Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > Tauron Liga > Anna Rybaczewska z siatkówką w genach

Anna Rybaczewska z siatkówką w genach

Urodzona w Polsce, prawie całe życie spędziła we Francji. Przygodę ze sportem zaczęła w szkółce tenisowej, w wieku sześciu lat. Jako dwunastolatka poszła na trening siatkarski i… została w hali. Teraz jest kapitanem drużyny narodowej. W tym sezonie występuje w Polsce, w barwach Muszynianki.

– Złośliwcy twierdzą, że jesteś tylko córką sławnego ojca…

Anna Rybaczewska: A mnie to wcale nie przeszkadza. Przeciwnie, to miłe, że po tylu latach ludzie pamiętają o sukcesach ojca. Ja jeszcze niczego wielkiego nie dokonałam, więc to oczywiste że częściej widzą we mnie córkę „tego” Rybaczewskiego, a nie po prostu Anię Rybaczewską. Bardzo by mnie zdumiało, gdyby to jego kojarzono ze mną, a nie mnie z nim. Muszę jednak przyznać, że czasami zdarzają się sytuacje, które mnie irytują.



– Co cię irytuje?

Ludzka głupota, kiedy słyszę, że istnieję tylko dzięki magii nazwiska, że dostałam ofertę niejako na kredyt i wyłącznie ze względu na pochodzenie moich rodziców. Takie gadanie jest głupie i niesprawiedliwe. Transfer dla samego nazwiska? To przecież niedorzeczne.

– Nazwisko zobowiązuje. Czy nie odczuwasz presji?

We Francji tego nie czułam. W Polsce pojawiło się lekkie ciśnienie, ale nie jest to stres, który paraliżuje i odbiera siły. Czasem się nawet zastanawiam, ile w nim zwyczajnego przedmeczowego napięcia, a ile poczucia, że muszę spełnić jakieś oczekiwania ze względu na nazwisko ojca.

– Czy w głębi duszy nie rywalizujesz z ojcem?

Nie wybrałam siatkówki żeby z nim rywalizować Gram, bo kocham ten sport. Chcę się rozwijać, osiągać sukcesy w zawodzie, ale jednocześnie pragnę czerpać z tego przyjemność. Oczywiście chciałabym dorównać ojcu, ale jestem w pełni świadoma, że choć bardzo tego pragnę, to jednak pewnie nigdy nie osiągnę podobnych sukcesów.

– Pamiętasz tatę na boisku?

Urodziłam się kilka lat za późno, bo sześć lat po Olimpiadzie. Tata grał w siatkówkę długie lata, ale byłam zbyt mała, aby zachować w pamięci jakieś konkretne obrazy z boiska. Oczywiście, kiedy podrosłam, przyswoiłam sobie wszystko o jego sukcesach i karierze, ale ta wiedza nie pochodzi z mojej pamięci, lecz z opowiadań, a później także z lektury. Zawsze byłam z niego niezmiernie dumna. I jestem. To budujące, że po upływie trzydziestu lat ludzie ciągle o nim pamiętają. Próbuję go na swój sposób naśladować. Chciałabym, aby i o mnie ktoś kiedyś mówił z takim uznaniem, a tymczasem… nie mam pretensji, jeżeli ktoś widzi we mnie tylko córkę sławnego ojca.

– Jest takie przysłowie, że jabłko pada niedaleko od jabłoni. Sama wymyśliłaś, że będziesz siatkarką, czy to raczej zasługa ojcowskiej manipulacji?

To był mój własny wybór, wszystko potoczyło się prawie samo. Żyliśmy jak inne rodziny w naszym sąsiedztwie. Rodzice szli rano do pracy. Tata oczywiście do klubu w który najpierw grał, a potem był trenerem, a siostra i ja do przedszkola. W szkole do której poszłam jednym z ważnych przedmiotów był… tenis, który wkroczył w moje życie, gdy miałam sześć lat. Pewnego dnia tata podarował rakietę tenisową i powiedział, że jeśli mi się spodoba, to mogłabym chodzić na treningi. Spodobało się, więc trenowałam przez osiem lat. Miałam dwanaście lat kiedy jeden z kolegów taty zaproponował mi grę w swoim klubie siatkarskim. Wcześniej miałam dużo kontaktu z piłką, bo jako dziecko wiele czasu spędzałam z tatą na salach gimnastycznych. Mama nieraz mi opowiadała, że na każdym meczu musiała nieustannie za mną biegać, bo chciałam złapać piłkę i włączyć się do gry. Byłam – jak mówi – bardzo żywym dzieckiem… Kiedy więc poszłam na ten swój pierwszy trening, miałam już opanowane podstawy siatkówki. Byłam wysoka i sprawna, coś tam umiałam, więc dobrze mi poszło. Od tego czasu zaczęłam trenować z autentycznym zapałem, ale nie porzucałam tenisa. Przez dwa lata uprawiałam oba te sporty, traktując je raczej rekreacyjnie, ale kiedy dostałam szansę pójścia do szkoły sportowej w Paryżu – coś na wzór SMS-u w Sosnowcu – postanowiłam zająć się wyłącznie siatkówką i to od razu zawodowo. Tata bardzo się ucieszył, kiedy postanowiłam pójść w jego ślady.

– A jak mama się odniosła do tego projektu?

Mama nigdy nie uprawiała sportu, ale zawsze była blisko, żyła sukcesami ojca, wspierała go i na swój sposób starała się pomagać. Sport był stale obecny w naszym domu, więc moja decyzja nie była dla niej zaskoczeniem. Zaakceptowała mój wybór, ale pod warunkiem, że nie zaniedbam szkoły. Tak jak kiedyś ojciec, tak teraz ja mam w niej najwierniejszego kibica, który cieszy się z każdego sukcesu i nie odchodzi, kiedy przytrafi się porażka.

– Masz w zasięgu ręki niekwestionowany siatkarski autorytet. Czy często ci się zdarza pytać ojca o radę?

Pytam, ona zawsze ma dla mnie czas. Bardzo na nim polegam, często się radzę i czuję, że mam w nim oparcie, a on we mnie wierzy i wciąż mnie wspiera.

– Czy to on ci podsunął myśl o wyborze polskiego klubu?

Od dawna chciałam posmakować gry poza Francją. Marzyłam o grze w mocniejszej lidze, może we Włoszech, może w Polsce, ale rodzice radzili, żebym najpierw skończyła studia. Przyznałam im rację. Doszłam do wniosku, że warto mieć alternatywę, bo przecież nie będę grać wiecznie. Poszłam więc za radą rodziców i w zeszłym roku skończyłam studia w akademii wychowania fizycznego. Dostałam dyplom i w pewnym stopniu zabezpieczyłam swoją przyszłość. Od tego dnia mogłam się skupić wyłącznie na siatkówce. Miałam propozycje gry z różnych krajów, ale znajomość języka polskiego przemawiała za wyborem kraju moich rodziców. Mój manager, pan Andrzej Grzyb, polecił mi Muszyniankę Fakro. Tata pokazał mi Muszynę na mapie Polski i to był cały jego udział w przeprowadzeniu transferu.

– Co ci poradził przed wyjazdem do Polski?

Kazał mi zapomnieć o jakiejkolwiek presji. Mam grać swoją własną siatkówkę. Powiedział też, żebym sobie nie brała do serca nieprzychylnych komentarzy, gdyby takie się pojawiły.

– Czy miałaś obawy związane z nowym otoczeniem?

Szczerze mówiąc, trochę się bałam, mimo że od dawna się do tego przygotowywałam. Nowy klub, inny kraj i nowe koleżanki w zespole to grupa czynników, które chyba zawsze budzą lekki niepokój. Znajomość języka, chociaż jest podstawą, nie załatwia wszystkich kwestii.

– Jak wypadła konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością?

Jestem tu za krótko, żeby sobie wyrobić kompleksowa opinię. Zaliczyłam dopiero kilka spotkań, prawdziwa liga jeszcze się nawet nie zaczęła! Trochę się obawiałam nowych koleżanek, ale przyjęły mnie życzliwie, w miarę możliwości pomagają mi w procesie aklimatyzacji. Czuję dobrą atmosferę i komunikację. W La Rochette tylko trzy dziewczyny znały język francuski. W Muszynie prawie wszystkie możemy się porozumieć po polsku. To duży komfort. Dobre wrażenie zrobił na mnie klub, który ułatwia załatwianie różnych spraw, m.in. mieszkania.

– Czy twoje koleżanki z poprzedniego zespołu nie próbowały cię przekonać do pozostania w La Rochette?

Transfery to we Francji normalne zjawisko, więc nikt mnie nie zatrzymywał, ale pożegnanie było smutne. Przez ostatnich pięć lat grałam w jednym klubie, więc zdążyłam zawrzeć wiele przyjaźni. Miałam świetny kontakt z zespołem i trenerem. Popłakałam się podczas ostatniego meczu w Melun. Było to pożegnanie nie tylko ze znajomymi z klubu, ale również z przyjaciółmi z uczelni. Umówiliśmy się, że będziemy do siebie telefonować i mailować – jak na razie dotrzymujemy słowa.

– Czego oczekujesz po występach w Lidze Siatkówki Kobiet?

Nieraz słyszałam, że poziom w polskiej lidze jest wyższy niż we Francji. Chciałabym sprawdzić jak wypadnę na tle innych zawodniczek, dać zespołowi coś od siebie, jak również wynieść z tej ligi jak najwięcej nowych doświadczeń i umiejętności. Cieszę się, że zagram w barwach zespołu broniącego mistrzostwa Polski. Wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. We Francji o najwyższe trofea walczą tylko trzy, czasem cztery kluby. Od dwóch lat na pierwszym miejscu jest Cannes, które w ubiegłym sezonie nie przegrało ani jednego meczu. Mój zespół – La Rochette – przegrał tylko z Cannes i uplasował się na drugim miejscu. Wydaje mi się, że w LSK jest więcej zespołów na podobnym poziomie, więc walka będzie bardziej wyrównana. Liczę na to, że co tydzień będziemy grać ważny mecz, do którego trzeba się będzie na serio przyłożyć. We Francji takich spotkań było niewiele.

– Bywałaś wcześniej w Polsce?

Wiele razy. Starałam się przyjeżdżać każdego roku. W Warszawie mieszka cała moja bliższa i dalsza rodzina, więc mam kogo odwiedzać. Niestety moja znajomość Polski ogranicza się do Warszawy i od niedawna Muszyny. Podoba mi się to małe, spokojne miasteczko. Spotykam w nim wielu miłych ludzi. Za wcześnie na jakiekolwiek oceny, ale na razie bardzo mi się tu podoba.

– Nie brak ci żabich udek i ślimaków?

Żabich udek nie lubię i nie jem. A ślimaki… Myślę, że ze ślimaków to Francuzi mogą być dumni. Są znakomite. Polecam.

– Czy masz takie uczucie, że Polska to także twój kraj?

Urodziłam się w Olsztynie, ale kiedy miałam pół roku wyjechaliśmy po raz pierwszy. Tata miał wiele ofert, wybrał grę we Francji. Byliśmy tam dwa lata. Po wygaśnięciu kontraktu tata został trenerem w Legii, ale Francuzi o nim nie zapomnieli i zaproponowali podobną pracę u siebie. Rodzice zdecydowali się więc na wyjazd, a potem podjęli decyzję o pozostaniu w tym kraju na stałe. Byłam jeszcze małym dzieckiem i choć tu się urodziłam, to prawie całe życie spędziłam we Francji. Tam mieszkałam, wychowywałam się, chodziłam do przedszkola, szkoły i tam studiowałam. Wszyscy moi znajomi to Francuzi. W Polsce mam jedynie rodzinę, ale kiedy czasem się zastanawiam, kim jestem naprawdę, to dochodzę do wniosku, że w środku czuję się Polką. Czuję wyraźnie, że korzenie są równie ważne, jak miejsce zamieszkania. Czasami, kiedy oglądam w telewizji jakiś mecz w którym grają przeciwko sobie reprezentacje Polski i Francji, to łapię się na tym, że kibicuję polskiej drużynie. Czy to nie mówi samo za siebie, że bardziej jestem Polką?

– Nie przeszło ci przez myśl, żeby zamieszkać tu na stałe?

Nie zastanawiałam się jeszcze , gdzie spędzę resztę mojego życia. Polski prawie wcale nie znam, dużo pewniej czuję się we Francji, która również jest moim krajem. Po francusku mówię lepiej niż po polsku… Spędzę tu trochę czasu, poznam lepiej polską kulturę i obyczaje, poprawię znajomość języka. Mam w tej dziedzinie wiele do zrobienia, bo dziewczyny z zespołu ciągle mnie poprawiają. Moja starsza siostra mówi, pisze i czyta po polsku trzy razy lepiej ode mnie, ale ona cztery lata dłużej niż ja „nasiąkała” polską kulturą i językiem. Pytasz, czy mogłabym zamieszkać w Polsce? Nie wiem… Mam również polskie obywatelstwo, ale we Francji spędziłam ponad dwadzieścia lat. Wiem od rodziców, jak trudno się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. W Polsce jestem po trosze jakby u siebie, ale na razie skupię się na siatkówce i doskonaleniu języka, bo obywatelstwo zobowiązuje…

– Kobieca siatkówka we Francji nie jest zaliczana do ścisłej czołówki w Europie. Czy nie miałaś takiej pokusy, żeby korzystając z polskiego paszportu wejść do drużyny mistrzyń Europy?

Sama nigdy bym tego nie wymyśliła. Pomysł był autorstwa trenera Andrzeja Niemczyka. Byłam bezgranicznie zdumiona i mile zaskoczona, gdy zaproponował mi grę w reprezentacji Polski. To była kusząca propozycja i równocześnie potwierdzenie moich umiejętności, skoro trener widział dla mnie miejsce w zespole mistrzyń Europy. Przez chwilę poważnie o tym myślałam, ale doszłam do przekonania, że nie byłby to mądry krok. Po pierwsze, czekałyby mnie dwa lata karencji. Nie chcę rezygnować z dwóch lat grania w zespole narodowym. Poza tym w reprezentacji Francji grałam od juniorki, więc trudno byłoby mi się rozstać z tamtym środowiskiem i z dziewczynami, z którymi przeszłam długą drogę. Obrałyśmy sobie kiedyś pewne cele, określiłyśmy priorytety, naszkicowałyśmy plan… Nie mogę z tego wszystkiego zrezygnować, tym bardziej, że jestem kapitanem. To byłoby nieuczciwe wobec moich koleżanek z reprezentacji.

– Nie czujesz się trochę samotnie w nowym otoczeniu?

Czuję odległość, ale przywykłam do samodzielnego mieszkania. Paradoksalnie, odległość czasem potrafi zbliżać ludzi.

– Co masz na myśli?

Kontakt z moją siostrą. W przeszłości często się kłóciłyśmy, ale kiedy Małgosia wyprowadziła się z domu, a ja zamieszkałam w paryskim internacie, nasze wzajemne relacje znacznie się poprawiły. Zaczęło nam siebie brakować i właśnie wtedy bardzo się zbliżyłyśmy do siebie. Mam więc nadzieję, że odległość dzieląca mnie od przyjaciół nie wpłynie na trwałość więzi.

– Opowiedz o siostrze. Czy też poszła śladami ojca?

W przeszłości przez pewien czas trenowała pływanie i była w tym naprawdę dobra, ale ze względu na zdrowie musiała przerwać treningi na poziomie wyczynu. Postawiła na wykształcenie. Dziś ma dwadzieścia osiem lat i jest inżynierem. Niedawno wyszła za mąż. Za Francuza.

– Czy rodzice i siostra będą ci kibicować w Polsce?

Na pewno, co wcale nie znaczy, że rzucą swoje zajęcia i będą przyjeżdżać na moje mecze. Wkrótce i tak zobaczymy się we Francji, bo przecież pierwszy mecz w Lidze Mistrzyń gramy w Cannes.

– Jak będziesz spędzać wolny czas?

Na pewno nie będę go miała za wiele, ale jeśli zdarzy się czas na leniuchowanie, to spędzę go jak we Francji. Wybiorę się do kina, na kawę, na pogaduchy, albo posiedzę z telefonem i porozmawiam z moimi starymi znajomymi, powymieniam maile…

– Albo wybierzesz się na spacer z aparatem fotograficznym?

Jeśli tylko będzie odpowiednia pogoda. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła na ten spacer zabrać mojego pupilka, miniaturowego sznaucera, którego siostra dwa lata temu przywiozła z… Polski. Niestety, Max został z rodzicami, bo w trakcie sezonu nie mogłabym się nim należycie opiekować. Musi mi wystarczyć aparat fotograficzny. Zawsze go noszę ze sobą i coraz częściej jestem zadowolona ze swoich zdjęć. Będę je wysyłać rodzicom – niech wiedzą, jak wygląda moje tutejsze życie.

źródło: Świat Siatkówki

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Tauron Liga

Więcej artykułów z dnia :
2007-01-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved