Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Wielki krach, czyli anatomia klęski Gwardii Wrocław

Wielki krach, czyli anatomia klęski Gwardii Wrocław

W czasach boomu na siatkówkę, w kraju wicemistrzów świata, Wrocław nie doczekał się profesjonalnej drużyny w PLS. Spadła z hukiem z ligi, była za słaba, źle zbudowana - dlaczego tak się stało? Powodów jest kilka.

To niewyobrażalne, że w takim mieście jak Wrocław nie udało się zbudować profesjonalnego, sprawnie zarządzanego klubu. A szansa na to była wielka. W lecie 2006 roku Gwardia zakończyła rozgrywki w PLS na wysokim szóstym miejscu, w ćwierćfinale play-off wygrała nawet na wyjeździe ze Skrą Bełchatów. Prezes sekcji, biznesmen Ryszard Plichta, w ciągu dwóch lat zlikwidował dług, który powstał jeszcze, gdy szefem sekcji był Ryszard Krasoń. Niestety, później wszystko zostało zaprzepaszczone. Działacze Gwardii, tłumacząc się skromnym budżetem (mimo pozyskania wreszcie strategicznego sponsora – EnergiiPro), stworzyli przeciętny skład, który skazany był na spadek jeszcze przed startem ligi.

Teraz mogą powiedzieć: Mieliśmy mało pieniędzy, nie mamy się co równać do Skry czy Jastrzębia, więc pozyskujemy słabszych zawodników, licząc na cud.



Oczywiście, takie stawianie sprawy jest w pewien sposób uzasadnione. Ale czy rzeczywiście tak było? Niezbitym faktem jest, że klub finansowo wyszedł na prostą, ale jego działacze – prezes Stefan Fiedorow i menedżer Stanisław Łopaciński – bali się zaryzykować budowę silnego zespołu. Nie wykorzystali świetnej koniunktury na siatkówkę, a przecież to właśnie w grudniu Polacy zdobyli wicemistrzostwo świata. Z zespołem na poziomie Resovii Rzeszów spokojnie można było wypełnić Orbitę do ostatniego miejsca. W międzyczasie mógł znaleźć się nowy sponsor, który wszedłby do nazwy. A tak zespół po prostu wegetował w PLS-ie.

Po pierwszej rundzie była jeszcze nadzieja na odwrócenie sytuacji. Niestety, działacze Gwardii po raz kolejny zaspali. Liczyli, że jakoś to będzie, ale rzeczywistość była brutalna. Zwycięstwa z Delectą i Mostostalem były jednorazowymi wyskokami. Znamienne, że gdy inni cały czas myśleli o wzmocnieniach, Gwardia trwała przy tym, co jest. Delecta Bydgoszcz najpierw pozyskała solidnego atakującego Krzysztofa Janczaka, a później skład zasilił również przyjmujący Stanisław Pieczonka. Właśnie w dużej mierze dzięki tej dwójce, wspartej Kocikiem, bydgoszczanie zachowali miejsce w PLS. Tymczasem skład Gwardii bazował na całkowitym debiutancie – Bartoszu Janeczku, którego wspierać mieli dwaj przeciętni Słowacy, niechciani zresztą w Mostostalu – Karol Sramek i Martin Sopko. Do tego dochodził Aleksander Januszkiewicz i solidny środkowy Maciej Krupnik. Na pozycji rozgrywającego był ograny, ale za słaby na PLS Mariusz Dutkiewicz. Jego zmiennikiem był… wyciągnięty z siatkówki plażowej Piotr Marciniak. To trochę za mało, by skutecznie myśleć o pozostaniu w PLS.

Janeczek miał kapitalny początek ligi. Mocno zagrywał, kończył wiele ataków. Ale z czasem, gdy przeciwnicy zorientowali się, że Gwardia właśnie na nim opiera swoją grę, skutecznie go zmarginalizowali. Teraz mówienie o tym, że chłopak nie wytrzymał presji, jest po prostu niesprawiedliwe. A dlaczego właściwie miał wytrzymać? Na kogo miał liczyć? Na Sramka i Ciesielskiego? Gdy przed rokiem kolosalny postęp uczynił Roman Gulczyński, zawsze miał wsparcie solidniejszych i bardziej doświadczonych partnerów, takich jak Markiewicz, Chudik czy Szczurowski. Janeczkowi tego zabrakło. Inna sprawa, że sam Gulczyński, pozbawiony tak świetnego rozgrywającego jak Pavel Chudik, był już cieniem zawodnika sprzed roku.

Po spadku i ta drużyna najpewniej przestanie istnieć. Janeczek był przecież tylko wypożyczony z Delic-Polu Częstochowa, a chętnych na jego usługi będzie co najmniej kilku, nie tylko w PLS-ie. W Gwardii nowy zespół tworzyć będzie trener Maciej Jarosz, który w końcówce ligi przejął drużynę po Jacku Grabowskim. Sytuacja, w jakiej znalazł się klub, jest jednak rozpaczliwa. Przynajmniej jeśli rozpatrywać ją w aspekcie czysto sportowym. Z LSK pożegnały się przecież w minioną niedzielę także siatkarki Gwardii. Klub właściwie sięgnął dna.

Teraz najważniejsza będzie odpowiedź na pytanie, czy tak naprawdę na „wydrenowanym” przez koszykówkę, żużel i piłkę nożną rynku sponsorów wrocławskich warto utrzymywać dwa zespoły. Może trzeba postawić na budowę mocnej drużyny siatkarzy i w ciągu dwóch lat z powrotem zaistnieć w PLS-ie. Bo opowieści wrocławskich działaczy o permanentnym paśmie sukcesów młodziczek, kadetów czy juniorek naprawdę nikogo nie interesują i nie mają żadnego przełożenia medialnego. Ludzie przychodzą na Wlazłego, Kadziewicza i Gruszkę. I tylko takie mecze chcą oglądać, podobnie jest ze sponsorami. Kto nie posiadł tej elementarnej świadomości, którą mają już profesjonalni menedżerowie w innych klubach, nie powinien prowadzić klubu siatkarskiego. Po prostu.

Autor tekstu: Jakub Michalak (Gazeta Wyborcza Wrocław)

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Więcej artykułów z dnia :
2007-05-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved