba jednak nie koniec pięcia się w górę. Jakie są Pana marzenia odnośnie sędziowania na szczeblu międzynarodowym?

Na to pytanie jest bardzo prosto odpowiedzieć. Ja mam swoje credo, zresztą podobne jak zawodnicy. Łukasz Kadziewicz w jednym z wywiadów powiedział to samo zdanie, tylko odnośnie zawodników. Ja mówię odnośnie siebie. Sędzią jesteś takim, jaki był twój ostatni mecz. Nikt bowiem nie pamięta nam iluś tam dobrze sędziowanych meczów. Pamięta się tylko ostatnie spotkanie.

Marzenia oczywiście są. To jest olimpiada, czy ta w Pekinie, czy za cztery, czy osiem lat, bo na te olimpiady wiekowo się jeszcze „załapię”. Limit, podobnie jak w Polskiej Lidze Siatkówki, wynosi 55 lat. Wszystkie inne imprezy już sędziowałem, oprócz mistrzostw świata i te jeszcze tak przy okazji, po drodze też chciałbym sędziować. Natomiast imprezą która korci chyba każdego sędziego to są igrzyska olimpijskie.

Dużo potrzeba czasu i pracy nad sobą, żeby dojść na taki poziom?

Oj dużo. Przede wszystkim oprócz pracy własnej, trzeba dużo pomocy kolegów, z którymi się sędziuje, pomocy kwalifikatorów, którzy oceniają naszą pracę. Ja miałem to szczęście, że miałem dobrych kwalifikatorów. Oceny często schodziły na dalszy plan, ale ci ludzie chcieli mi pomóc i jak się okazuje – z dobrym skutkiem. I oczywiście trzeba, też mieć dobrych kolegów, z którymi się sędziuje. Gdy jedzie się na mecz, to jedzie się do pracy, a nie na zabawę.

Czas, który poświęca się sędziowaniu, zabiera się rodzinie. W każdym hobby to, co się robi poza pracą, odbywa się kosztem rodziny. Ja akurat mam wyrozumiałą małżonkę i rodzinę, która żyje siatkówką, więc z tym problemu nie ma, ale po zakończeniu kariery ten czas trzeba będzie im jakoś wynagrodzić.

Kiedy i jak zaczynał Pan swoją przygodę z siatkówką?

Jeśli chodzi o samo sędziowanie, to był to koniec pierwszej klasy liceum. Wtedy zrobiłem kurs sędziowski w szkole u profesora Buszty. Przewodniczącym związku był wtedy, nieżyjący już, Włodzimierz Krut. Ten kurs skończyło 30 osób, z których zostałem tylko ja. Później jakoś się to potoczyło. W 1985 r. otworzyła się furtka i zaliczyłem kurs na szczebel centralny w Białymstoku. Trzy lata sędziowałem drugą ligę kobiet, bo wtedy był inny podział niż teraz. Później trzy lata drugą ligę męską, dwa lata pierwszą ligę kobiet. W międzyczasie była armia, która zabrała mi dwa sezony rozgrywkowe. I później pierwsza liga męska, bo wtedy nie było jeszcze PLS-u. Po przesędziowaniu trzech lat na tym szczeblu, w 1994 r. zostałem zakwalifikowany na kurs sędziego międzynarodowego, który zdałem i po czterech latach zostałem już pełnoprawnym sędzią międzynarodowym.

Wtedy zaczęło się sędziowanie rozgrywek młodzieżowych, pucharu CEV, a dziś jestem sędzią, który systematycznie sędziuje mecze Ligi Mistrzów, zarówno żeńskiej jak i męskiej, a od dwóch lat Ligę Światową.

W Polsce, na co dzień sędziuje Pan rozgrywki w Polskiej Lidze Siatkówki. Duża jest różnica między sędziowaniem meczów na podwórku krajowym i zagranicznym?

Różnica jest ogromna. W Polsce jest boom na siatkówkę. Mecze PLS-u odbywają się przy kompletach publiczności i są transmitowane przez telewizję. Także widownia, znająca się na siatkówce, jest duża i „loża szyderców” także jest ogromna. Presja w Polsce jest o wiele większa. Jeżeli się w Polsce przesędziuje mecze przy komplecie publiczności, to wyjazd na zawody zagraniczne, gdzie jest 100, 200 czy 500 widzów, jest jak wyjazd na zawody juniorskie i nie ważne wtedy jest, że po obu stronach siatki grają reprezentanci krajów, bo nie czuje się tej atmosfery. Najcięższe mecze jakie do tej pory sędziowałem, to zdecydowanie spotkania w Polskiej Lidze Siatkówki.

W ostatnim czasie w polskiej lidze coraz częściej pojawiały się głosy, że sędziowie są złem siatkówki. Jest aż tak źle?

To jest totalna bzdura. Nie zgodzę się z taką opinią, choć oczywiście nie jesteśmy bez skazy. Zdarzają się nam pomyłki i błędy. Czasami faktycznie może się zdarzyć błąd, który zadecyduje o wyniku meczu, choć w ostatnich latach się nie słyszało o czymś takim. Te głosy to są może żale, głównie ze strony kibiców po jakichś przegranych meczach. Niejednokrotnie się jednak zdarzało, że po tygodniu od meczu, gdy już emocje opadły, ci ludzie wyrażali zupełnie inne opinie niż na początku.

Nieraz rozmawiałem z reprezentantami Polski, którzy twierdzą, że sędziowanie w Polsce stoi na bardzo wysokim poziomie. W porównaniu z meczami w Lidze Mistrzów czy innymi poza granicami kraju, czują, że w Polsce można grać, że nikt im nie przeszkadza. My jako sędziowie jesteśmy też jednym z czynników, który tworzy polską siatkówkę. Sędziując za granicą nikt nie mówi, że sędziuje pan Dudek, pan Kiszczak czy pan Jacyna, ale że sędziuje Polak. Jeżeli my damy plamę, to od razu pojawią się głosy, że polscy sędziowie są do niczego. W przeciwnym razie będą mówić, że polscy sędziowie sędziują dobrze.

W Polsce zazwyczaj sędziuje Pan w parze z innym arbitrem z regionu, Robertem Dworakiem. Czy taka stała współpraca pomaga w prowadzeniu meczów?

Zdecydowanie tak. Rozpoczynając sędziowanie meczów w pierwszej lidze, sędziowałem, mogę tak stwierdzić z moim nauczycielem, Zbyszkiem Milanem. To on przez ładnych parę lat uczył mnie sędziowania na tym najwyższym poziomie. Poprzez to, że sędziowaliśmy wspólnie, mogłem się dużo nauczyć.

Sędziowanie w „dwójce” na pewno pomaga. W trakcie meczu jest kilka sytuacji trudnych, które należy rozstrzygnąć bardzo szybko. Wtedy, jeśli się sędziuje długo razem, to wystarczy jeden gest, jedno spojrzenie i sytuacja jest jasna. Teraz od paru lat sędziuję z Robertem i rzeczywiście współpracuje się nam coraz lepiej, a sędziujemy trudne mecze.

Dwa sezony temu sędziowaliśmy spotkanie, które było chyba najcięższym w mojej karierze. To był półfinał PLS-u Skra Bełchatów – PZU AZS Olsztyn. Mecz trwał 2 godziny i 43 minuty czystego grania, a po spotkaniu zawodnicy Olsztyna, mimo porażki, podeszli do nas i pogratulowali dobrego sędziowania. To się liczy chyba najbardziej.

Zawodnicy często mają różne pomysły jak „oszukać” arbitrów. Pamięta Pan może jakieś szczególne zagrania, z którymi się pan zetknął?

Nauczyłem się szanować zawodników, a oni potrafią to wyczuć. Jeśli szanuje się drugą stronę, to ona też szanuje ciebie. Czasem zdarzają się jakieś zagrania, ale żadnych numerów, jak specjalne dotknięcie paluszkiem siatki, antenki. Zawodnicy się do tego przyznają. Jeśli sędzia szanuje zawodników, ich wysiłek, to oni w tych najtrudniejszych momentach nam pomagają. Wystarczy spojrzeć w ich stronę, a sami zawodnicy podnoszą rękę w górę, pokazują boisko, plac. Nie ma problemu.

A prywatnie. Co robi, co lubi Piotr Dudek?

Prywatnie to ja nie mam czasu na wiele rzeczy. Bowiem w tym momencie praca w Zespole Szkół Technicznych w Leżajsku i siatkówka to praktycznie wszystko. Jeszcze do tego dochodzi piłka nożna. Jestem trenerem w Żołyni, w drużynie która gra w B-klasie. Każdą wolną chwilę chciałbym spędzać w domu. Teraz będą wakacje, więc będę miał miesiąc rzeczywistego urlopu, który wykorzystam do prac w domu. No i pozostaje jeszcze przygotowanie do Grand Prix w Rzeszowie, gdzie trzeba będzie się opiekować sędziami międzynarodowymi. To już jest taka miła praca, ale tydzień znów będę w Rzeszowie.

Rozmawiał Marcin Lew – Gazeta Wyborcza.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Więcej artykułów z dnia :
2007-06-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved